Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə1/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   42

PARAMAHANSA YOGANANDA

AUTOBIOGRAFIA JOGINA

LUDZIOM DOBREJ WOLI

UMIEJĄCYM MYŚLEĆ SAMODZIELNIE

AUTOBIOGRAFIA

JOGINA

Autor poświęca tę książkę



pamięci

LUTHERA BURBANKA amerykańskiego świętego

Okładkę projektował: Andrzej DAROŃSKI

O Copyright by Wydawnictwo

"NEW AGĘ", 1993; Zakopane,

Za Strugiem 29

Skład: Zakład Składu Tekstów KRAzSET

Kraków, ul. Halicka 9 Druk: Drukarnia Kolejowa w Krakowie ul. Bosacka 6

PRZEDMOWA

którą napisał W.Y. Evans-Wentz, M.A., D.Lii., D.Sc. Jesusa College

Oxford - autor dzieł:

The Tibetan Book of the Dead (Tybetańska Księga Umarłych), Tibet a Great Yogi Milarepa (Wielki jogin Tybetu Milarepa), Tibetan Yoga and Secret Doctrines (Tybetańska joga i doktryny tajemne) itd.

Szczególną wartość autobiografii Yoganandy stanowi to, że należy ona do nielicznych książek angielskich o mędrcach Indii napisanych nie przez dziennikarza lub cudzoziemca, lecz przez ich rodaka, który przeszedł przez te same ćwiczenia - krótko mówiąc, że jest to książka o joginach napisana przez jogina, jako relacja naocznego świadka o niezwykłym życiu i władzach współczesnych hinduskich świętych, książka ta ma znaczenie zarówno aktualne jak i niezależne od czasu. Znakomitemu autorowi, którego miałem przyjemność spotykać zarówno w Indiach jak i w Ameryce, każdy czytelnik wyrazi swe uznanie i wdzięczność. Wśród ogłoszonych na Zachodzie dzieł niezwykły dokument jego życia należy niewątpliwie do książek najpełniej odsłaniających głębię hinduskiego umysłu i serca.

Miałem zaszczyt spotkać się z jednym z mędrców, o których życiu opowiada ta książka - z Sri Jukteswarem Giri. Podobizna tego czcigodnego świętego znajduje się na karcie tytułowej mej książki: Tibetan Yoga and Secret Doctrines. Z Sri Jukteswarem zetknąłem się po raz pierwszy w Puri, w Oryssie, nad Zatoką Bengalską. Był wówczas kierownikiem spokojnej aszramy, położonej blisko morza: zajmował się głównie ćwiczeniem duchowym młodych uczniów. W rozmowie objawiał żywe zainteresowanie dobrobytem mieszkańców Stanów Zjednoczonych, jak również obywateli Anglii, wypytywał mnie o różne odległe sprawy, w szczególności dotyczące Kalifornii i jego głównego ucznia Paramahansy Yoganandy, którego w r. 1920 skierował jako swego wysłannika na Zachód.

Sri Jukteswar miał szlachetną twarz i głos, miłą powierzchowność i godnym był uwielbienia, którym go zwolennicy otaczali, każdy, kto go poznał, niezależnie od tego czy należał do jego środowiska, żywił dla niego najwyższy szacunek. Żywo przypominam sobie jego wysoką, prostą, ascetyczną postać, ubraną w barwioną szafranem szatę, gdy stał u wejścia do pustelni, aby mnie powitać. Włosy jego były długie i nieco kręcone, a twarz okolona brodą. Ciało jego było muskularne i mocne, lecz zarazem szczupłe i zgrabne, a jego chód był energiczny. Za miejsce swego ziemskiego pobytu obrał święte miasto Puri, dokąd tłumy pobożnych Hindusów przybywają w pielgrzymce do sławnej świątyni Dżagannatha, "Pana Świata". W Puri także w 1956 r. Sri Jakteswar zamknął po raz ostatni swe oczy i odszedł, wiedząc, że inkarnacja jego dobiega triumfalnie końca.

Cieszę się, że mogę zaświadczyć o niezwykłym charakterze i świętości Sri Jukteswara. Trzymając się z dala od tłumu, oddał się bez zastrzeżeń i w spokoju temu ideałowi życia, który obecnie uczeń jego Paramahansa Yogananda opisał na wieki.

W.Y.Evans-Wentz

PARAMAHANSA YOGANANDA, JOGIN ZA ŻYCIA I PO ŚMIERCI (Zamiast wstępu do szóstego wydania oryginału)

Paramahansa Yogananda wszedł w stan mahasamadhi (ostateczne świadome opuszczenie ciała) w dniu 7 marca 1952 r. w Los Angeles w Kalifornii, po wygłoszeniu przemówienia na bankiecie ku czci ambasadora Indii H.B. Binay R. Sena. Odejście ukochanego jogina zostało opisane w "Self-Realization Magazine" z maja 1952 r. oraz w tygodniku "Times" z 4 sierpnia 1952 r.

Wielki to nauczyciel świata wartości jogi jako naukowej metody urzeczywistnienia Boga w sobie nie tylko za życia, ale także po śmierci. W ciągu tygodni po jego odejściu niezmieniona jego twarz jaśniała boskim blaskiem, nie wykazując żadnych oznak rozkładu.

Mr. Harry T. Rowe, dyrektor kaplicy przedpogrzebowej w Los Angeles (Forest Lawn Memoriał Park), gdzie czasowo złożono ciało wielkiego mistrza, nadesłał stowarzyszeniu Self Realization Fellowship list notarialnie potwierdzony, w którym m.in. stwierdził:

"Brak jakichkolwiek widzialnych oznak rozkładu w martwym ciele Paramahansy Yoganandy stanowi najbardziej niezwykły przypadek w naszej praktyce... Nawet w dwanaście dni po jego śmierci nie dostrzeżono żadnych przejawów fizycznego rozpadu w jego ciele... Skóra nie wykazywała żadnych zmian, a na tkankach nie było widzialnych oznak wyschnięcia. Ten stan doskonałego przechowywania się ciała, o ile nam wiadomo z kroniki kostnicy, jest zupełnie niezwykły.

W chwili przyjęcia ciała personel kostnicy spodziewał się dostrzec przez szklane wieko pokrywy zwykłe oznaki postępującego rozkładu ciała. Zdziwienie nasze było coraz większe, gdy mijał dzień za dniem nie przynosząc żadnych dających się zauważyć zmian w obserwowanym ciele. Ciało Yoganandy pozostawało najwyraźniej w stanie nie podlegającym zmianom... Ciało nie emanowało nigdy zapachu właściwego rozkładowi... wygląd fizyczny Yoganandy w dniu 27 marca, to jest w chwili założenia brązowej pokrywy, był taki sam jak w dniu 7 marca. W dniu 27 marca wyglądał równie świeżo i tak samo nietknięty przez procesy rozkładu jak w nocy swego zgonu. W dniu 27 marca nie było żadnych podstaw do twierdzenia, że ciało jego w jakiejkolwiek widzialnej formie uległo rozkładowi. Na tej podstawie stwierdzamy ponownie, że przypadek Paramahansy Yoganandy jest jedyny i wyjątkowy w naszej praktyce".

ROZDZIAŁ I Moi rodzice i pierwsze lata życia

Od wieków charakterystyczną cechą kultury Indii było i jest poszukiwanie prawd ostatecznych oraz związany z tym poszukiwaniem stosunek ucznia do swego Guru'. Moja własna ścieżka doprowadziła mnie do mędrca o Chrystusowej postawie, którego piękne życie doskonalone było w ciągu wieków. Był on jednym z tych wielkich mistrzów, którzy są prawdziwym bogactwem Indii. Pojawiając się w każdym stuleciu stworzyli oni prawdziwe przedmurze, osłaniające ich kraj przed losem Babilonii i Egiptu.

Najdawniejsze moje wspomnienia łączą się z archaicznymi rysami mej poprzedniej inkarnacji. Pojawiały się wśród nich wyraźne obrazy z odległego życia jogina2 wśród himalajskich śniegów. Te przebłyski przeszłości, dzięki jakiemuś bezwymiarowemu węzłowi, pozwalały mi zarazem mieć przebłyski przyszłości.

Nie znikły z mej pamięci upokorzenia wynikające z bezsilności niemowlęcego wieku. Pełen rozżalenia uświadomiłem sobie, że nie potrafię chodzić ani wypowiadać się swobodnie. Podnosiła się we mnie fala gorącej modlitwy, ilekroć zdawałem sobie sprawę z mej cielesnej bezradności. Silne moje życie emocjonalne przybierało w mych myślach formę słów różnych języków. W tym wewnętrznym pomieszaniu języków mój słuch przyswajał sobie stopniowo rozbrzmiewające dokoła dźwięki mego ojczystego języka bengalskiego. Czarujący jest krąg niemowlęcego umysłu! - ograniczający się zdaniem dorosłych do zabawek i palców u nóg.

Psychologiczny ferment i to nie poddające się ciało doprowadzały mnie często do uporczywego krzyku. Przypominam sobie ogólne oszołomienie rodziny z powodu tej rozpaczy. Cisną się również inne, szczęśliwsze wspomnienia: pieszczoty matki, pierwsze próby wysep-lenienia kilku słów i stawiania niepewnych kroków. Te pierwsze triumfy, choć zwykle szybko się o nich zapomina, są jednak naturalną podstawą zaufania człowieka we własne siły.

Te moje tak daleko sięgające wspomnienia nie są czymś wyjątkowym. Wiadomo o wielu joginach, że zachowali nieprzerwaną

świadomość siebie pomimo dramatycznego przejścia przez śmierć i narodziny. Gdyby człowiek był tylko ciałem, to utrata ciała byłaby kresem jego poczucia tożsamości. Jeśli jednak prorocy mówią prawdę, to w ciągu tysięcy lat człowiek w istocie swej ma nieśmiertelną naturę. Trwały ośrodek ludzkiego poczucia odrębnego "ja" jest tylko przejściowo związany ze zmysłowym postrzeganiem.

Chociaż wydaje się to dziwne, wyraźna pamięć okresu niemowlęcego nie jest tak rzadka. W ciągu podróży po wielu krajach słyszałem mnóstwo tego rodzaju wspomnień z ust prawdomównych mężczyzn i kobiet.

Urodziłem się w styczniu 1893 roku w Gorakhpur, w północno-

-wschodniej Indii, w pobliżu Himalajów. Upłynęło mi tam osiem pierwszych lat życia. Było nas ośmioro dzieci: czterech chłopców i cztery dziewczęta. Ja, Mukunda Lal Ghosh3, byłem drugim synem a czwartym dzieckiem.

Ojciec i matka byli Bengalczykami z kasty kszatriów4. Oboje obdarzeni byli świątobliwą naturą. Ich wzajemna miłość, spokojna i szlachetna, nie wyrażała się nigdy w sposób płochy. Doskonała harmonia rodziców była ośrodkiem spokoju wśród ruchu i zgiełku ośmiu żywotnych dzieciaków.

Ojciec, Bhagabati Charan Ghosh, był pełen dobroci, poważny, a czasem surowy. Kochaliśmy go gorąco, lecz - my dzieci - zachowywaliśmy pełen szacunku dystans. Jako wybitny matematyk i logik kierował on się głównie swym intelektem. Matka była jednak królową naszych serc i nauczała nas tylko miłością. Po jej śmierci ojciec przejawiał więcej ze swej wewnętrznej tkliwości. Zauważyłem wówczas, że często jego spojrzenie przeistaczało się w spojrzenie mej matki.

W obecności matki wcześnie zakosztowaliśmy gorzko-słodkiej znajomości z pismami świętymi. Z opowieści Mahabharaty i Ramaja-ny5 czerpała ona obficie przykłady na poparcie wymagań dyscypliny. Nauczanie i karanie szły ręka w rękę.

Matka codziennie dawała wyraz szacunku dla ojca, ubierając nas starannie po południu na jego przywitanie, gdy wracał z biura do domu. Zajmował on stanowisko wiceprezydenta Kolei Bengalsko-

-Nadżpurańskiej, która była jedną z największych kompanii w Indiach. Praca jego wymagała podróżowania i dlatego w ciągu mego dzieciństwa rodzina nasza przebywała w kilku miastach.

Matka miała hojną dłoń dla potrzebujących. Ojciec również był usposobiony do ludzi życzliwie, jednakże jego szacunek dla prawa i porządku rozciągał się także na budżet. Pewnego razu w ciągu dwu

10

tygodni matka wydała na żywienie ubogich więcej niż wynosił miesięczny dochód ojca.



- O jedno tylko cię proszę, utrzymaj dobroczynność w rozsądnych granicach. - Nawet ta łagodna nagana z ust męża była dla matki bolesna. Wezwała dorożkę, niczym nie dając poznać dzieciom o nieporozumieniu.

- Do widzenia. Odjeżdżam do domu mej matki! - Starożytne ultimatum!

Zdumieni, podnieśliśmy lament. W tym momencie pojawił się nasz wujek, szeptem udzielił ojcu jakiejś mądrej rady, przechowywanej niewątpliwie od wieków. Ojciec wypowiedział kilka pojednawczych zdań, a matka ku naszemu szczęściu odesłała dorożkę. Tak się skończyło jedyne nieporozumienie pomiędzy moimi rodzicami, jakie kiedykolwiek zauważyłem. Przypominani sobie jednak pewną charakterystyczną rozmowę:

- Proszę cię, daj mi dziesięć rupii dla nieszczęśliwej kobiety, która właśnie przyszła. - Uśmiechem matka popierała prośbę.

- Dlaczego dziesięć rupii? Wystarczy jedna - na swoje usprawiedliwienie ojciec dodał: - Gdy mój ojciec i dziadek zmarli nagle, poznałem po raz pierwszy smak ubóstwa. Całym moim śniadaniem przed pójściem do szkoły, oddalonej o kilka mil, był mały banan. Później, na uniwersytecie, znalazłem się w takiej potrzebie, że zwróciłem się do bogatego sędziego z prośbą o pomoc w wysokości jednej rupii na miesiąc. Odmówił mi, twierdząc, że i jedna rupia to dużo.

- Jakże gorzko wspominasz odmowę tej jednej rupii! - Serce matki prędko znajdowało argumenty. - Czy chcesz, aby także ta kobieta wspominała z bólem twoją odmowę dziesięciu rupii, których pilnie potrzebuje?

- Wygrałaś! - z nieśmiertelnym gestem pokonanych małżonków ojciec otwarł portfel. - Masz tu dziesięć rupii. Daj jej to z moją dobrą wolą.

Na każdą nową propozycję ojciec mówił najpierw "Nie". Jego postawa w stosunku do obcej kobiety, która tak szybko zdobyła sobie życzliwość matki, była przejawem zwykłej ostrożności. Niechęć do wyrażania natychmiastowej zgody - niechęć typowa dla francuskiego umysłu na Zachodzie - jest w rzeczywistości honorowaniem zasady "należytego namysłu". W sądach swych ojciec był bardzo rozumny i pełen równowagi. Jeśli potrafiłem którąkolwiek z mych licznych próśb poprzeć jednym lub dwoma słusznymi argumentami, to zawsze umożliwiał mi osiągnięcie przedmiotu mych pragnień - czy to wycieczki wakacyjnej, czy nowego roweru.

11

Od dzieci swych w pierwszych ich latach ojciec wymagał ścisłej dyscypliny, lecz i w stosunku do siebie przestrzegał postawy prawdziwie spartańskiej. Nie bywał na przykład nigdy w teatrze; wytchnienia szukał w różnych duchowych ćwiczeniach i w czytaniu Bhagawad Gity6. Unikał wszelkiego zbytku; w jednej parze starych butów potrafiłby chodzić tak długo, aż stałyby się całkiem do niczego. Synowie jego kupowali samochody, gdy weszły w powszechne użycie, lecz on sam jeżdżąc stale codziennie do biura zadowalał się tramwajem. Gromadzenie pieniędzy dla zdobycia władzy obce było jego naturze. Kiedyś po reorganizacji banku miasta Kalkuty zrezygnował z należnych mu korzyści. Pragnął po prostu w wolnym czasie wypełniać obywatelski obowiązek.



W kilka lat po przejściu ojca na emeryturę buchalter angielski przeprowadził rewizję ksiąg kompanii kolei Bengalsko-Nadżpuraris-kiej. Ze zdumieniem stwierdził, że ojciec nigdy nie zgłaszał się po należne mu premie.

- Wykonywał pracę za trzech ludzi - oświadczył buchalter kompanii. - Należy mu się 125.000 rupii (około 41.250 dolarów) tytułem odszkodowania. - Urzędnicy wręczyli ojcu czek na tę kwotę, on jednak tak mało o tym myślał, że zapomniał o tym wspomnieć komukolwiek w rodzinie. Dopiero dużo później zapytał go o to mój młodszy brat, który zauważył duży depozyt w wykazie bankowym.

- Po co przejmować się materialną korzyścią? - odpowiedział ojciec. - Kto dąży do osiągnięcia spokoju i równowagi umysłu, ten ani nie wpada w radość z powodu korzyści, ani w przygnębienie z powodu straty. Wie, że człowiek przybywa na świat bez grosza i odchodzi z niego bez jednej rupii.

We wczesnym okresie swego małżeńskiego pożycia rodzice moi zostali uczniami wielkiego mistrza Lahiri Mahasayi z Benaresu. Związek ten naturalnie wzmocnił ascetyczne usposobienie ojca.

Matka uczyniła kiedyś mej starszej siostrze szczególne wyznanie:

- Twój ojciec i ja żyjemy z sobą jak mąż i żona tylko raz w roku w celu posiadania dzieci.

Ojciec spotkał po raz pierwszy Lahiri Mahasayę przez Abinasza Babu7, pracownika kolei Bengalsko-Nadżpurańskiej. W Gorakhpur Abinasz Babu zaznajamiał moje młode uszy z porywającymi opowieściami o wielu świętych Indii. Opowiadania swe niezmiennie kończył wyrazami najwyższego hołdu i czci dla swego guru.

- Czy słyszałeś kiedyś o niezwykłych okolicznościach, w jakich twój ojciec został uczniem Lahiri Mahasayi?

12

Siedzieliśmy ja i Abinasz w gnuśne letnie popołudnie przy naszym domu, kiedy zadał mi on to intrygujące pytanie. Potrząsnąłem przecząc0 głową z uśmiechem zaciekawienia.



- Wiele lat temu, zanim jeszcze się urodziłeś, poprosiłem mego przełożonego, którym był twój ojciec, o tydzień urlopu, abym mógł odwiedzić mojego guru w Benaresie. Twój ojciec wyśmiał ten zamiar.

- Chce pan zostać fanatykiem religijnym? - zapytał. - Radzę skupić się na swej pracy. - Kiedy zasmucony szedłem do domu ścieżką leśną, spotkałem twego ojca w rikszy. Ojciec odesłał służących z rikszą i poszedł pieszo obok mnie. Starając się pocieszyć mnie, wskazywał mi korzyści dążenia do świeckiej kariery. Lecz ja słuchałem go obojętnie. Serce moje nieustannie powtarzało: "Lahiri Mahasaya, nie mogę żyć, nie widząc ciebie!"

Ścieżka nasza doprowadziła nas na skraj spokojnego pola, gdzie promienie niskiego, popołudniowego słońca rzucały jeszcze swój blask na falującą wysoką dziką trawę. Zamilkliśmy obaj w podziwie, gdy nagle o kilka metrów od nas ukazała się postać mego wielkiego guru8!

- Bhabagati, jesteś zbyt twardy dla swych podwładnych! - Głos jego zabrzmiał w naszych zdumionych uszach. I oto guru zniknął równie tajemniczo, jak się zjawił. Padłszy na kolana krzyknąłem: - Lahiri Mahasaya! Lahiri Mahasaya! - Twój ojciec stał bez ruchu, oniemiały przez dłuższą chwilę.

- Abinasz, nie tylko daję ci urlop, ale także daję go sobie, aby udać się jutro do Benaresu. Muszę poznać twego wielkiego Lahiri Mahasayę, który potrafi się dowolnie zmaterializować, aby wstawić się za tobą! Zabiorę moją żonę i poproszę tego Mistrza, aby wtajemniczył nas w swą duchową ścieżkę. Czy zaprowadzisz nas do niego?

- Naturalnie! - Przepełniła mnie radość z powodu tej cudownej odpowiedzi na moją modlitwę i tak szybkiej a korzystnej zmiany zdarzeń.

Najbliższego wieczoru twoi rodzice i ja wsiedliśmy do pociągu jadącego do Benares. Następnego dnia wynajęliśmy wóz konny, a potem musieliśmy iść wąskimi uliczkami, aby dostać się do ustronnego domu mojego guru. Wchodząc do małego salonu, skłoniliśmy się przed Mistrzem siedzącym w swej zwykłej lotosowej postawie. Mistrz zamrugał swymi przeszywającymi oczami i podniósł je na twego ojca.

- Bhabagati, jesteś zbyt twardy dla swych podwładnych! - Słowa były dokładnie takie same, jakich użył przed dwoma dniami na trawą zarosłym polu. I dodał: - Rad jestem, że pozwoliłeś Abinaszowi odwiedzić mnie i że ty wraz z żoną mu towarzyszycie.

13

- Ku ich radości wtajemniczył on twych rodziców w ćwiczenia duchowe krija-jogi9. Twój ojciec i ja, jako bracia uczniowie, staliśmy się od pamiętnego dnia wizji bliskimi przyjaciółmi. Lahiri Mahasaya wyraźnie się interesował tobą. Twoje życie na pewno będzie związane z jego: błogosławieństwo Mistrza nigdy nie zawodzi.



Lahiri Mahasaya niedługo po moim urodzeniu opuścił ten świat, jego portret w ozdobnej ramie uświęcał zawsze nasz ołtarz rodzinny w rozmaitych miastach, do których ojciec służbowo się przenosił. Niejednego poranka i wieczoru można było zastać matkę i mnie w zaimprowizowanej kapliczce, pogrążonych w medytacji lub składających w ofierze kwiaty zamoczone w wonnej paście z drzewa sandałowego. Kadzidłem i mirrą oraz naszymi zjednoczonymi sercami oddawaliśmy cześć bóstwu, które znalazło pełny wyraz w postaci Lahiri Mahasayi.

Portret jego miał ogromny wpływ na moje życie. W miarę jak rosłem, rosła także ze mną moja myśl o Mistrzu. W medytacji często widywałem, jak jego podobizna wyłaniała się z ramki i przybrawszy żywą postać siadała przede mną. Gdy próbowałem dotknąć stóp tego świetlistego ciała, stawała się z powrotem portretem. Gdy z wieku dziecięcego przeszedłem w wiek chłopięcy, stwierdziłem, że Lahiri Mahasaya z małego portreciku wciśniętego w ramkę przemienił się w mym umyśle w żywą świelistą postać. Często modliłem się do niego w chwilach próby lub zakłopotania i znajdowałem w sobie jego uspokajającą wskazówkę.

Z początku smuciłem się, że on już fizycznie nie żyje. Gdy jednak zacząłem odkrywać jego utajoną wszechobecność, przestałem nad tym boleć. Często pisał on do tych spośród swych uczniów, którzy bardzo pragnęli go zobaczyć: dlaczego chcesz widzieć moje ciało i kości, kiedy zawsze jestem w zasięgu twej kutasthy (duchowego wzroku).

Gdy miałem około 8 lat, doznałem dzięki fotografii Lahiri Mahasayi cudownego uleczenia. Przeżycie to wzmogło moją miłość do niego. W czasie pobytu mojej rodziny w Tezapur, w Bengali, zachorowałem na azjatycką cholerę. O życiu moim już zwątpiono, lekarze byli bezradni. Czuwająca zapamiętale przy moim łóżku matka nakazała mi patrzeć na portret Lahiri Mahasayi, który wisiał na ścianie nad moją głową.

- Pochyl się przed nim we czci, chociaż w myśli! - Matka wiedziała, że nie mam sił na to, abym mógł podnieść dłonie ze czcią. - Jeśli naprawdę okażesz mu swą miłość i cześć i jeśli w duszy swej przed nim uklękniesz, życie twe będzie uratowane!

Spojrzałem na fotografię i ujrzałem oślepiające światło, które objęło moje ciało i cały pokój. Moje nudności i inne nie dające się opanować objawy choroby znikły, byłem zdrów. Od razu poczułem się

14

d statecznie silny, aby się pochylić i dotknąć stóp matki w dowód znania dla jej niezmierzonej wiary w swego guru. Matka pochylała ałowę raz za razem przed małym portretem. B - O wszechmocny Mistrzu, dzięki ci za twe światło, które



uleczyło mi syna!

Zrozumiałem, że i ona dostrzegła świetlisty blask, dzięki któremu momentalnie wyzdrowiałem ze śmiertelnej zwykle choroby.

Jednym z najcenniejszych przedmiotów, jakie posiadam, jest właśnie ta fotografia, podarowana ojcu przez samego Lahiri Mahasa-yę; przekazuje ona jego święte wibracje. Fotografia ta posiada niezwykły rodowód. Słyszałem jej historię od Kali Kumar Roya, który był bratem-uczniem mojego ojca.

Według tej opowieści Mistrz nie chciał się fotografować. Pomimo protestu zrobiono raz jego zdjęcie wraz z grupą osób, w której znajdował się także Kali Kumar Roy. Jakże jednak był zdumiony fotograf, gdy na kliszy, na której był wyraźny obraz wszystkich uczniów, nie było postaci Lahiri Mahasayi, lecz tylko biała plama w odpowiednim miejscu. Nad faktem tym szeroko dyskutowano.

Jeden z uczniów, Ganga Dhar Babu, który był doświadczonym fotografem, chełpił się, że jemu nie mógłby się wymknąć obraz Mistrza. Najbliższego ranka, gdy guru siedział na drewnianej ławie w lotosowej postawie, Ganga Dhar Babu przybył z aparatem. W celu zachowania wszelkich środków ostrożności zrobił dwanaście zdjęć. Wnet przekonał się, że na każdej kliszy było zdjęcie ławy i parawanu, który znajdował się poza nią, lecz znów brakowało postaci Mistrza.

Upokorzony w swej dumie Ganga Dhar Babu ze łzami odszukał guru, lecz minęło wiele godzin zanim Lahiri Mahasaya przerwał swe milczenie znamiennymi słowami:

- Jestem duchem. Czyż twoja kamera może sfotografować wszechobecne niewidzialne?

- Wiem, że tego nie potrafię! Jednakże, święty Panie, tak bardzo pragnę mieć zdjęcie cielesnej świątyni, w której, jak się mym nieudolnym oczom wydaje, Duch ten w pełni przebywa.

- W takim razie przyjdź jutro rano. Będę ci pozował.

I znów fotograf nastawił swój aparat. Tym razem święta postać nie zakryta tajemniczą zasłoną była wyraźna i ostra na kliszy. Nigdy poza tym Mistrz nie pozował do fotografii, w każdym razie - ja takiej nie widziałem.

Reprodukcja tej fotografii leży właśnie przede mną. Z pięknych rysów Lahiri Mahasayi, o szczególnym charakterze, nie można

15

określić do jakiej rasy należał. Jego wewnętrzna radość wynikająca ze zjednoczenia się z Bogiem jest tylko słabo zaznaczona w zagadkowym uśmiechu. Jego oczy, aby zaznaczyć formalne zwrócenie się ku zewnętrznemu światu, są na wpół zamknięte. Nie pomny marnych powabów ziemi, był w każdej chwili w pełni świadomy duchowych problemów człowieka, który w swym poszukiwaniu przybywał do niego po pomoc.



Niebawem po uleczeniu dzięki sile portretu Mistrza miałem duchowe widzenie, które wywarło na mnie silne wrażenie. Pewnego ranka, siedząc na łóżku, pogrążyłem się w głębokim marzeniu.

"Co też znajduje się poza ciemnością zamkniętych oczu?" Ta badawcza myśl zawładnęła potężnie moim umysłem. Nagle niezmierny błysk światła pojawił się przed mym wewnętrznym wzrokiem. Boskie postacie świętych, siedzące w górskich jaskiniach w medytacyjnej postawie, tworzyły jakby miniaturowe obrazy kinematograficznego filmu rzucone na duży ekran promieniowania wewnątrz mego czoła.

- Kim jesteście? - zapytałem głośno.

- Jesteśmy himalajskimi joginami. - Niepodobna opisać tej niebiańskiej odpowiedzi. Serce moje przenikał dreszcz zachwytu.

- Ach, pragnę pójść w Himalaje i stać się do was podobnym! Widzenie znikło, lecz srebrzyste promienie rozprzestrzeniały się w coraz szerszych kręgach do nieskończoności.

- Cóż to za cudowna jasność?

- Jestem Ihswarą10. Jestem Światłem. - Był to jakby głos szemrzących obłoków.

- Chcę się z tobą zjednoczyć!

Z tej zanikającej powoli boskiej ekstazy zachowałem trwałe dążenie do szukania Boga. "On jest wieczystą, nieustannie odnawiającą się Radością!" Pamięć tego pozostała mi na długo od dnia zachwycenia.



Dostları ilə paylaş:
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə