Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə20/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   ...   16   17   18   19   20   21   22   23   ...   42

"Tak żywić się będziesz śmiercią, karmiącą się ludźmi;

A gdy śmierć już martwa, nie trzeba umierać". (Szekspir - Sonet 146)

Życie zaawansowanego krija-jogina nie podlega skutkom dawnych jego czynów; kieruje nim wyłącznie sama dusza. Człowiek pobożny unika w ten sposób powolnego, ewolucyjnego kierownictwa ze strony własnych egoistycznych poczynań, dobrych i złych, oraz codziennego życia - niezdarnego i ślimaczego dla orlich serc.

Wyższa metoda życia duchowego uczyni jogina wolnym, wyzwolonym z więzienia swego ego, poznaje on smak wszechobecności. Siłą kontrastu niewola naturalnego życia zaczyna być dla niego upokarzająca. Jednakże człowiek, który przystosowuje swe życie do zwykłego ewolucyjnego porządku, nie może żądać od przyrody pośpiechu, gdyż potrzebuje ona miliona lat inkarnacyjnych maskarad, aby wreszcie poznał on swe ostateczne wyzwolenie i to w przypadku, gdy nie grzeszy przeciw prawom swej fizycznej i umysłowej natury.

Dalekosiężne metody joginów, zrywających z nawykiem utożsamiania się z ciałem fizycznym i umysłem, godne są polecenia każdemu, kto buntuje się przeciw perspektywie miliona lat. Te granice czasu odsuwają się jeszcze dalej w przypadku zwykłego człowieka, który nie żyje w harmonii z przyrodą, nie mówiąc już o harmonii duszy, lecz ugania się za sprzecznymi z naturą celami, gwałcąc w swej myśli i postępowaniu wymagania zdrowia i zdrowego rozsądku. Dla niego i dwa miliony lat nie wystarczą na osiągnięcie wyzwolenia.

220

Utożsamiając się ze swym ograniczonym "ja" człowiek staje na stanowisku, że to on myśli, pragnie, czuje, trawi pożywienie i utrzymu-lifsie. przy życiu; nigdy nie przypuszcza, choć wystarczyłaby chwila ^fleksji, że w codziennym swym życiu jest tylko marionetką w ręku ^wych przeszłych czynów (karmy), oraz przyrody i środowiska, 'intelektualne reakcje każdego człowieka, jego uczucia, postawy i nawyki są wyznaczone przez skutki odpowiednich dawnych przyczyn, stworzonych w tym lub dawniejszym życiu. Jednakże królewska jego dusza stoi powyżej tych wpływów. Jogin, uprawiający krija-jogę, lekceważy drobne swobody i małe prawdy codziennego życia oraz przekracza granice wszelkich złudzeń i rozczarowań, docierając do wyzwolonego bytu. Każde pismo święte głosi, że człowiek jest żywa duszą, a nie zniszczalnym ciałem; krija-joga dostarcza człowiekowi metody przekonania się o prawdziwości tej tezy.



"Zewnętrzny rytuał", pisze Siankara w swych sławnych Stu Wierszach (Century of Verses), "nie może zniszczyć niewiedzy, gdyż nie jest on z nią sprzeczny. Tylko wiedza urzeczywistniona niszczy niewiedzę... Wiedza nie może powstać w żaden inny sposób, jak tylko przez badanie. Kim jestem? Jak powstał ten świat? Kto jest jego twórcą? Jaka jest materialna przyczyna? Oto jaki rodzaj badania jest potrzebny". Intelekt nie udziela odpowiedzi na te pytania, dlatego jogini rozwinęli jogę jako technikę duchowego badania.

Krija-joga jest prawdziwym "rytuałem ognia", który często wychwala Bhagawad Gita. Oczyszczający ogień jogi przynosi wieczyste oświecenie i dlatego różni się od zewnętrznych i mało skutecznych religijnych ceremonii ognia, w których często przy akompaniamencie uroczystych śpiewów razem z kadzidłem ulega spaleniu także postrzeganie prawdy.

Zaawansowany jogin, który cały swój umysł, wolę i uczucie wstrzymuje od fałszywego utożsamiania się z cielesnymi pragnieniami oraz jednoczy swój umysł z ponadświadomymi siłami centrów kręgosłupa, żyje w świecie zgodnie z planem Boga, nie zmuszany do niczego przez bodźce przeszłości czy głupotę ludzkich motywów. Taki jogin osiąga spełnienie swego najwyższego Pragnienia, przybiwszy bezpiecznie do ostatniego portu niewyczerpanej pełni szczęścia Ducha.

Mówiąc o niezawodnej i metodycznej skuteczności jogi, Sri Kriszna wyzwala jogina w następujących słowach: "Jogin stoi wyżej aniżeli umartwiający ciało asceta, wyżej nawet aniżeli ci, co kroczą po ścieżce (dżnana-jogd) lub po ścieżce działania (karma-joga) - bądź :, uczniu Ardżuno, jpginem"! (Bhagawad Gita VI:46).

221

Wszystkie swe zawiłe ludzkie pragnienia i tęsknoty jogin składa w ofierze Bogu i spala je na ołtarzu całopalenia, poświęconemu jedynemu, nieporównanemu Bogu. Taką w swej istocie jest prawdziwa ceremonia ognia jogi; wszystkie przeszłe i obecne pragnienia spalają się w ogniu boskiej miłości. Płomień ostateczny przyjmuje w ofierze wszystkie ludzkie szaleństwa, a człowiek staje się w nim czysty i bez skazy.



ROZDZIAŁ 27 Założenie szkoły jogi w Ranczi

- Dlaczego odnosisz się niechętnie do pracy organizacyjnej? Pytanie Mistrza nieco mnie zaskoczyło. Rzeczywiście byłem wówczas przekonany, że każda organizacja "jest gniazdem os".

- Niewdzięczna to praca, panie - odpowiedziałem. - Cokolwiek kierownik organizacji czyni lub nie czyni jest przedmiotem krytyki.

- Czy pragniesz mieć boską czannę (twaróg) tylko dla siebie? Pytaniom Mistrza towarzyszyło poważne jego spojrzenie. - Czyż mógłbyś ty sam lub ktokolwiek inny osiągnąć przy pomocy jogi zjednoczenie z Bogiem, gdyby nie było łańcucha mistrzów o szlachetnym sercu, gotowych przekazywać swą wiedzę innym? - A potem Mistrz dodał: - Bóg jest miodem, a organizacje ulami; jedno i drugie jest niezbędne. Każda forma pozbawiona ducha jest bezużyteczna, lecz dlaczego nie miałbyś rozpocząć działalności od uli pełnych duchowego nektaru?

Rada Mistrza poruszyła mnie głęboko. Chociaż usta moje nie odpowiedziały, w piersi mojej zrodziło się niezłomne postanowienie: w granicach mych sił będę się dzielił z bliźnimi niewzruszonymi prawdami, których nauczyłem się u stóp Mistrza. "Panie", modliłem się, "niechaj twoja Miłość jaśnieje zawsze nad sanktuarium mego samoodda-nia i niech będę zdolny rozbudzać tę Miłość w sercach innych ludzi".

Już wcześniej przy pewnej okazji, zanim jeszcze wstąpiłem do zakonu, Sri Jukteswar zadał mi zaskakujące pytanie:

- W jaki sposób - powiedział - zamierzasz obejść się w star-fzym wieku bez towarzystwa żony? Czy nie widzisz, że mężczyzna będący głową rodziny spełnia rolę godną w oczach Boga nagrody?

- Panie - zaprotestowałem z niepokojem - wiesz przecie, że

w tym życiu pragnę się wiązać tylko z Kosmicznym Ukochanym.

Mistrz roześmiał się tak wesoło, że zrozumiałem, iż uwagę swą

Opowiedział jedynie w celu wypróbowania mnie.

,-7 Pamiętaj - rzekł powoli - że kto odrzuca swe obowiązki

świecie, może znaleźć usprawiedliwienie tylko wtedy, gdy podejmuje

223


jakiś inny rodzaj odpowiedzialności w stosunku do o wiele większe; rodziny.

Ideał wszechstronnego wychowania młodzieży zawsze był bliski memu sercu. Widziałem jasno nikłe wyniki zwykłego nauczania mającego na celu jedynie rozwój ciała i intelektu. W programie tego wychowania brakuje wartości moralnych i duchowych, bez których żaden człowiek nie może uzyskać szczęścia. Postanowiłem więc założyć szkołę, w której by młodzi chłopcy mogli rozwijać w sobie pełnię człowieczeństwa. Pierwszego kroku w tym kierunku dokonałem z siedmioma chłopcami w Dihika, małej osadzie wiejskiej w Bengalu.

W rok później, w 1918 r., dzięki hojności Manindra Szandra Nund'ego, maharadży Kasimbazaru, mogłem przenieść swą szybko powiększającą się grupę chłopców do Ranczi. Miasto to, znajdujące się w Bihar, około 200 mil od Kalkuty, należy do miejscowości o najzdrowszym klimacie Indii. Pałac Kasimbazarski w Ranczi przeobraził się w siedzibę nowej szkoły, którą zgodnie z wychowawczymi ideałami riszich nazwałem Brahmaczaria Widialaja.101

Leśne aszramy riszich były w starożytności ośrodkami nauczania zarówno świeckiego, jak i religijnego młodzieży w Indiach.

Szkoła w Ranczi była szkołą średnią, a w programie swym miała przedmioty techniczne, handlowe i ogólnokształcące. Uczniowie uczyli się także skupienia i medytacji oraz jedynego w swoim rodzaju systemu ćwiczeń fizycznych Jogoda, którego zasady odkryłem w 1916 r.

Wiedząc, że ciało ludzkie jest podobne do baterii elektrycznej, doszedłem do wniosku, że można je ładować nową energią przez bezpośrednie działanie ludzkiej woli. Ponieważ żadne działanie łudzicie, małe czy wielkie, nie jest możliwe bez aktu woli, człowiek może odwołać się do pierwotnego motoru, jaki jest w nim, to jest do swej woli, aby przy jego pomocy odnawiać tkanki ciała bez uciążliwego aparatu lub mechanicznych ćwiczeń. Toteż uczyłem młodzież w Ran-czi prostych technik Jogody, dzięki którym siła życia skupiona w rdzeniu przedłużonym (medulla oblongatd) może być świadomie i momentalnie odnawiana z nieograniczonych zasobów energii kos-"micznej.

Chłopcy reagowali na te ćwiczenia znakomicie, rozwijając w sobie zdolność przesuwania energii życiowej z jednej części ciała do drugie) oraz zdolność utrzymywania dokonałej równowagi ciała w różnych trudnych postawach jogi. Składali dowody siły i wytrzymałości. a wielu silnych ludzi dorosłych nie mogło im dorównać. Najmłodszy mój brat, Bisznu Czandra Ghosh, który także wstąpił do szkoły

224


w Ranczi, stał się później przodującym przedstawicielem kultury fizycznej w Bengalu. Razem z kilku swymi uczniami podróżował on po Europie i Ameryce, dając pokazy siły i zręczności, które wprawiały w zdumienie profesorów uniwersytetów, z Uniwesytetem Columbia w Nowym Jorku włącznie. Pod koniec pierwszego roku istnienia szkoły w Ranczi wpłynęły dwa tysiące podań o przyjęcie. Szkoła jednak w tym czasie była wyłącznie internatową i mogła przyjąć tylko około stu uczniów. Toteż niebawem zorganizowano nauczanie dla uczniów mieszkających poza internatem.

W "Widialaja" musiałem spełniać funkcje ojca i matki w stosunku do małych dzieci oraz zmagać się z licznymi organizacyjnymi trudnościami. Często wspominałem słowa Chrystusa: "Zaprawdę mówię wam: nie ma nikogo, kto by opuścił dom albo braci, albo siostry, albo ojca, albo matkę, albo dzieci, albo rolę dla mnie i dla ewangelii, żeby nie miał wziąć stokroć tyle, teraz w tym czasie: domów i braci i sióstr i matek i dzieci i ról, choć wśród prześladowań, a w przyszłym czasie żywota wiecznego" (Marek, 10:29-30). - Sri Jukteswar tak tłumaczył te słowa: "Człowiek pobożny, który wyrzeka się doświadczeń życia małżeńskiego i rodzinnego, a problemy utrzymania domu i ograniczonej działalności zastępuje szerszymi obowiązkami służenia społeczeństwu w ogóle, podejmuje zadanie, które często spotyka się z prześladowaniami ze strony nie rozumiejącego go świata, któremu jednak towarzyszy boskie, wewnętrzne zadowolenie".

Pewnego dnia przybył do Ranczi mój ojciec, aby udzielić mi swego błogosławieństwa, z którym długo zwlekał, ponieważ uraziłem go odrzucając jego propozycję objęcia stanowiska w Kompanii Kolei Bengalsko-Nadżpurańskiej.

- Synu mój - powiedział - pogodziłem się teraz z twoim wyborem drogi życia. Napawa mnie to prawdziwą radością, gdy widzę cię wśród tej szczęśliwej, pełnej zapału młodzieży; twoje miejsce jest raczej tutaj aniżeli wśród bezdusznych cyfr kolejowych rozkładów jazdy. - Pomachał ręką w stronę tuzina małych dzieci, które bawiły si? w berka i czepiały się moich nóg. - Miałem tylko ośmioro dzieci -- zauważył ojciec mrugając oczami. - Lecz potrafię przeżywać to razem z tobą.

Mając do swej dyspozycji duży ogród owocowy, dwadzieścia pięć akrów urodzajnej ziemi, uczniowie, jak i ja sam spędzaliśmy wiele szczęśliwych godzin w pracy na polu w idealnych warunkach. Mieliśmy wśród zwierząt wielu ulubieńców, a między nimi - mądrą sarenkę, która była ubóstwiana przez dzieci. Ja również tak bardzo ją

225


lubiłem, że pozwalałem jej sypiać w swym pokoju. O świcie każdego dnia to małe stworzenie dreptało ku memu łóżku, aby otrzymać poranną pieszczotę.

Pewnego dnia nakarmiłem sarenkę nieco wcześniej niż zwykle gdyż miałem załatwić pewną sprawę w mieście w Ranczi. Chociaż przestrzegałem chłopców, aby jej nie karmili przed moim powrotem jeden z nich był nieposłuszny i dał małej sarence wielką ilość mleka! Gdy powróciłem wieczorem, powitała mnie smutna wiadomość: "Sarenka niemal martwa z powodu przejedzenia".

Ze łzami w oczach położyłem pozornie martwą sarenkę na swych kolanach i modliłem się żałośnie do Boga o zachowanie jej przy życiu. Po kilku godzinach małe stworzenie otwarło oczy, powstało i zaczęło słabo chodzić. Cała szkoła krzyczała z radości.

Jednakże tej nocy otrzymałem głęboką lekcję, której nigdy nie zapomnę. Gdy czuwałem przy sarence do drugiej w nocy, nagle zasnąłem. We śnie pojawiła mi się sarenka i powiedziała do mnie: "Sprowadziłeś mnie z powrotem. Proszę cię, pozwól mi odejść; pozwól mi odejść"!

"Dobrze", odpowiedziałem we śnie.

Zbudziłem się natychmiast i krzyknąłem:

- Chłopcy, sarenka umiera!

Dzieci zbiegły się do mnie.

Pobiegłem do kąta pokoju, gdzie umieściłem pieszczoszkę. Uczyniła ostatni wysiłek, aby powstać, a potem upadła do mych stóp martwa.

Zgodnie z karmą zbiorową, która kieruje losami zwierząt, życie sarenki dobiegło końca: sarenka była gotowa do przejścia w wyższą 'formę życia. Jednakże moje głębokie przywiązanie do niej, które, jak "zrozumiałem później, było egoistyczne, oraz moja gorąca modlitwa zdołały zatrzymać ją w ograniczającej ją formie życia, z której dusza usilnie starała się wyzwolić. Dusza sarenki prosiła mnie we śnie, gdyż bez mego pełnego miłości zezwolenia nie chciała ani nie mogła odejść. Gdy tylko się zgodziłem - odeszła.

Wszelki smutek opuścił mnie; zrozumiałem jeszcze raz, że Bóg chce, aby Jego dzieci kochały na Ziemi wszystko jako Jego cząstkę i nie ulegały złudzeniu, że śmierć wszystko może. Człowiek nie mający głębszej wiedzy widzi tylko nieprzebyty mur śmierci, który pozornie na zawsze ukrywa najdroższych mu przyjaciół. Jednakże człowiek wolny od przywią/an. człowiek, który kocha drugich jako przejaw Boga, rozumie, że w chwil' śmierci droga mu osoba tylko wraca w sferę radości do Boga.

226


Szkoła w Ranczi z małych i skromnych początków rozwinęła się w dużą instytucję, dobrze teraz znaną w Indiach. Liczne wydziały szkoły korzystają z dobrowolnych subsydiów osób, które z radością obserwują, jak szkoła kontynuuje wychowawcze ideały riszich. Pod ogólną nazwą Yogoda Sat-Sanga otwarto kwitnące filie w Midnapore i Lakszmanpur. (Yogoda: joga, zjednoczenie, harmonia, równowaga; da, to co czegoś udziela. Sat-Sanga: Sat, prawda; sanga, stowarzyszenie. Aby uniknąć nazw sanskryckich nadano na Zachodzie stowarzyszeniu Yogoda Sat-Sanga nazwę Towarzystwa Urzeczywistniania Jaźni).

Przy centralnej szkole w Ranczi istnieje oddział medyczny, który udziela bezpłatnych porad lekarskich i lekarstw ubogiej ludności. Liczba osób korzystających z tych usług w ciągu roku przekroczyła 18.000. "Widialąja" zaznaczyła się również w hinduskim sporcie zawodniczym oraz w dziedzinie naukowej; wielu wychowanków Ranczi wyróżniło się w swych dalszych uniwersyteckich studiach.

Szkoła, która obecnie jest i ośrodkiem różnych inicjatyw, miała zaszczyt gościć wielu wybitnych mężów i kobiet ze Wschodu i Zachodu. Jednym z wielu ludzi, którzy w pierwszych latach istnienia zwiedzili "Widialaję", był Swami Pranabananda, "święty o dwóch ciałach" z Benaresu. Gdy wielki ten mistrz zobaczył malowniczy obraz malców uczących się pod drzewami, a wieczorem młodych chłopców, którzy godzinami siedzieli bez ruchu pogrążeni w medytacji jogi, był głęboko wzruszony.

- Radość przepełnia moje serce - powiedział - gdy widzę, jak w tej instytucji urzeczywistniają się ideały Lahiri Mahasayi w zakresie wychowania młodzieży. Niechaj spłynie na nią błogosławieństwo mego guru.

Młody chłopiec siedzący koło mnie ośmielił się zadać wielkiemu joginowi pytanie:

- Panie, czy będę mnichem? Czy moje życie będzie wyłącznie życiem dla Boga?

Swami Pranabananda uśmiechnął się łagodnie, wzrok jego skierował się w przyszłość.

- Dziecko moje, gdy dorośniesz, czekać będzie na ciebie piękna narzeczona. (Chłopiec, który w ciągu wielu lat zamierzał wstąpić do Zakonu Swamich, ożenił się później).

W jakiś czas po wizycie Swamiego Pranabanandy w Ranczi towarzyszyłem memu ojcu w podróży do Kalkuty, gdzie w pewnym u ten jogin chwilowo przebywał. Przepowiednia Pranabanandy

227


sprzed tak wielu lat pojawiła się w mej pamięci: "Zobaczę cię ponownie razem z twym ojcem, ale później".

Gdy ojciec wszedł do pokoju swamiego, wielki jogin powstał i uściskał mego ojca z pełnym miłości uszanowaniem.

- Bhagabati - powiedział - co z tobą? Czy nie widzisz, że twój syn na wyścigi biegnie ku Nieskończonemu? - Zarumieniłem się słysząc tę pochwałę w obecności ojca. A swami ciągnął dalej: - Czy pamiętasz, jak często nasz błogosłowiony guru powtarzał: "Banat banat, bań dżai". Praktykuj więc kńja-jogę nieustannie i szybko dotrzyj do boskiej bramy. (Jedno z ulubionych powiedzeń Lahiri Mahasayi, którym zachęcał on swych uczniów do wytrwałości. W wolnym przekładzie znaczy ono: "Dąż usilnie, a pewnego dnia ujrzysz Boski cel"!)

Ciało Pranabanandy, które podczas mej pierwszej, tak bardzo zdumiewającej mnie wizyty w Benaresie wyglądało tak zdrowo i krzepko, obecnie wyraźnie było postarzałe, choć postawa jego była nadal zadziwiająco prosta.

- Swamidżi - zapytałem, patrząc mu prosto w oczy - proszę mi powiedzieć prawdę; czy nie czujesz ciężaru wieku? Czy w miarę jak ciało słabnie, nie cierpi wskutek tego twe postrzeganie Boga?

Swami uśmiechnął się anielsko: - Ukochany jest obecnie razem ze mną bardziej niż kiedykolwiek. - Siła jego przekonania przeniknęła mój umysł i duszę. Tymczasem mówił on dalej: - Nadal korzystam z dwóch emerytur: z jednej od Bhagabatiego i drugiej z góry. Wskazując palcem w niebo, święty wszedł w stan ekstazy, twarz jego jaśniała boskim blaskiem; była to wyczerpująca odpowiedź na moje pytanie.

Zauważyłem, że w pokoju Pranabanandy znajduje się dużo roślin i paczek z nasionami, zapytałem więc o ich przeznaczenie.

- Opuściłem Benares na stałe i obecnie znajduję się w podróży do Himalajów. Otworzę tam aszramę dla swoich uczniów. Z nasion tych wyhodujemy szpinak i kilka innych warzyw. Moi ukochani żyć będą zwyczajnie, spędzając swój czas na pełnym szczęścia zjednoczeniu z Bogiem. Niczego więcej nie będzie potrzeba.

Ojciec zapytał swego brata-ucznia, kiedy zamierza powrócić do Kalkuty.

- Nigdy już - odpowiedział święty. - W tym roku, jak nu powiedział Lahiri Mahasaya, powinienem opuścić na zawsze ukochane moje Benares i udać się w Himalaje, aby tam porzucić swą śmiertelną postać.

228

Na te słowa oczy moje napełniły się łzami, lecz swami uśmiechnął sje spokojnie. Przypominał mi małe, niebiańskie dziecię, siedzące bezpiecznie na łonie Bożej Matki. Ciężar lat, jeśli chodzi o pełnię najwyższych władz duchowych, nie wywiera ujemnego wpływu na wielkiego jogina. Potrafi on, jeśli zechce, odnowić swe ciało, czasem jednak pozwala, aby jego karma wyładowała się w sferze fizycznej fw tym celu posługuje się swym ciałem jako środkiem, który pozwala ^zaoszczędzić czas, gdyż wyładowanie się w nim karmy zapobiega konieczności wyczerpywania karmy w nowej inkarnacji.



Po upływie szeregu miesięcy spotkałem starego przyjaciela, Sanan-dana, który należał do najbliższych uczniów Pranabanandy.

- Mój uwielbiony przeze mnie mistrz odszedł - powiedział mi ze łzami. - Założył on pustelnię w pobliżu Riszikesz i prowadził z nami z wielką pasją ćwiczenia. Gdy już całkiem dobrze urządziliśmy się i gdy czyniliśmy w jego obecności szybkie postępy duchowe, zaproponował pewnego dnia przyjęcie dużego tłumu ludzi z Riszikesz. Zapytałem go, dlaczego życzy sobie tak wielkiej liczby gości.

- Jest to moje ostatnie uroczyste przyjęcie - powiedział. Nie zrozumiałem w pełni znaczenia jego słów.

Pranabananda pomógł nam ugotować wielką ilość pożywienia. Nakarmiliśmy około 2000 gości. Po uczcie usiadł na wysokim podium

1 wygłosił natchnioną mowę o Nieskończonym. Na końcu, na oczach tysięcy ludzi, zwrócił się do mnie, bo siedziałem obok niego i powiedział z niewykłą siłą:

- Sanandan, bądź gotów; porzucam swe ciało.

Po chwili oszołomienia krzyknąłem głośno: - Mistrzu, nie czyń tego! Proszę cię, błagam, nie czyń tego! - Tłum oniemiał, patrząc na nas z ciekawością. Guru uśmiechnął się do mnie, lecz jego uroczysty wzrok był już skierowany ku Wieczności.

- Nie bądź sobkiem - powiedział - ani też nie martw się z mojego powodu. Długo służyłem wam wszystkim z ochotą, teraz weselcie się i życzcie mi szczęśliwej drogi z Bogiem. Idę na spotkanie

2 mym Kosmicznym Ukochanym. - Szeptem Paranabananda dodał: Wnet narodzę się z powrotem. Po krótkim okresie radości w nieskończonej szczęśliwości powrócę na ziemię i przyłączę się do Babadżi. (Mistrz Lahiri Mahasai, który nadal żyje - zob. rozdz. 33) - Wnet dowiecie się, kiedy i gdzie moja dusza zamieszkała w nowym ciele.

Zawołał ponownie: - Sanandan, porzucę swą postać przy pomocy drugiej krija-jogi. (Druga krija-joga, której nauczał Lahiri Mahasaya,

229

pozwala człowiekowi pobożnemu, który ją opanował, opuszczać świadomie ciało w dowolnym czasie i powracać do niego. Zaawansowani jogowie posługują się techniką drugiej krija-jogi przy ostatecznym opuszczaniu ciała, tj. przy śmierci, której termin jest im zawsze naprzód znany).



Spojrzał na morze twarzy przed nami i udzielił błogosławieństwa. Skierowawszy wewnętrzne spojrzenie ku duchowemu centrum, znieruchomiał. Podczas gdy oszołomiony tłum sądził, że medytuje on w ekstazie, Pranabananda opuścił swój cielesny przybytek i zanurzył się w kosmicznym przestworze. Gdy uczniowie dotknęli jego ciała, znajdującego się nadal w lotosowej postawie, nie było już w nim ciepła. Pozostało tylko zesztywniałe ciało; mieszkaniec jego uszedł ku brzegom nieśmiertelności.

Zapytałem: - Gdzie Panabananda ma się ponownie narodzić?

- Tej świętej tajemnicy - odparł Sanandan - nie mogę nikomu powierzyć. Może będziesz mógł dowiedzieć się tego na innej drodze.

Po latach dowiedziałem się od Swamiego Kaszabanandy (spotkanie moje z Kaszabanandą opisuję w rozdz. 42), że Pranabananda w lat kilka po odrodzeniu się w nowym ciele odszedł do Badrinarajam w Himalajach i tam przyłączył się do grupy mnichów przebywających razem z wielkim Babadżi.

ROZDZIAŁ 28 Kaszi na nowo urodzony i odnaleziony

- Proszę nie wchodzić do wody. Kąpmy się, nabierając wody wiadrami.

Tak przemówiłem do młodych uczniów w Ranczi, którzy towarzyszyli mi w ośmiomilowej wycieczce na znajdujące się w sąsiedztwie wzgórza. Staw, do którego doszliśmy, zapraszał do kąpieli, jednakże w umyśle mym pojawiła się jakaś niechęć do niej. Grupa otaczających mnie uczniów poszła za moim przykładem i nabierała wodę wiadrami, kilku jednak wyrostków uległo pokusie zimnej wody. Jeszcze nie zdołali się zanurzyć w wodzie, gdy zaklębiły się koło nich wielkie węże wodne. Chłopcy wyskoczyli ze stawu z komicznym pośpiechem.

Gdy dotarliśmy do celu, urządziliśmy sobie przyjemny piknik. Siedziałem pod drzewem otoczony przez uczniów. Niektórzy widząc, że jestem w nastroju do przepowiadania, zarzucili mnie pytaniami.

- Proszę mi powiedzieć, panie - prosił jeden z chłopców - czy zawsze będę z tobą na ścieżce wyrzeczenia?

- Ach, nie - odpowiedziałem - zabiorą cię siłą do domu, a później się ożenisz.

Nie wierząc mi, chłopiec gwałtownie zaprotestował. - Chyba trupem wezmą mnie do domu. - W kilka miesięcy później przybyli jego rodzice, aby go zabrać pomimo pełnego płaczu oporu; w kilka lat poiem się ożenił.

Gdy udzieliłem odpowiedzi na wiele pytań, odezwał się do mnie chłopiec, mający na imię Kaszi. Był to dwunastoletni świetny uczeń, kochany przez wszystkich.

- Panie, jakie jest moje przeznaczenie?

- Wnet umrzesz. - Odpowiedź padła z moich ust z siłą. To nieoczekiwane ujawnienie prawdy wstrząsnęło i zmartwiło mnie, jak 1 każdego z obecnych. Ganiać się w milczeniu za pośpiech, odmówiłem odpowiedzi na dalsze pytania.

Po powrocie do szkoły Kaszi zjawił się u mnie w pokoju.

- Jeśli umrę, czy odnajdzie mnie pan, gdy się na nowo narodzę i wprowadzi mnie na duchową ścieżkę? - Kaszi łkał.

231

Czułem wewnętrznie, że jednak muszę odmówić przyjęcia tej trudnej okultystycznej odpowiedzialności. Ale w ciągu kilku nastep. nych tygodni Kaszi nieustępliwie wciąż mnie na nowo prosił. Widząc że jest w najwyższym stopniu zdenerwowany, pocieszyłem go w końcu'



Dostları ilə paylaş:
1   ...   16   17   18   19   20   21   22   23   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə