Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə23/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   ...   19   20   21   22   23   24   25   26   ...   42

Mistrz uśmiechnął się życzliwie.

- Dziecko, które urodzisz, będzie żyć. Proszę cię, przestrzegaj starannie mych wskazówek. Dziecko to, a będzie to dziewczynka,

253

urodzi się w nocy. Pilnuj, aby lampa olejna paliła się aż do świtu. Nie zaśnij i nie pozwól, aby światło zgasło.



Abbhoya urodziła dziewczynkę; stało się to w nocy - ściśle jak to przewidział wszystkowiedzący guru. Matka pouczyła pielęgniarkę, aby czuwała i napełniła w nocy lampę. Obie kobiety pilnie czuwały aż do wczesnej rannej godziny, jednakże w końcu zasnęły. Lampa oliwna dopalała się; światło słabo migotało.

W pewnej chwili klamka u drzwi sypialni poruszyła się i drzwi głośno i szeroko się otwarły. Przerażone kobiety obudziły się. Zdumione ich oczy zatrzymały się na postaci Lahiri Mahasayi.

- Abbhoya, patrz, światło gaśnie! - Wskazał na lampę, którą pielęgniarka z pośpiechem ponownie napełniła. Skoro tylko lampa znowu zajaśniała, mistrz znikł. Drzwi się zawarły; klamka poruszyła się i zatrzasnęła bez widocznej przyczyny.

Dziewiąte dziecko Abbhoyi utrzymało się przy życiu; w 1935 roku, kiedy to sprawdzałem, córka Abbhoyi jeszcze żyła.

Jeden z uczniów Lahiri Mahasayi, czcigodny Kali Kumar Roy, opowiadał mi wiele fascynujących szczegółów o swym obcowaniu z mistrzem.

- Bywałem często gościem w jego domu w Benares, po kilka tygodni bez przerwy - snuł Roy swe wspomnienia. - Widziałem, jak wiele świętych osób, dandi swamich przybywało w ciszy nocnej, aby usiąść u stóp mistrza. (Danda, laska symbolizująca stos pacierzowy; noszą ją rytualnie mnisi niektórych zakonów). Niekiedy podejmowali oni dyskusję na tematy związane z medytacją lub filozofią. O świcie ci dostojni goście znikali. Podczas mych wizyt przekonałem się, że Lahiri Mahasya nigdy nie kładł się spać.

W początkowym okresie mego obcowania z mistrzem musiałem walczyć z trudnościami, które mi czynił mój pracodawca - opowiadał Roy dalej. - Był on przesiąknięty materializmem.

- Nie chcę mieć w swym biurze religijnych fanatyków - drwił. - Jeśli kiedy spotkam twego szarlatańskiego guru, to mu powiem parę słów na pamiątkę.

Ta niepokojąca pogróżka nie zdołała zmienić mojego trybu życia; nadal niemal każdy wieczór spędzałem w obecności mego guru. Pewnego wieczoru pracodawca mój poszedł za mną i brutalnie wdarł się do wnętrza. Niewątpliwie zdecydowany był, jak obiecał, zetrzeć mistrza na proch swymi słowy. Jeszcze nie usiadł na dobre, gdy Lahifl Mahasaya powiedział do grupy około dwunastu uczniów:

- Czy macie ochotę zobaczyć pewien obraz?

254

Gdyśmy ją wszyscy wyrazili, mistrz poprosił o zaciemnienie pokoju. - Usiądźcie wkoło jeden przy drugim i wyciągnijcie ręce ponad oczy człowieka, którego macie przed sobą.



Byłem zdziwiony, że mój pracodawca stosuje się również, choć niechętnie, do wskazań mistrza. Po kilku minutach Lahiri Mahasaya zapyta.} nas, co widzimy.

- Panie - odpowiedziałem - zjawiła się piękna kobieta. Ma na sobie obrzeżone na czerwono sari i stoi obok rośliny o wielkich liściach. - Wszyscy inni uczniowie podali ten sam opis. Mistrz zwrócił się do mego pracodawcy: - Czy poznajesz tę kobietę?

- Tak. - Człowiek ten wyraźnie walczył z nowymi dla jego natury uczuciami. - Byłem głupi i traciłem na nią pieniądze, chociaż mam dobrą żonę. Wstydzę się motywów, które mnie tu przyprowadziły. Czy zechcesz mi panie wybaczyć i przyjąć mnie za ucznia?

- Jeśli będziesz prowadził dobre, moralne życie przez sześć miesięcy, przyjmę cię. - Mistrz dodał zagadkowo: - W przeciwnym razie nie będę mógł cię wtajemniczyć.

Przez trzy miesiące mój chlebodawca opierał się pokusom; potem jednak z powrotem nawiązał stosunki z ową kobietą. W dwa miesiące później umarł. Zrozumiałem wtedy zawoalowaną przepowiednię mego guru, że wtajemniczenie tego człowieka nie jest prawdopodobne.

Lahiri Mahasaya miał bardzo sławnego przyjaciela w osobie swamiego Trailangi, o którym twierdzono, że ma ponad trzysta lat. Obaj jogini często zasiadali razem do medytacji. Sława Trailangi była tak szeroka, że rzadko który Hindus zaprzeczyłby prawdziwości opowieści o jego zdumiewających cudach. Gdyby Chrystus wrócił na ziemię i chodził po ulicach Nowego Jorku przejawiając swą boską potęgę, wywołałby takie samo poruszenie, jakie przed kilku dziesiątkami lat budził Trailanga przechodząc przez tłumne ulice Benaresu.

Wiele razy widziano, jak swami pił bez szkody dla siebie najbardziej jadowite trucizny. Tysiące ludzi, z których niektórzy jeszcze żyją, widziało, jak Trailanga unosił się nad Gangesem. W ciągu wielu dni mógł siedzieć na powierzchni wody lub przez bardzo długi czas Pozostawać ukryty pod falami rzeki. W kąpielowych ghatach Benare-s" pospolitym był widok jego nieruchomego ciała, wystawionego na r°zpalonych kamiennych płytach na bezlitosne indyjskie słońce, ^pomocą tych faktów Trailanga starał się uczyć ludzi, że życie jogina nie zależy od tlenu ani innych zwykłych warunków lub środków °strożności. Czy znajdował się ponad wodą, czy pod nią, czy ciało Jego było lub nie było wystawione na działanie ognistych promieni,

255


Mistrz dowodził, że żyje dzięki Boskiej świadomości. Śmierć nie mogła go tknąć!

Jogin ów był wielki nie tylko duchowo, ale i fizycznie. Waży} ponad trzysta funtów, jeden funt na każdy rok jego życia! A że jadał bardzo rzadko, było to tym bardziej tajemnicze. Mistrz jednak może z łatwością ignorować wszelkie reguły zdrowia, gdy tylko z jakichś specjalnych przyczyn, często nader subtelnych, sobie tylko znanych, zapragnie tak uczynić. Wielcy święci, którzy przebudzili się z kosmicznego snu mayi i pojęli ten świat jako ideę w Umyśle Boskim, mogą czynić z ciałem, co zechcą, wiedząc, że jest ono tylko podatną formą skondensowanej lub zamrożonej energii. Chociaż uczeni fizycy zrozumieli obecnie, że materia jest tylko skondensowaną energią, to oświeceni w pełni mistrzowie dawno już przeszli od teorii do praktyki na polu opanowania matem.

Trailanga był zawsze całkowicie nagi. Znękana tym policja Bena-resu doszła do wniosku, że należy go traktować jak dziecko. Swami żyjący w sposób naturalny, jak Adam w ogrodzie Edenu, był nieświadomy swej nagości. Policja natomiast była w pełni tego świadoma i bez ceremonii zamknęła go w areszcie. Wnet jednak wyniknął nowy ambaras: ogromne ciało Trailangi ukazało się w swej zwykłej okazałości na dachu więzienia. Cela jego pozostała nadal zamknięta na klucz, więc nie wiadomo było, jak się z niej wydostał.

Zawiedzeni przedstawiciele prawa jeszcze raz spełnili swój obowiązek, lecz siła musiała się ponownie cofnąć przed prawem: niebawem można było obserwować, jak Trailanga beztrosko przechadza się po dachu... Bogini sprawiedliwości jest ślepa; wykpiona policja zdecydowała się pójść w jej ślady.

Wielki jogin zachowywał zwykle milczenie. Był on munim, mnichem, który przestrzega mauna, duchowego milczenia. (Sanskrycki pierwiastek muni jest pokrewny z greckim monos, "sam, jedyny", od którego pochodzą angielskie wyrazy monk i monizm oraz polskie "mnich", "monizm" itd.) Pomimo okrągłej twarzy i ogromnego, podobnego do beczki brzucha Trailanga jadał tylko od czasu do czasu. Po tygodniach życia zupełnie bez pożywienia przerywał swój post garncem zsiadłego mleka, ofiarowanego przez któregoś z pobożnych ludzi. Pewien sceptyk postanowił raz dowieść, że Trailanga jest szarlatanem. Postawił on przed swamim ceber mikstury z gaszonym wapnem, jakiego używa się do bielenia ścian.

- Mistrzu - rzekł materialista z udanym szacunkiem - przyniosłem ci trochę zsiadłego mleka. Proszę, napij się.

256

Trailanga bez wahania wypił wszystko do ostatniej kropli. W kilka minut potem winowajca padł na ziemię w agonii.



- Ratuj mnie, swami, ratuj! - krzyknął. - Pali mnie! Daruj mi tę przewrotną próbę!

Wielki jogin przerwał zwykłe swe milczenie. - Szyderco - rzekł - gdy podawałeś mi truciznę, nie rozumiałeś, że moje życie jest wspólne z twoim. Gdyby nie moja pewność, że Bóg jest w moim żołądku tak samo jak w każdym atomie, wapno byłoby mnie zabiło. "Teraz, gdy już rozumiesz znaczenie bumerangu, nie próbuj nigdy takich sztuczek z nikim. - Dobrze przeczyszczony grzesznik, uleczony słowami Trailangi, odszedł niesławnie.

Przerzucenie bólu nie było w tym wypadku aktem woli mistrza; było nieuniknionym następstwem prawa sprawiedliwości, które podtrzymuje ruch najdalszych ciał niebieskich. Ludzie, którzy jak Trailanga urzeczywistnili w sobie Boga, pozwalają działać Boskiemu prawu natychmiast; usunęli oni na zawsze ze swego życia wpływ ego, k krzyżujący działanie prawa.

""*"* Automatyczne wymierzanie sprawiedliwości, wypłacanej często w nieoczekiwanej minucie, jak w przypadku Trailangł i jego niedoszłego mordercy, łagodzi nasze zbyt pospieszne oburzenie na judzką niesprawiedliwość. .,, Pomsta do mnie należy; Ja odpłacę, mówi Pan" (Do Rzymian, 12:19). Czegóż potrzeba człowiekowi do zabezpieczenia? Cały świat się sprzysięga, aby mu dać należytą odpłatę. Umysły tępe nie wierzą w możliwość Boskiej sprawiedliwości, miłości, wszechwiedzy i nieśmiertelności. Te zwodnicze pomysły wynikają z braku zrozumienia pisma świętego! Pozbawiony wrażliwości i czci w stosunku do wszechświata punkt widzenia wywołuje łańcuch zdarzeń, który w końcu zmusza człowieka do szukania mądrości.

Łaska Trailangi, jogina na miarę Chrystusową, spłynęła pewnego razu na mego sedżo mamę (wuja). Pewnego poranku wuj ujrzał mistrza otoczonego pobożnym tłumem w Ghatcie w Benares. Zdołał się jakoś docisnąć do samego Trailangi i dotknąć pokornie jego stóp. Wuj zdumiał się zauważywszy, że momentalnie został uzdrowiony z boles-^•J chronicznej choroby. (Żywot Trailangi i innych wielkich mistrzów Przypomina nam słowa Jezusa: "Tym zaś, co uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi Językami mowie będą; węże będą brać do rąk i jeśliby co zatrutego nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą i ci odzyskają (Marek, 16:17-18).

257


Jedynym znanym żyjącym uczniem tego wielkiego jogina jest kobieta Siankari Maji Jiew. Jako córka jednego z uczniów Trailangi już we wczesnym dzieciństwie przeszła ćwiczenia swamiego. Przebywała ona samotnie przez czterdzieści lat w szeregu jaskiń himalajskich w pobliżu Badrinath, Kedernath, Amarnath i Paupatinath. Ta urodzona w 1826 r. brahmaczarini (kobieta ascetka) liczy obecnie sporo ponad sto lat. Nie wygląda jednak na swe lata, zachowała nadal czarne włosy, błyszczące zęby i zdumiewającą energię. Co pewien czas wychodzi ze swego odosobnienia, aby uczestniczyć w okresowych melach czyli religijnych świętach.

Owa święta kobieta często odwiedzała Lahiri Mahasayę. Opowiadała ona, że gdy pewnego dnia - zdarzyło się to w Barkpur w pobliżu Kalkuty - siedziała u boku Lahiri Mahasayi, wszedł spokojnie do pokoju jego wielki guru, Babadżi, i rozmawiał z nimi.

Pewnego razu jej mistrz Trailanga, porzucając swe zwykłe milczenie, wyraził publicznie, w sposób bardzo jawny, swój szacunek dla Lahiri Mahasayi. Jeden z uczniów z Benaresu zaoponował:

- Panie - powiedział - dlaczego ty, który jesteś swamim i mnichem ascetą, wyrażasz tyle szacunku człowiekowi będącemu głową rodziny?

- Synu mój - odrzekł Trailanga - Lahiri Mahasaya podobny jest do boskiego kocięcia, które pozostaje tam, gdzie go Matka Święta położyła. Wypełniając posłusznie obowiązki człowieka świeckiego, osiągnął on też doskonałe urzeczywistnienie siebie, dla którego ja wyrzekłem się nawet opaski biodrowej!

ROZDZIAŁ 32 Przebudzenie Ramy ze stanu śmierci

- "A był chory niejaki Łazarz... A usłyszawszy Jezus rzekł im: Ta choroba nie jest na śmierć, ale dla chwały Bożej, żeby Syn Boży uwielbiony był przez nią" (Jan 11:1-4).

Pewnego słonecznego poranku Sri Jukteswar wykładał pismo święte chrześcijan na balkonie swej pustelni w Serampore. Oprócz kilku innych uczniów Mistrza byłem tam wraz z małą grupą swych chłopców z Ranczi.

- W ustępie tym Jezus nazywa się Synem Bożym. Chociaż był on naprawdę zjednoczony z Bogiem, powiedzenie Jego ma głębokie meosobiste znaczenie - wyjaśniał mój guru. - Syn Boży to Chrystus, czyli Boska Świadomość w człowieku. Nikt śmiertelny nie może ^wielbić Boga. Jedyną formą w jakiej człowiek może wyrazić Bogu swą cześć jest szukanie Go. Człowiek nie może wielbić Abstrakcji, której nie-zna. "Gloria" czyli aureola dokoła głowy świętych jest symbolicznym świadectwem ich zdolności oddawania Bogu czci.

Sri Jukteswar czytał dalej cudowną historię zmartwychwstania Łazarza. Po dotarciu do jej końca Mistrz zapadł w długie milczenie, trzymając otwartą księgę na kolanach.

- Mnie również dane było oglądać podobny cud - powiedział w końcu mój guru z uroczystym namaszczeniem. - Lahiri Mahasaya obudził jednego z mych przyjaciół ze stanu śmierci.

Siedzący koło mnie chłopcy uśmiechnęli się z żywym zainteresowaniem. I we mnie także było jeszcze dostatecznie dużo z młodego chłopca, abym się cieszył nie tylko filozofią, ale także opowiadaniem Sri Jukteswara o cudownych jego doświadczeniach przeżytych ze swym guru.

- Mój przyjaciel Rama i ja byliśmy nierozłączni - rozpoczął Mistrz swe opowiadanie. - Ponieważ był on nieśmiały i unikał ludzi, odwiedzał naszego guru Lahiri Mahasayę tylko w późnych godzinach, 0 Północy i o świcie, kiedy nie było u niego zwykłego za dnia tłumu Uczniów. Jako najbliższy przyjaciel Ramy byłem jego duchowym Powiernikiem, wobec którego dawał upust bogactwu swych ducho-

259


wych spostrzeżeń. W idealnym jego towarzystwie znajdowałem wiele natchnienia. - Twarz mego guru złagodniała pod napływem wsno mnień.

- Nagle Rama został poddany srogiej próbie - opowiadał nam dalej Sri Jukteswar. - Zachorował na azjatycką cholerę. Ponieważ nasz mistrz nigdy nie odrzucał usług lekarzy w przypadku czyjejś poważnej choroby, wezwano dwóch specjalistów. Wśród gorączkowych zabiegów dokoła ciężko chorego Ramy modliłem się gorąco do Lahiri Mahasayi o pomoc. Pospieszyłem do mieszkania i wśród łkania opowiedziałem mu wszystko.

- Doktorzy czuwają nad Ramą. Będzie zdrów. - Mój guru uśmiechnął się jowialnie.

Powróciłem z lekkim sercem do łoża przyjaciela, lecz zastałem go konającego.

- Nie potrwa to dłużej niż jedną lub dwie godziny - powiedział mi jeden z lekarzy. Jeszcze raz pospieszyłem do Lahiri Mahasayi.

- Doktorzy są zbyt gorliwi. Jestem pewien, że Rama będzie zdrów.

Po powrocie do Ramy nie zastałem żadnego z lekarzy. Jeden z nich pozostawił mi kartkę: Czyniliśmy, co tylko mogliśmy, lecz przypadek jest beznadziejny.

Mój przyjaciel rzeczywiście przedstawiał obraz umierającego człowieka. Nie rozumiałem, dlaczego słowa Lahiri Mahasayi miałyby okazać się nieprawdziwe, jednakże widok gwałtownie uchodzącego życia z Ramy narzucił mi taką myśl: "Wszystko przepadło". Miotając się w ten sposób pomiędzy oceanem wiary a niepokojem zwątpienia, pielęgnowałem przyjaciela, jak mogłem najlepiej. W pewnej chwili podniósł się on i zawołał:

- Jukteswar, biegnij do Mistrza i powiedz mu, żem odszedł. Poproś go, aby pobłogosławił me ciało przed ostatnimi obrzędami! Z tymi słowy Rama ciężko westchnął i oddał ducha. (Ofiara cholery często jest przytomna i w pełni świadoma aż do momentu samego zgonu).

Płakałem z godzinę przy ukochanej jego postaci. On, który zawsze kochał spokój, wszedł teraz w całkowitą ciszę śmierci. Nadszedł jeden z uczniów; poprosiłem go, aby pozostał przy zmarłym aż do mego powrotu. Na wpół oślepiony przywlokłem się z powrotem do mego Guru.

- Jak się ma teraz Rama? - Twarz Lahiri Mahasayi spowita była uśmiechem.

260


- Panie, niebawem sam zobaczysz, jak on się ma - wyrzuciłem z siebie emocje. - Za kilka godzin zobaczysz jego ciało zanim Z0stanie przeniesione na miejsce spalenia. - Załamałem się i zacząłem otwarcie jęczeć.

- Jukteswar, opanuj się. Usiądź spokojnie i medytuj.

Guru pogrążył się w samadhi. Minęło południe i noc w nieprzerwanym milczeniu; przez cały czas walczyłem o odzyskanie wewnętrznego spokoju.

O świcie Lahiri Mahasaya spojrzał na mnie pocieszająco: - Widzę, że wciąż jeszcze jesteś wytrącony z równowagi. Dlaczego nie wyjaśniłeś mi przedwczoraj, że oczekujesz ode mnie namacalnej pomocy dla Ramy w postaci jakiegoś lekarstwa? - Mistrz wskazał na lampę mającą kształt czary, zawierającą surowy olej rycynowy:

- Weź do buteleczki oleju z lampy i wpuść do ust Ramy siedem kropli.

- Panie - przedkładałem - on jest już martwy od wczorajszego południa. Na cóż teraz się zda olej?

- Mimo to uczyń tak, jak ci powiedziałem. - Pogodna postawa Lahiri Mahasayi była dla mnie niezrozumiała; wciąż jeszcze pogrążony byłem w nieuśmierzonej udręce z powodu opuszczenia mnie przez Ramę. Odlałem nieco oleju z lampy i poszedłem do domu Ramy.

Zastałem sztywne ciało mego przyjaciela w objęciach śmierci. Nie zwracając uwagi na jego upiorny wygląd, otwarłem jego wargi palcem prawej ręki i z pomocą lewej ręki zdołałem wpuścić kroplę oleju na jego zaciśnięte zęby.

Gdy siódma kropla dotknęła zimnych warg, Rama gwałtownie zadrżał. Drganie objęło jego mięśnie od stóp do głowy, tak iż usiadł ku memu zdumieniu.

- Widziałem Lahari Mahasayę w blasku światła - krzyknął.

- Jaśniał jak słońce. Wstawaj, przerwij swój sen - rozkazał mi. Przyjdź z Jukteswarem zobaczyć się ze mną.

Niemal własnym oczom nie mogłem uwierzyć, gdy Rama sam się ubrał i po strasznej swej chorobie był dostatecznie silny, aby pójść Pieszo do naszego guru. Tam, ze łzami wdzięczności rzucił się na Bernie przed Lahiri Mahasaya.

Mistrz nie posiadał się z radości. Oczy jego mrugały do mnie kpiąco.

- Jukteswar - powiedział - odtąd z pewnością zawsze będziesz nosił z sobą flaszkę rycynowego oleju! Ilekroć zobaczysz trupa, dasz

mu oleju! Wszak siedem kropli z lampy oliwnej na pewno zniweczy moc Jamy. (Jama, bóg śmierci). Powiedziałem ci dwa razy, że Rama będzie zdrów, ty jednak nie zdołałeś mi zawierzyć w pełni, wyjaśnił mi Lahiri Mahasaya. - Wcale nie miałem na myśli, że lekarze potrafią go uleczyć; powiedziałem tylko, że są przy nim. Nie było związku przyczynowego pomiędzy tymi dwoma zdaniami. Nie chciałem się mieszać do poczynań lekarzy; oni też muszą żyć. - Głosem drgającym radością guru dodał: - Wiedz na zawsze, że tylko niewyczerpany Paramatman (dosłownie: Najwyższa Dusza) może każdego uleczyć, doktora i nie-doktora.

- Widzę swą pomyłkę - stwierdziłem ze skruchą. - Wiem teraz, że twoje proste słowo jest wiążące dla całego kosmosu.

Gdy Sri Jukteswar skończył swe przejmujące opowiadanie, jeden z oczarowanych słuchaczy ośmielił się zadać pytanie, które ze strony dziecka było całkiem uzasadnione.

- Panie, dlaczego twój guru użył rycynowego oleju?

- Dziecko moje, olej nie miał tu znaczenia; chodziło tylko o to, że ja oczekiwałem czegoś materialnego, wobec czego Lahiri Mahasaya wybrał będący pod ręką olej jako obiektywny symbol potrzebny do wzbudzenia we mnie większej wiary. Mistrz pozwolił umrzeć, ponieważ ja częściowo wątpiłem. Jednakże boski guru wiedział, że skoro oświadczył, że uczeń będzie zdrów, to wyleczenie musi nastąpić, nawet jeśliby miał uleczyć Ramę ze śmierci, choroby zwykle ostatecznej.

Sri Jukteswar pożegnał małą grupę słuchaczy, a mnie ruchem ręki poprosił, abym usiadł na złożonym kocu u jego stóp.

- Yoganando! - rzekł z niezwykłą powagą - od urodzenia żyłeś w otoczeniu najbliższych uczniów Lahiri Mahasayi. Wielki ten mistrz spędził swe wzniosłe życie w częściowym odosobnieniu i stale swym uczniom odmawiał pozwolenia na stworzenie jakiejkolwiek organizacji związanej z jego naukami. Niemniej pozostawił znamienną przepowiednię:

"Mniej więcej w pięćdziesiąt lat po mym odejściu życie moje

zostanie opisane ze względu na głębokie zainteresowanie jogą, która

pojawi się na Zachodzie. Posłannictwo jogi obiegnie cały gl°b

i pomoże w ustanowieniu braterstwa ludzi, które się zrodzi z bezpo-

; średniego postrzegania jedynego Ojca".

"- - Synu mój, Yoganando - mówił dalej Sri Jukteswar - musisz spełnić swą doniosłą rolę w szerzeniu tego posłannictwa i w opisaniu jego świętego życia.

W pięćdziesiąt lat po odejściu Lahiri Mahasayi w 1895 r., a wi?c w 1945 r., książka niniejsza została ukończona. Nie mogę nie zwrócić

262

uwagi na osobliwą zbieżność faktów: 1945 otwiera także nową erę -- erę rewolucyjnych energii atomowych. Każdy myślący człowiek z\vraca się dziś bardziej niż kiedykolwiek ku palącym problemom pokoju i braterstwa, aby dalsze posługiwanie się przez narody fizyczną przemocą nie usunęło z Ziemi wszystkich ludzi razem z ich problemami.



Chociaż pod działaniem czasu lub bomby ludzkość i jej dzieła znikają bez śladu, to słońce nie zmienia swego biegu, a gwiazdy nadal niezmiennie czuwają. Prawo kosmosu nie może się zatrzymać ani zachwiać w swym działaniu, a człowiek postąpi nalepiej, jeśli się z nim zharmonizuje. Jeżeli wszechświat jest przeciw przemocy, jeśli słońce nie toczy wojny z planetami, lecz pozostaje w należytej od nich odległości, aby pozostawić im niezbędne minimum swobody, to cóż może przynieść człowiekowi opancerzona pięść? Czyż może ona w ogóle dać pokój? Nie okrucieństwo, lecz dobra wola uzbraja narody w siłę; ludzkość żyjąca w pokoju pozna nieskończone owoce zwycięstwa, słodsze w smaku aniżeli te, które mogą wyrosnąć z ziemi zlanej krwią.

Skuteczna w swym działaniu liga narodów będzie naturalną ligą serc ludzkich. Szeroka sympatia, życzliwość i wzajemne zrozumienie, tak bardzo nieodzowne do uleczenia ludzkiej niedoli, nie mogą się zrodzić z czysto intelektualnych rozważań nad różnorodnością ludzkich natur, lecz tylko z wiedzy o wspólnocie całej ludzkości, o pokrewieństwie ludzkości z Bogiem. Oby dla realizacji najwyższego ideału świata - ideału pokoju opartego na braterstwie - joga, czyli nauka o osobistym obcowaniu z Bogiem, dotarła w porę do wszystkich ludzi we wszystkich krajach.

Chociaż cywilizacja Indii jest starsza od innych, to mało historyków dostrzega, że utrzymanie się tego narodu nie jest żadną miarą wynikiem przypadku, lecz logicznym następstwem przywiązania do prawd wieczystych, które Indie w osobach swych najlepszych synów reprezentowały w każdym pokoleniu. Przez samo kontynuowanie swego bytu, przez niezniszczalność swą w ciągu wieków - czyż Pokryci prochem ksiąg uczeni potrafią powiedzieć ilu? - Indie dały najlepszą z wszystkich narodów odpowiedź na wyzwanie obecnych czasów.

Biblijna opowieść (Genesis 18:23-32) o poście Abrahama, aby Bóg oszczędził miasto Sodomę, jeśli znajdzie w nim dziesięciu sprawiedliwych, oraz odpowiedź Boga: "Nie zniszczę i dla tych dziesięciu", nabiera nowego znaczenia w świetle faktu, że Indie uniknęły losu

263

Babilonu, Egiptu i innych potężnych narodów, które współcześnie z nimi istniały. Odpowiedź Pana jasno dowodzi, że kraj żyje i trwa nie dzięki swym materialnym osiągnięciom, lecz dzięki osiąganiu mistrzostwa duchowego przez poszczególne jednostki ludzkie.



W tym dwudziestym stuleciu, w którym świat w ciągu pół wieku dwukrotnie skąpał się we krwi, niechaj usłyszy on znów Boskie słowa-"Nie zginie żaden naród, który potrafi wydać dziesięciu ludzi - wiel-kich w oczach Najwyższego, Nieprzekupnego Sędziego". Kierując się tym przeświadczeniem Indie wcale nie przypadkowo wytrzymały próbę tysiąca podstępów czasu. W każdym stuleciu uświęcali te ziemie mistrzowie, którzy ziścili w sobie Boga. Współcześni mędrcy na Chrystusową miarę, jak Lahin Mahasaya i jego uczeń Sri Jukteswar, podnoszą swój głos twierdząc, że dla szczęścia człowieka i trwałości życia narodów nauka jogi jest ważniejsza aniżeli wszelki materialny postęp.

Tylko bardzo skąpe wiadomości o życiu Lahiri Mahasayi pojawiły się drukiem. W ciągu trzech dziesiątków lat znajdowałem w Indiach, Ameryce i Europie głębokie i szczere zainteresowanie dla jego nauki o dającej wyzwolenie jodze; obecnie istnieje potrzeba pisanej relacji o życiu mistrza, szczególnie na Zachodzie, gdzie żywoty wielkich współczesnych joginów mało są znane.

Oprócz jednej lub dwóch małych broszur w języku angielskim nie napisano dotąd nic o życiu tego guru. W języku bengalskim ukazała się w 1941 r. biografia: Sri Czaran Lahiri Mahasaya. Napisał ją mój uczeń Swamo Satyananda, który w ciągu wielu lat był aczarią (duchowym wychowawcą) naszej Widialaji w Ranczi. Kilka ustępów z tej książki przetłumaczyłem i włączyłem do niniejszej części poświęconej osobie Lahiri Mahasayi.



Dostları ilə paylaş:
1   ...   19   20   21   22   23   24   25   26   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə