Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə27/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   ...   23   24   25   26   27   28   29   30   ...   42

ROZDZIAŁ 36 Zainteresowanie Babadżi Zachodem

- Mistrzu, czy spotkałeś kiedy Babadżi?

Było to w cichą, letnią noc w Serampore; wielkie gwiazdy tropików jaśniały nad naszymi głowami; siedziałem u boku Sri Jukteswara na balkonie pierwszego piętra w jego pustelni.

- Tak. - Mistrz uśmiechnął się w odpowiedzi na moje bezpośrednie pytanie; oczy jego jaśniały wyrazem czci. - Trzy razy doznałem błogosławieństwa widzenia nieśmiertelnego guru. Pierwsze nasze spotkanie zdarzyło się w Allahabadzie, podczas Kumbha Mela.

Święta religijne w Indiach znane są od niepamiętnych czasów pod nazwą Kumbha Mela; podtrzymują one w ludziach świadomość duchowych celów. Co sześć lat pobożni Hindusi gromadzą się milionami, aby spotkać tysiące sadhusów, jogów, swamich i wszelkiego rodzaju ascetów. Wielu pustelników nie opuszczających poza tym nigdy swych ustronnych siedzib przybywa wtedy, aby wziąć udział w melach i udzielić swego błogosławieństwa mężczyznom i kobietom żyjącym wśród spraw tego świata.

- W owym czasie gdy spotkałem Babadżi, nie byłem swamim, opowiadał dalej Sri Jukteswar. - Otrzymałem już jednak od Lahiri Mahasayi wtajemniczenie w krija-jogę. Lahiri Mahasaya zachęcił mnie do wzięcia udziału w mela, które przypadało na styczeń 1894 r. w Allahabadzie. Było to moje pierwsze zetknięcie się z kumbhą; byłem nieco oszołomiony zgiełkiem i falowaniem tłumu. Rozglądając się dookoła, nie widziałem nigdzie oświeconej twarzy żadnego mistrza. Przeszedłszy przez most na brzegu Gangesu zauważyłem znajomego człowieka, który stał w pobliżu z wyciągniętą żebraczą miską.

- Ach, to jest prawdziwy jarmark, na którym nie ma nic oprócz chaosu i wrzawy żebraków, pomyślałem rozczarowany. Kto wie, czy zachodni uczeni, którzy cierpliwie rozszerzają zakres wiedzy dla praktycznego dobra ludzkości, nie podobają się Bogu bardziej aniżeli ci próżniacy, którzy wyznają religię, lecz myślą tylko o jałmużnie.

Te rodzące się we mnie refleksje na temat reformy społecznej przerwał mi głos smukłego sannyasina, który stanął przede mną.

298


. - Panie - rzekł on - święty cię woła.

- Kto to taki?

- Niech pan idzie i sam zobaczy.

Idąc z wahaniem za tą lakoniczną wskazówką, znalazłem się niebawem blisko drzewa, którego konary osłaniały guru wraz z ciekawą grupą uczniów. Mistrz - niezwykle jasna postać o błyszczących oczach - powstał, gdy się zbliżyłem i uściskał mnie:

- Witaj swamidżi - powiedział przyjaźnie.

- Panie - odrzekłem z naciskiem - nie jestem swamim.

- Ten, kogo Bóg każe mi obdarzyć tytułem swamiego, nigdy go nie odrzuca. - Święty powiedział to całkiem po prostu, lecz w słowach jego brzmiało głębokie poczucie prawdy; ogarnęła mnie momentalnie fala duchowego błogosławieństwa. Uśmiechając się do faktu nagłego mnie podniesienia do poziomu mnicha starożytnego zakonu (Sri Jukteswar został później formalnie przyjęty do Zakonu Swamich przez Mahanta w Budh Gaya) - pochyliłem się do stóp tej wielkiej i anielskiej istoty w ludzkiej postaci, która mnie tak zaszczyciła.

Babadżi - gdyż rzeczywiście on to był - poprosił mnie, abym usiadł blisko niego pod drzewem. Był mocny i młody, a wyglądał jak Lahiri Mahasaya; jednakże podobieństwo to nie zwróciło mej uwagi, chociaż nieraz słyszałem o niezwykłym podobieństwie obu mistrzów. Babadżi posiada zdolność zapobiegania pojawianiu się określonych myśli człowieka. Widocznie wielki guru życzył sobie, abym w jego "obecności był całkowicie naturalny, nie przejęty nadmiarem czci wynikającej ze świadomości, kim on jest.

- Cóż sądzisz o Kumbha Meldl

- Aż do chwili spotkania ciebie, panie - rzekłem pospiesznie - byłem wielce rozczarowany. Jakoś święci i ten zgiełk tłumu nie pasują do siebie.

- Dziecko - powiedział do mnie mistrz, choć z wyglądu byłem niemal dwa razy od niego starszy - nie sądź o całości na podstawie wad wielu ludzi. Wszystko na ziemi ma mieszany charakter, podobnie jak Piasek pomieszany z cukrem. Bądź podobny do mądrej mrówki, która bierze tylko cukier nie tykając piasku. Chociaż wielu znajdujących się tu sadhu wędruje jeszcze w ułudzie, to mela jest pobłogosławiona przez obecność tych nielicznych ludzi, którzy urzeczywistnili Boga w sobie.

Wobec faktu mego własnego spotkania się z tym wzniosłym Mnichem od razu się z nim zgodziłem.

- Panie, wyjaśniałem, myślałem o uczonych na Zachodzie, którzy Swą inteligencją o wiele przewyższają większość zebranych tu ludzi,

299


5 uczonych, którzy żyją w odległej Europie lub Ameryce, wyznają

•ozmaite religie i nie mają pojęcia o rzeczywistych wartościach takich nel jak obecna. Ludzie ci mogliby odnieść wiele korzyści ze spotkania iie z mistrzami Indii. Jednakże wielu ludzi Zachodu, pomimo swych wysokich osiągnięć, przywiązanych jest do materializmu. Inni znów, mani w nauce i filozofii, nie dostrzegają zasadniczej jedności religii. Wierzenia ich są nieprzezwyciężoną zaporą, która grozi oddzieleniem ch od nas na zawsze!

- Zauważyłem to, że interesujesz się zarówno Zachodem jak , Wschodem - Twarz Babadżi uśmiechała się promiennie z aprobatą.

- Odczułem ból twego serca, otwartego szeroko dla wszystkich ludzi Wschodu i Zachodu. Dlatego właśnie wezwałem cię tutaj.

Wschód i Zachód muszą odnaleźć złotą drogę środka, która łączy iktywność i duchowość - mówił dalej. - Indie muszą wiele nauczyć się od Zachodu w zakresie materialnego rozwoju i na odwrót, Indie mogą nauczać uniwersalnych metod, które pozwolą Zachodowi aprzeć swe religijne wierzenia na niewzruszonym fundamencie nauki

iogi.


Ty, swamidżi, masz do odegrania pewną rolę w nadchodzącej harmonijnej wymianie pomiędzy Wschodem i Zachodem. Po upływie pewnej ilości lat poślę ci ucznia, którego będziesz ćwiczył w jodze w celu rozpowszechnienia jej na Zachodzie. Dochodzi do mnie wielką falą tęsknota wielu serc, które szukają duchowego życia. W Ameryce i Europie widzę potencjalnych świętych, którzy oczekują przebudzenia.

W tym momencie opowiadania Sri Jukteswar skierował swe spojrzenie na mnie.

- Synu mój - rzekł uśmiechając się w świetle księżyca - ty jesteś uczniem, którego przed laty Babadżi przyrzekł mi posłać.

Byłem szczęśliwy dowiadując się, że Babadżi skierował me kroki do Sri Jukteswara, jednakże nie umiałem sobie wyobrazić siebie na dalekim Zachodzie, z dala od ukochanego guru i prostego spokoju pustelni.

- Babadżi mówił wtedy o Bhagawad Gicie - opowiadał dalej Sri Jukteswar. - Ku memu zdumieniu dał mi poznać w kilku słowach pochwały, że wie, iż napisałem objaśnienia do różnych rozdziałów Gity.

- Na moją prośbę - rzekł wielki mistrz - zechciej podjąć inną pracę. Czy nie mógłbyś napisać małej książki o zasadniczej jedności podstaw pism świętych chrześcijaństwa i hinduizmu? Wykaż z pomocą

300

równoległych cytatów, że natchnieni synowie Boga głosili te same prawdy, choć obecnie są one przyćmione sekciarskimi różnicami.



- Maharadź - odpowiedziałem niepewnie - cóż za polecenie! Czyż potrafię je wykonać?

Babadżi uśmiechnął się łagodnie. - Synu mój, dlaczego wątpisz?

- odrzekł uspokająco. "Zaiste czyimż dziełem jest to wszystko i kto jLSt działającym we wszystkich działaniach? Cokolwiek Pan zechce mi powiedzieć, musi się zmaterializować jako prawda".

Uznałem, że błogosławieństwo świętego upoważnia mnie i wobec tego zgodziłem się napisać książkę. Czując z żalem, że nadeszła godzina pożegnania, powstałem z liściastego siedzenia.

- Czy znasz Lahiri? - zapytał mistrz. - To wielka dusza, prawda? Powiedz mu o naszym spotkaniu. - Następnie przekazał mi pewną wiadomość dla Lahiri Mahasayi.

Gdy skłoniłem się pokornie na pożegnanie, święty uśmiechnął się łaskawie. - Gdy skończysz swą książkę, złożę ci wizytę - obiecał

- na dziś - do widzenia.

Następnego dnia opuściłem Allahabad i pojechałem pociągiem do Benaresu. Przybywszy do mieszkania mego guru, opowiedziałem wylewnie historię o przedziwnym świętym spotkanym na Kumbha Mdi.

- I co, nie poznałeś go? - Oczy Lahiri Mahasayi drgały od śmiechu. - Widzę, że nie mogłeś, bo ci przeszkodził. To mój niezrównany guru, niebiański Babadżi!

- Babadżi! - powtórzyłem przejęty czcią. - Chrystusowy jogin, JBabadżi. Niewidzialno-widzialny zbawiciel Babadżi! Ach, gdybym mógł cofnąć czas i znaleźć się jeszcze raz w jego obecności, aby mu okazać cześć u jego lotosowych stóp!

- Nie szkodzi! - odrzekł Lahiri Mahasaya pocieszając mnie.

- Przyrzekł ci przecież, że cię odwiedzi.

- Gurudewa, boski mistrz prosił mnie o przekazanie ci pewnej wiadomości. Powiedz Lahiri - rzekł - że nagromadzona na to życie siła obecnie się kończy, jest niemal wyczerpana.

Gdy wypowiedziałem te zagadkowe słowa, postać Lahiri Mahasayi zadrżała, jakby jej dotknął prąd błyskawicy. Natychmiast wszystko dokoła niego zapadło w milczenie. Radosny wyraz twarzy zmienił się na niesłychanie surowy. Siedział jak posąg z drzewa, ciemny i nieporu-szony; ciało jego stało się bezbarwne. Byłem zatrwożony i oszołomiony. Nigdy w życiu nie widziałem, aby ta radosna dusza okazała tak Przejmującą powagę. Inni obecni uczniowie spoglądali niespokojnie.

301

Minęły trzy godziny w całkowitym milczeniu. Potem Lahiri Mahasaya odzyskał swą naturalną, pogodną postawę i rozmawiał przyjaźnie z każdym z uczniów... Każdy z nas odetchnął z ulga



Z reakcji mego mistrza domyśliłem się, że wiadomość od Babadżi informowała go, że niebawem opuści swe ciało. Przejmujące milczenie dowodziło, że mój guru natychmiast poddał kontroli całą swą istotę przeciął ostatnie nici przywiązania do materialnego świata i schronii się pod osłonę wiecznej żywej tożsamości z Duchem. Uwaga Babadżi wyrażała na swój sposób powiedzenie: "Zawsze będę z tobą".

Chociaż Babadżi i Lahiri Mahasaya należeli do wszystkowiedzących i nie potrzebowali do wzajemnego porozumienia się ani mnie, ani żadnego pośrednika, to jednak pomimo swej wielkości włączają się często jako aktorzy w ludzki dramat. Od czasu do czasu przekazują oni swe proroctwa w zwykły sposób przez posłańców, aby spełnienie się ich słów mogło natchnąć większą wiarą w Boga szeroki krąg ludzi, którzy o tym się dowiedzą.

Niebawem opuściłem Benares i w Serampore zabrałem się do pracy nad pismami świętymi, jak o to prosił mnie Babadżi - opowiadał dalej Sri Jukteswar. - Nie rozpocząłem swego zadania zanim nie ułożyłem poematu poświęconego nieśmiertelnemu guru. Melodyjne wiersze spływały z mego pióra bez wysiłku, chociaż nigdy przedtem nie próbowałem tworzyć poezji w sanskrycie.

W ciszy nocnej porównywałem Biblię i pisma święte Sanatan Dharmy116. Cytując słowa błogosławionego Pana Jezusa, wykazywałem, że nauki jego w istocie swej są zgodne z objawieniami Wed. Z ulgą spostrzegłem, że książkę swą ukończyłem w krótkim czasie; zrozumiałem, że zawdzięczam to łasce mego Paramguru (Babadżi, jako guru Lahiri Mahasayi, był param-guru Sri Jukteswara). Poszczególne rozdziały tej pracy ukazały się najpierw w czasopiśmie "Sadhusambad": później cała książka została wydana prywatnie drukiem przez jednego z mych uczniów z Kidderpore.

- Następnego dnia, po ukończeniu tej literackiej pracy - opowiadał mistrz dalej - poszedłem do Rai Ghat, aby się wykąpać w Gangesie. Miejsce kąpielowe było puste; stałem przez chwilę w ciszy, ciesząc się słonecznym spokojem. Po kąpieli w iskrzących się w słońcu wodach ruszyłem do domu. Jedynym dźwiękiem przerywającym ciszę był szelest mojej zmoczonej w Gangesie szaty. Gdy już mijałem miejsce, w którym blisko brzegu rzeki rosło wielkie drzewo banyanu, silny wewnętrzny impuls zmusił mnie do obejrzenia się wstecz. W cieniu banyanu siedział w otoczeniu kilku uczniów wielki Babadżi!

302


-- Witaj, Swamidżi! - zabrzmiał piękny głos mistrza, aby mnie mewnić, że to nie sen. - Widzę, że pomyślnie ukończyłeś swą książkę- Jak przyrzekłem, zjawiam się, aby ci podziękować.

Z mocno bijącym sercem rzuciłem się jak długi do jego stóp. -- Param-Gurudżi - rzekłem błagalnie - czy nie zechcesz wraz ze swymi uczniami zaszczycić pobliski mój dom swoją obecnością?

Najwyższy guru z uśmiechem odmówił. - Nie, dziecko - rzekł

- my jesteśmy ludźmi, którzy lubią osłonę drzew; to miejsce jest całkiem wygodne.

- Zatem proszę cię, mistrzu, zatrzymaj się na chwilę - spojrzałem na niego z gorącą prośbą. - Zaraz wrócę z najlepszymi słodyczami.

Gdy po kilku minutach wróciłem z tacą przysmaków, wspaniały banyan nie dawał już cienia niebiańskiej grupie. Rozglądałem się i szukałem dokoła, choć w głębi wiedziałem, że to małe grono już było daleko na skrzydłach eteru.

Zabolało mnie to głęboko. "Nawet jeśli się ponownie spotkamy, to nie będę z nim rozmawiał", przyrzekałem sobie. "Opuścił mnie tak nagle". Był to naturalnie tylko gniew miłości - i nic więcej.

W kilka miesięcy później odwiedziłem Lahiri Mahasayę w Benare-sie. Gdy wszedłem do jego saloniku, mój guru uśmiechnął się na powitanie.

- Witaj, Jukteswar. Czy spotkałeś Babadżi wchodząc do mego pokoju?

- Nie - odrzekłem zaskoczony.

- Zbliż się - Lahiri dotknął łagodnie mego czoła; natychmiast ujrzałem blisko drzwi postać Babadżi, rozkwitającą jak wspaniały lotos.

Pamiętałem swą ranę i stałem nie pochylając się. Lahiri patrzył na mnie zdumiony.

Boski guru spoglądał na mnie swymi przepastnymi oczami.

- Czujesz się dotknięty z mego powodu?

- Panie, czyż mogę nie być? - odparłem. - Przybyłeś z powietrza razem ze swą grupą magiczną i rozwiałeś się jak mgła.

- Powiedziałem, że odwiedzę cię, lecz nie powiedziałem, jak długo się zatrzymam. - Babadżi uśmiechnął się łagodnie. - Byłeś pełen Podniecenia. Zapewniam cię. że wicher twego niepokoju niemal .doszczętnie mnie rozniósł w eterze.

To niepochlebne dla mnie wyjaśnienie było mi wystarczającym zadośćuczynieniem. Ukląkłem u jego stóp; najwyższy guru poklepał po ramieniu.

303


- Dziecko, musisz więcej medytować - powiedział. - Twój wzrok nie jest jeszcze bez zarzutu - nie mógłbyś mnie ujrzeć ukrytego poza światłem słonecznym. - Z tymi słowy, brzmiącymi jak niebian-ski flet, Babadżi rozpłynął się w świetle.

Była to jedna z ostatnich mych wizyt w Benaresie w celu zobaczenia mego guru - dodał Sri Jukteswar. - Zgodnie z zapowiedzią Babadżi podczas Kumbha Mela inkarnacja Lahiri Mahasayi w roli głowy rodziny zbliżała się do końca. Latem 1895 r. na jego silnym ciele pojawił się mały wrzód. Guru nie pozwolił go zoperować; na swym własnym ciele rozładował złą karmę któregoś ze swych uczniów. W końcu kilku uczniów zaczęło bardzo nalegać; mistrz odpowiedział zagadkowo:

- Ciało musi znaleźć powód do odejścia; zgadzam się uczynić wszystko, co zechcecie.

Niedługo później niezrównany guru porzucił swe ciało w Benare-\ się. Nie muszę już szukać go w jego małym saloniku; w każdym dniu L mego życia spotykam się z błogosławieństwem jego wszechobecnej . opieki.

/ Wiele lat później z ust Swamiego Kaszabanandy, który był jego zaawansowanym uczniem, usłyszałem wiele niezwykłych szczegółów o odejściu Lahiri Mahasayi.

- Na kilka dni przed opuszczeniem swego ciała - opowiadał mi Kaszabananda - guru zmaterializował się w mej pustelni w Hard-warze.

- Przybądź natychmiast do Benaresu. - Po tych słowach Lahiri Mahasaya znikł.

Wsiadłem w najbliższy pociąg do Benaresu. W domu mego guru zastałem zebranych wielu uczniów. W ciągu wielu godzin tego dnia mistrz wykładał Gitę, a potem powiedział po prostu:

- Teraz udaję się do domu. (Data odejścia Lahiri Mahasayi z ciała to 26 września 1895 r. Za kilka dni miałby sześćdziesiąt siedem lat).

Bolesne łkanie uczniów wybuchło gwałtownym niepowstrzymanym potokiem.

- Pocieszcie się, powstanę z powrotem. - Po tych słowach Lahin Mahasaya obrócił swe ciało trzy razy dokoła, zwrócił się twarzą na północ w lotosowej postawie i dostojnie wszedł w końcowe maha--samadhi. (Obrócenie trzy razy ciała, a potem zwrócenie się twarzą na północ stanowi część wedyjskiego obrzędu, którym posługują si? mistrzowie wiedzący z góry o ostatniej godzinie swego fizycznego

304


ciała. Ostatnia medytacja, podczas której mistrz pogrąża się w Kosmiczny "Aum" nazywa się mafia, czyli wielkie - samadhi).

- Piękne ciało Lahiri Mahasayi, tak drogie dla pobożnych, zostało spalone wśród uroczystych obrzędów, przysługujących głowie rodziny, w Manikarnika Ghat nad świętą Gangą - mówił dalej Kaszabanda. - Następnego dnia o dziesiątej godzinie rano, gdy jeszcze byłem w Benaresie, pokój mój napełnił się wielkim światłem. I oto stanęła przede mną postać Lahiri Mahasayi! Wyglądała zupełnie tak samo jak jego dawne ciało, z tą tylko różnicą, że wydawał się młodszy i bardziej płomienny. Boski mój guru przemówił do mnie:

- Kaszabanando, to jestem ja. Z rozproszonych atomów mego spalonego ciała powołałem z martwych odnowioną postać. Działalność moja na świecie w roli głowy rodziny została skończona; nie opuszczam jednak Ziemi całkowicie. Odtąd będę przebywał przez pewien czas z Babadżim w Himalajach i z Babadżim w kosmosie.

Z kilku słowami błogosławieństwa dla mnie nadzmysłowy mistrz znikł. Cudowne natchnienie przepełniło me serce; czułem się podniesiony na duchu, tak jak uczniowie Chrystusa i Kabira, gdy spoglądali na swych żyjących guru po ich fizycznej śmierci.117

- Gdy powróciłem do swej odludnej pustelni w Hardwarze - opowiadał dalej Kaszabananda - przywiozłem z sobą święte popioły mego guru. Wiem, że wymknął się on z klatki przestrzeni i czasu; ptak wszechobecności został wyzwolony. Niemniej serce moje znajduje pociechę w świętych jego szczątkach.

Drugim uczniem, któremu dane było błogosławieństwo spotkania swego zmartwychwstałego guru był świątobliwy Panczanon Bat-taczaria - założyciel Arya Mission Institut w Kalkucie. Panczanon ufundował w siedemnastoarowym ogrodzie w Deogarh w Biharze świątynię, w której znajduje się kamienny posąg Lahiri Mahasayi. Drugi posąg wielkiego mistrza został umieszczony przez uczniów w małym saloniku jego mieszkania w Benaresie.

Odwiedziłem Panczanona w jego mieszkaniu w Kalkucie i z radością słuchałem historii wielu lat spędzonych przez niego razem z mistrzem. Na zakończenie opowiedział mi najdziwniejsze zdarzenie swego życia.

- Tu, w Kalkucie - mówił Panczanon - o dziesiątej godzinie rano nazajutrz po spaleniu jego ciała, Lahiri Mahasaya zjawił się Przede mną żywy i pełen chwały.

Swami Pranabananda, święty o dwóch ciałach, również podzielił się ze mną szczegółami swego niezwykłego doświadczenia.

- Na kilka dni przed opuszczeniem przez Lahiri Mahasayę s\veg ciała - opowiedział mi Pranabananda podczas zwiedzania szkół w Ranczi - otrzymałem od niego list, w którym mnie prosił, abym natychmiast przybył do Benaresu. Miałem jednak pewne przeszkody i nie mogłem pojechać od razu. Gdy już znajdowałem się w samym środku przygotowań do podróży, około godziny dziesiątej rano doznałem nagłej radości ujrzawszy jaśniejącą postać mego guru.

- Po co się spieszysz do Benaresu? - Lahiri Mahasaya powiedział to z uśmiechem. - Już mnie tam nie znajdziesz.

Mistrz zbliżył się do mnie, aby mnie pocieszyć. - Dotknij tu mego ciała. Jestem żywy jak zawsze. Nie płacz; czyż nie jestem z tobą na zawsze?

Usta tych trzech wielkich uczniów wypowiedziały zadziwiającą prawdę. Rano o godzinie dziesiątej, w dzień po spaleniu ciała Lahiri Mahasayi, zmartwychwstały mistrz w rzeczywistym, choć przemienionym ciele ukazał się trzem uczniom, każdemu w innym mieście.

"A gdy to, co skażone, przyoblecza się w to, co nie skażone, i to, co śmiertelne, przyoblecze się w nieśmiertelność, wtedy wypełni się słowo napisane: Pochłonięta jest śmierć w zwycięstwie! Gdzież jest, o śmierci, zwycięstwo twoje? Gdzież jest, o śmierci, żądło twoje?"

(I. Korynt. 15:54-55).

ROZDZIAŁ 37 Jadę do Ameryki

- Ameryka! Ci ludzie to na pewno Amerykanie! - Tak myślałem, gdy przed mym okiem wewnętrznym przesuwała się panoramiczna wizja twarzy ludzi Zachodu.

Pogrążony w medytacji, siedziałem schowany za zakurzonymi skrzyniami w magazynie szkoły w Ranczi. W ciągu owych lat, tak bardzo wypełnionych zajęciami z młodzieżą, trudno było znaleźć zaciszne miejsce!

Wizja trwała; ogromna ilość twarzy, wpatrzonych we mnie uważnie, przesuwała się jak aktorzy przez scenę świadomości.

Nagle drzwi magazynu się otwarły; jak zwykle jeden z wyrostków odkrył miejsce, w którym się skryłem.

- Chodź tu, Bimal - zawołałem wesoło. - Mam dla ciebie nowinę; Pan wzywa mnie do Ameryki!

- Do Ameryki? - chłopiec jak echo powtórzył me słowa takim tonem, jakbym powiedział - "na księżyc".

- Tak! Udaję się odkryć jak Kolumb Amerykę. Myślał on, że znalazł Indie; na pewno istnieje karmiczny związek pomiędzy obu krajami!

Bimal zniknął. Za chwilę cała szkoła została poinformowana przez dwunożną gazetę.

Wezwałem oszołomione grono nauczycieli i przekazałem im kierownictwo szkoły.

- Wiem, że w pracy szkolnej będziecie się zawsze trzymać wskazanych przez Lahiri Mahasayę ideałów wychowawczych jogi. Będę często do was pisał: da Bóg, że pewnego dnia przyjadę 2 powrotem.

Łzy stanęły mi w oczach, gdy rzucałem ostatnie spojrzenie na Całych chłopców i słoneczne pola Ranczi. Wiedziałem, że w tej chwili ^mknęła się w mym życiu określona epoka; odtąd miałem przebywać w dalekich krajach.W kilka godzin po mej wizji szeregu twarzy (wielez tych twarzy zobaczyłem potem na Zachodzie i natychmiast je rozpoznawałem) wyjechałem pociągiem do Kalkuty. Następnego dnia

otrzymałem zaproszenie, aby pojechać jako delegat Indii na Międzynarodowy Kongres Religijny w Ameryce. Miał się on odbyć w tym roku w Bostonie pod auspicjami Amerykańskiego Związku Jedności. Mając zamęt w głowie, udałem się do Sri Jukteswara w Serampore.

- Gurudżi, otrzymałem właśnie zaproszenie, abym wziął udział w pewnym zjeździe religijnym w Ameryce. Czy mam jechać?

- Wszystkie drzwi stoją przed tobą otworem - odpowiedział mistrz po prostu: - Teraz albo nigdy.

- Lecz, panie - rzekłem zatrwożony - cóż ja wiem o przemawianiu publicznie? Rzadko kiedy miałem jakiś odczyt, a przy tym nigdy po angielsku.

- Po angielsku czy nie po angielsku, wszystko jedno; twoich słów będą słuchać Indie na Zachodzie.

Roześmiałem się. - Dobrze, drogi gurudżi, ale nie sądzę, aby Amerykanie zechcieli nauczyć się po bengalsku! Proszę cię, pobłogosław mnie do tego biegu przez płotki angielskiego języka. (Ze Sri Jukteswarem rozmawiałem zwykle po bengalsku).

Gdy przedstawiłem moje plany swemu ojcu, był głęboko zaskoczony. Ameryka wydawała mu się niewiarygodnie daleka; obawiał się, że może mnie już nigdy nie zobaczyć.

- Jakże ty pojedziesz? - powiedział poważnie. - Kto cię sfinansuje? - Ponieważ dotychczas systematycznie pokrywał w całości koszty mojego wykształcenia i utrzymania, spodziewał się niewątpliwie, że to kłopotliwe pytanie unieruchomi cały projekt.

- Pan sfinansuje mnie na pewno. - Gdy to powiedziałem, przypomniałem sobie podobną odpowiedź daną dawno temu bratu memu Anandzie w Agrze. Prostodusznie dodałem: - Ojcze, a może ciebie Bóg natchnie, abyś mi pomógł.

- Nie, nigdy! - Spojrzał na mnie z politowaniem. Toteż zdumiałem się, gdy następnego dnia ojciec wręczył mi czek na dużą sumę.

- Daję ci te pieniądze - rzekł - nie jako ojciec, lecz jako wierny uczeń Lahiri Mahasayi. Jedź tedy do tego dalekiego kraju na Zachodzie, aby szerzyć tam ponadwyznaniową naukę krija-jogi.

Wzruszyła mnie ogromnie bezinteresowność postawy ojca, która pozwoliła mu odsunąć na bok osobiste pragnienia. W ciągu nocy doszedł do słusznego wniosku, że do tej podróży za granicę nie skłania mnie żaden przyziemny motyw.

- Kto wie, może się już nie spotkamy w tym życiu? - Ojciec, mający wówczas sześćdziesiąt siedem lat, mówił to ze smutkiem-

308

Intuicyjne przekonanie kazało mi powiedzieć: - Na pewno Pan sprawi, że spotkamy się jeszcze.



Gdy przystąpiłem do przygotowań mających na celu rozstanie się z mistrzem i krajem rodzinnym, by potem popłynąć ku nieznanym brzegom Ameryki, doznałem niemałego lęku. Słyszałem wiele opowiadań o materialistycznej atmosferze Zachodu, tak bardzo różnej od duchowego podłoża życia Indii, przepojonego od stuleci aurą świętych. "Nauczyciel Wschodni, który poważy się wejść w atmosferę Zachodu", pomyślałem, "musi wytrzymać większą próbę niż himalajskie mrozy".



Dostları ilə paylaş:
1   ...   23   24   25   26   27   28   29   30   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə