Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə29/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   ...   25   26   27   28   29   30   31   32   ...   42

Na pożegnalnym bankiecie, urządzonym na moją cześć w L°s Angeles przez mych przyjaciół, spoglądałem długo w ich twarze

322

i myślałem z wdzięcznością: "Panie, kto pamięta, że Ty jesteś Jedynym Dawcą wszystkiego, ten nigdy nie zazna braku słodyczy przyjaźni ludzkiej".



Wypłynąłem z Nowego Jorku 9 czerwca 1935 r. statkiem "Europa". Towarzyszyło mi dwóch uczniów; mój sekretarz C. Richard Wright i starsza pani z Cincinnati, miss Ettie Bletsch. Na oceanie zażywaliśmy dni spokoju, które stanowiły przyjemny kontrast do porzednich pełnych pośpiechu tygodni. Okres naszych wywczasów był jednak krótki; szybkość nowoczesnych statków morskich ma też pewne ujemne strony!

Jak każda inna grupa ciekawskich turystów i my także zwiedzaliśmy ogromne i stare miasto Londyn. Następnego dnia zostałem zaproszony do wygłoszenia przemówienia na wielkim zebraniu w Cax-ton Hali, na którym przedstawiony zostałem londyńskim słuchaczom przez Sir Harry Lauder'a w jego szkockiej posiadłości. Niebawem przeprawiliśmy się przez Kanał na kontynent, ponieważ pragnąłem odbyć specjalną pielgrzymkę do Bawarii. Czułem, że jest to jedyna sposobność do odwiedzenia wielkiej katolickiej mistyczki Teresy Neumann z Konnersreuth.

Przed laty czytałem o Teresie zdumiewające sprawozdanie. Informacje w czytanym przeze mnie artykule były następujące:

(1) Teresa, urodzona w 1898 r., padła ofiarą wypadku mając lat dwadzieścia, w wypadku straciła wzrok i została sparaliżowana.

(2) W 1923 r. odzyskała cudownie wzrok dzięki modlitwom do św. Teresy "Mały Kwiat". Później zostały uzdrowione także inne członki Teresy Neumann.

(3) Od 1923 r. Teresa Neumann powstrzymuje się całkowicie od jedzenia i picia, z wyjątkiem konsekrowanego opłatka podczas codziennej komunii.

(4) W 1926 r. pojawiły się na jej głowie, piersi, rękach i stopach stygmaty czyli rany Chrystusa, gdyż przeżywała w swym ciele wszystkie jego cierpienia.

(5) Znając normalnie tylko codzienny język niemiecki swej wsi, Teresa podczas swych piątkowych transów wypowiada zdania, które uczeni zindentyfikowali jako starożytne aramejskie. W niektórych momentach swych wizji mówi także po hebrajsku i grecku.

(6) Za zezwoleniem władz kościelnych Teresa pozostawała kilka razy pod ścisłą naukową obserwacją. Dr. Fritz Gerlich, wydawca Protestanckiego czasopisma niemieckiego, przybył do Konnersreuth, aby "zdemaskować katolickie oszustwo", jednakże skończyło się na tym, że napisał ze czcią biografię Teresy.

323


Jak zawsze, na Wschodzie czy Zachodzie, gorąco pragnąłem poznać świętych. Toteż cieszyłem się, gdy 16 lipca nasze małe grono przybyło do niezwykłej wsi Konnersreuth. Wieśniacy bawarscy okazali żywe zainteresowanie naszym samochodem (przywiezionym z nami z Ameryki), jak i osobliwie dobraną grupą jego pasażerów: młody Amerykanin, starsza pani i Hindus o oliwkowej cerze i długich włosach podgarniętych pod kołnierz płaszcza.

TERESA NEUMANN, C. RICHARD WRIGHT i SRI YOGANANDA

Mały dom Teresy, czysty i zgrabny, z kwitnącymi pelargoniami przy prymitywnej studni, był niestety zamknięty na głucho. Ani sąsiedzi, ani przechodzący listonosz wiejski nie potrafili nam udzielić informacji. Zaczął padać deszcz; towarzysze moi namawiali mnie do odjazdu.

- Nie - rzekłem z uporem - pozostanę tu, dopóki nie znajdę jakiegoś śladu Teresy.

Kiedy po dwóch godzinach siedzieliśmy jeszcze w samochodzie wśród posępnego deszczu, westchnąłem skarżąc się: - Panie - dlaczego przyprowadziłeś mnie tutaj, jeśli jej nie ma?

324


Koło nas zatrzymał się jakiś mówiący po angielsku człowiek, który ofiarował nam swą pomoc.

- Nie wiem dokładnie, gdzie jest teraz Teresa - rzekł - lecz wiem, że często udaje się z wizytą do domu profesora Franca Wutza, nauczyciela języków obcych na uniwersytecie w Eichstatt, osiem mil stąd.

Nazajutrz rano gromadka nasza pojechała do cichego miasta Eichstatt. Dr. Wutz powitał nas serdecznie w swym domu. - Tak, Teresa jest tutaj: - Zawiadomił ją o gościach. Niebawem posłaniec wrócił z jej odpowiedzią.

- Chociaż biskup prosił mnie, abym nikogo nie przyjmowała bez jego zgody, to przyjmę człowieka bożego z Indii.

Głęboko wzruszony jej słowami poszedłem za doktorem Wutzem na piętro do salonu. Teresa weszła natychmiast, promieniejąc aurą pokoju i radości. Ubrana była w czarną suknię i miała na głowie "nienagannie białe nakrycie. Chociaż miała wówczas trzydzieści siedem lat, wyglądała na znacznie młodszą; posiadała prawdziwie dziecięcą świeżość i czar. Zdrowa, dobrze zbudowana, o rumianych policzkach Tpogodna - oto święta - która nie je!

Teresa powitała mnie bardzo uprzejmym podaniem ręki. Uśmiechnęliśmy się promiennie w milczącym zjednoczeniu, poznając, że każde z nas jest miłośnikiem Boga.

Dr Wutz ofiarował się uprzejmie służyć za tłumacza. Gdy usiedliśmy, zauważyłem, że Teresa patrzy na mnie z naiwną ciekawością - widocznie Hindus należy w Bawarii do rzadkości.

- Czy pani nic nie je? - Pragnąłem usłyszeć odpowiedź z jej własnych ust.

- Nic oprócz Hostii o godzinie szóstej rano każdego dnia.

- Jak duża jest Hostia?

- Jest cienka jak papier i nie większa od małej monety. Dodała: - Przyjmuję ją jako sakrament, jeśli nie jest konsekrowana, nie potrafię połknąć.

- Chyba nie mogła pani żyć tylko tym przez dwanaście lat?

- Żyję światłem Boga.

Jakże prosta była jej odpowiedź! - Einsteinowska!

- Widzę, że pragnie pani powiedzieć, iż energia spływa do ciała pani z eteru, słońca i powietrza.

Przelotny uśmiech pojawił się na jej twarzy. - Bardzo jestem szczęśliwa widząc, że pan rozumie, w jaki sposób żyję.

- Święta pani; życie jest codziennym potwierdzeniem prawdy wypowiedzianej przez Chrystusa: "Nie samym chlebem żyje człowiek,

325


ile wszelkim słowem, które pochodzi z ust Bożych" (Mateusz 4:4) Bateria ciała ludzkiego odnawia się z pomocą nie tylko ciężkiego pokarmu (chleba), ale i wibracyjnej kosmicznej energii (słowo lub \um). Niewidzialna moc spływa do ciała ludzkiego przez rdzeń przedłużony (medulla oblongata). Ten szósty centr ciała znajduje się tv tyle karku na szczycie pięciu czakramów (w sanskrycie "koła" lub ;entra promieniującej siły kręgosłupa). Rdzeń przedłużony jest głównym wejściem, przez który uzupełnia się w ciele zasób powszechnej siły życiowej (Aum) i łączy się bezpośrednio z ludzką siłą woli, skupioną w kutastha (siódmym centrze) czyli centrze Chrystusowej świadomości w trzecim oku pomiędzy brwiami. Energia kosmiczna jest wtedy zgromadzona w mózgu jako rezerwuar nieskończonych możliwości, wspominanych w Wedach jako "tysiącpłatkowy lotos światła". Biblia chrześcijańska mówi o Aum jako o "Duchu Świętym", czyli niewidzialnej sile życiowej, która w sposób boski podtrzymuje wszelkie stworzenie. - "Azaliż nie wiecie, iż ciało wasze jest kościołem Ducha Świętego, który w was jest, którego macie od Boga, a nie jesteście sami swoi?" (I. Korynt. 6:19).

Teresa ponownie ucieszyła się z mego objaśnienia: - Tak właśnie jest. Jednym z powodów, dla których jestem obecnie na Ziemi, jest danie świadectwa, że człowiek może żyć niewidzialnym światłem Boga, a nie tylko pożywieniem.

- Czy może pani uczyć innych, w jaki sposób można żyć bez pokarmów?

Była tym trochę zaskoczona. - Nie mogę tego czynić. Bóg tego nie chce.

Gdy wzrok mój padł na jej mocne zgrabne dłonie, Teresa pokazała mi kwadratową, świeżo zagojoną ranę na odwrocie każdej dłoni. Na obu dłoniach pokazała mi mniejsze świeżo zagojone ranki w kształcie półksiężyca. Każda rana przechodziła na wskroś przez dłoń. Widok ten przypomniał mi wyraźnie wielkie kwadratowe żelazne gwoździe zaostrzone półkoliście, dotychczas używane na Wschodzie, lecz których nigdy nie widziałem na Zachodzie.

Święta opowiedziała mi nieco o swych cotygodniowych transach. Jako bezsilny widz obserwuje całą mękę Chrystusa. Co tydzień, od północy we czwartek do godziny pierwszej po południu w piątek, rany jej otwierają się i krwawią; traci 10 funtów ze swych normalnych 121 funtów wagi. Choć Teresa intensywnie cierpi w swej współczującej miłości, lecz mimo to wyczekuje radośnie tych cotygodniowych wizji swego Pana.

326

Zrozumiałem od razu, że zgodnie z intencją Boga osobliwe jej życie ma utwierdzić wszystkich chrześcijan co do historycznej autentyczności życia Jezusa i jego ukrzyżowania, opisanego w Nowym Testamencie, oraz ukazać dramatycznie zawsze żywy związek pomiędzy Mistrzem Galilejskim a jego pobożnymi czcicielami.



Profesor Wutz opowiedział mi o niektórych ze swych doświadczeń ze świętą.

- Często wybieramy się w kilka osób razem z Teresą na kilkudniowe wycieczki krajoznawcze po Niemczech - mówił mi dr Wutz. - Występuje wtedy uderzający kontrast: podczas gdy my ^zjadamy trzy posiłki dziennie, Teresa nie je nic. Ona pozostaje świeża jak róża, nie odczuwając zmęczenia, które wywołuje w nas podróż. G3y my zaczynamy być głodni i polować na przydrożne gospody, ona śmieje się wesoło.

Na dodatek profesor dodał szereg interesujących fizjologicznych szczegółów: - Ponieważ Teresa nie przyjmuje wcale pożywienia, żołądek jej się skurczył. Nie wydziela ona żadnych odchodów, lecz jej gruczoły potne funkcjonują normalnie: skóra jej zawsze jest miękka i elastyczna...

W chwili pożegnania wyraziłem wobec Teresy życzenie asystowania przy jej transie.

- Dobrze, proszę przybyć do Konnersreuth w najbliższy piątek - odpowiedziała mi uprzejmie. - Biskup da wam pozwolenie. Jestem bardzo szczęśliwa, że odszukaliście mnie w Eichstatt.

Teresa uściskała wielokrotnie mą rękę i odprowadziła naszą grupę do bramy. Mr. Wright uruchomił samochodowe radio; święta oglądała je z entuzjastycznymi okrzykami. Zebrał się dokoła nas tak duży tłum, że Teresa cofnęła się do domu. Ujrzeliśmy ją w oknie, skąd przyglądała się nam i żegnała nas ruchami ręki.

Z rozmowy, którą odbyliśmy następnego dnia z dwoma braćmi Teresy, bardzo uprzejmymi i sympatycznymi, dowiedziałem się, że święta sypia tylko jedną lub dwie godziny w nocy. Pomimo licznych ran na ciele jest ona aktywna i pełna energii. Kocha ptaki, dogląda akwarium i często pracuje w swym ogródku. Korespondencja jej jest obfita: pobożni katolicy proszą ją o modlitwę i uleczające błogosławieństwo. Wiele osób dzięki niej zostało uzdrowionych z poważnych chorób.

Jej brat Ferdynand, mający około dwudziestu trzech lat, wyjaśniał mi, że Teresa potrafi dzięki swej modlitwie wywołać w swym ciele dolegliwości innych ludzi. Świ^ta-jp-qwstrzymuje się od jedzenia od

327

czasu, gdy modliła się, aby choroba pewnego młodzieńca z jej parafii, przygotowującego się do świeceń kapłańskich, została przeniesiona na jej gardło.



We czwartek po południu nasza gromadka zajechała do biskupa, który z pewnym zdumieniem spoglądał na moje powiewające loki. Napisał chętnie swe zezwolenie. Nie trzeba było składać żadnej opłaty; zarządzenie Kościoła ma na celu po prostu ochronę Teresy przed natłokiem przygodnych turystów, którzy w poprzednich latach przyjeżdżali w piątki tysiącami.

W piątek przyjechaliśmy do Konnersreuth koło godziny dziewiątej trzydzieści. Zauważyłem, że mały dom Teresy posiada specjalny .częściowo oszklony sufit, który ma jej zapewnić obfitość światła. Z zadowoleniem ujrzeliśmy, że drzwi do niej nie są zamknięte, lecz gościnnie szeroko otwarte. Zastaliśmy około dwudziestu osób, zaopatrzonych w zezwolenie na odwiedzenie Teresy. Wiele z nich przybyło z dużej odległości, aby zobaczyć trans mistyczny.

Teresa przeszła przez pierwszą moją próbę w domu profesora, poznając intuicyjnie, że pragnąłem ją zobaczyć ze względów duchowych, a nie dla zaspokojenia przelotnej ciekawości.

Druga moja próba polegała na tym, że bezpośrednio przed wejściem do jej pokoju wprawiłem się w stan jogicznego transu, aby zjednoczyć się z nią telepatycznie. Po czym wszedłem do jej pokoju, wypełnionego odwiedzającymi ją osobami; Teresa leżała w białej szacie na łóżku. Wraz z Mr. Wrightem, postępującym tuż za mną, zatrzymałem się zaraz za progiem, przejęty grozą niezwykłego i strasznego widoku.

Spod powiek Teresy spływała krew cienkim i nieprzerwanym, szerokim na cal pasmem. Wzrok jej, zwrócony w górę, skupiony był w oku duchowym w środku czoła. Materiał otaczający jej głowę był zmoczony krwią stygmatycznych ran od cierniowej korony. Biała szata była splamiona czerwono pod sercem od rany w jej boku, w miejscu, w którym przed wiekami ciało Chrystusa doznało ostatniej zniewagi od włóczni żołnierza.

Ręce Teresy wyciągnięte były w macierzyńskim, błagalnym geście; twarz jej miała wyraz zarazem cierpiący i boski. Zmieniona pod wielu względami - wewnętrznie i zewnętrznie - wyglądała wątlej. Szeptała słowa w obcym języku drżącymi wargami do osób widzialnych dla jej wewnętrznego wzroku.

Zharmonizowawszy się z nią, zacząłem widzieć obrazy jej wizji-Patrzyła na Jezusa dźwigającego krzyż wśród szyderczego tłumu. ("

328


ciągu godzin poprzedzających nasze przybycie Teresa miała już szereg wizji z ostatnich dni życia Chrystusa. Jej trans rozpoczyna się zwykle od scen zdarzeń następujących po Ostatniej Wieczerzy. Wizje jej kończą się śmiercią Jezusa na krzyżu lub niekiedy złożeniem Jego ciała do grobu). Nagle podniosła głowę w przerażeniu: Pan upadł pod okrutnym ciężarem. Wizja znikła. Wyczerpana gorącym współczuciem, Teresa opadła ciężko na poduszkę.

W tej chwili usłyszałem poza sobą głośny głuchy odgłos. Odwróciwszy na sekundę głowę ujrzałem dwóch mężczyzn wynoszących czyjeś omdlałe ciało. Ponieważ nie wyszedłem jeszcze z głębokiego stanu nadświadomości, nie rozpoznałem od razu osoby, która zemdlała. Skupiłem z powrotem swe spojrzenie na twarzy Teresy, śmiertelnie bladej pod strumyczkami krwi, jednakże spokojnej i promieniującej czystością i świętością. Później obejrzałem się i ujrzałem Mr Wrighta, stojącego z dłonią przy policzku, z którego ciekła krew.

- Dick - zapytałem z niepokojem - czyś to ty upadł?

- Tak, zasłabłem pod wrażeniem tego strasznego obrazu.

- No, rzekłem pocieszając go - jesteś dzielny, skoro wróciłeś i patrzysz w dalszym ciągu.

Pamiętając o kolejce cierpliwie czekających pielgrzymów, pożegnaliśmy milcząco Teresę i opuściliśmy jej świętą atmosferę.

Teresa przeżyła prześladowania hitleryzmu i według amerykańskich wiadomości z 1954 r. nadal przebywa w Konnersreuth.

Następnego dnia pojechaliśmy w naszym małym gronie na południe, zadowoleni, że nie jesteśmy uzależnieni od pociągu, lecz możemy się zatrzymać naszym fordem wszędzie po drodze, gdzie się nam spodoba. Cieszyliśmy się każdą minutą podróży przez Niemcy, Holandię, Francję i Alpy Szwajcarskie. We Włoszech pojechaliśmy specjalnie do Asyżu, aby uczcić apostoła pokory, św. Franciszka. Podróż nasza po Europie zakończyła się w Grecji, gdzie zwiedziliśmy ateńskie świątynie oraz zobaczyliśmy więzienie, w którym szlachetny Sokrates118 wypił swój śmiertelny napój. Podziw ogarnia człowieka na widok artyzmu, z jakim starożytni Grecy wykonywali swe dzieła twórcze w alabastrze.

Przeprawiliśmy się statkiem przez słoneczne Morze Śródziemne i, wylądowaliśmy w Palestynie. Wędrując dzień za dniem po Ziemi Świętej przekonałem się bardziej niż kiedykolwiek o wartości pielgrzymek. Dla wrażliwego serca duch Chrystusa przenika wszystko w Palestynie. Chodziłem ze czcią w Betlejem, Getsemane, Kalwarii i na świętej Górze Oliwnej, nad rzeką Jordan i Jeziorem Genezaret.

329


Zwiedziliśmy miejsce Bożego narodzenia, warsztat Józefa Cieśli Grób Łazarza, dom Marty i Marii, Wieczernik. Odtwarzając starożyt-ne czasy, scena za sceną, oglądałem boski dramat odegrany kiedyś przed wiekami przez Chrystusa.

Potem odwiedziliśmy Egipt ze współczesnym Kairem i starożytnymi piramidami. Następnie przyszła kolej na podróż statkiem przez wąskie Morze Czerwone i rozległe Morze Arabskie - aż wreszcie ukazały się Indie.

ROZDZIAŁ 40 Wracam do Indii

Z wdzięcznością wciągnąłem w płuca błogosławione powietrze Indii. Nasz statek "Radżputana" przybył w dniu 22 sierpnia 1935 r. do ogromnego portu w Bombaju. Nawet ten pierwszy dzień mego pobytu w Indiach stanowił przedsmak tego, co mnie czekało w ciągu całego roku - dwunastu miesięcy nieustannej aktywności. W porcie zgromadzili się przyjaciele z girlandami i powitaniem. Niebawem w hotelu "Tadż Mahal" oczekiwał na nasze grono tłum reporterów i fotografów.

Bombaj był dla mnie nowym miastem; stwierdziłem, że szybko się zmodernizował, wprowadzając wiele innowacji z Zachodu. Linię rozległych bulwarów wytyczają palmy; wspaniałe gmachy publiczne współzawodniczą w budzeniu zainteresowania sobą ze starożytnymi świątyniami. Jednakże mało było czasu na zwiedzanie; niecierpliwie pragnąłem ujrzeć swego ukochanego guru i innych drogich mi ludzi. Nadawszy forda na bagaż, gromadka nasza pojechała wnet pociągiem na wschód do Kalkuty. (Podróż naszą przerwaliśmy na chwilę w Centralnych Prowincjach, aby zobaczyć Mahatmę Gandhiego w Wardha.)

Po przybyciu na dworzec w Howrah zastaliśmy tak ogromny tłum zebrany na nasze powitanie, że przez chwilę nie mogliśmy wysiąść z pociągu. Młody maharadża z Kasumbazaru i mój brat Bisznu stali na czele witającego nas komitetu. Byłem całkowicie zaskoczony serdecznością i rozmiarami naszego powitania.

Poprzedzani sznurem samochodów i motocykli, wśród radosnych dźwięków bębenków i konch jechaliśmy powoli - Miss Bletsch, Mr. Wright i ja, okryci od stóp do głów girlandami kwiatów - do domu mego ojca.

Mój mocno postarzały rodzic uściskał mnie, jak gdybym zmartwychwstał; spoglądaliśmy długo na siebie, niemi z radości. Bracia | siostry, wujowie, stryjowie, ciotki, kuzyni i kuzynki, uczniowie i przyjaciele z lat dawnych zgromadzili się dokoła mnie; żadne oko nie było suche. Ta scena pełnego miłości odnalezienia się i zjednoczenia

331

pomimo upływu wielu lat trwa żywo w mej pamięci, niezapornnian w mym sercu.



Brak mi słów na opisanie spotkania ze Sri Jukteswarem; niechż wystarczy następujący opis mego sekretarza:

"Dziś, według przewidywań, zawiozłem Yoganandadżi z Kalkuty do Serampore", zapisał Mr. Wright w swym dzienniku podróży

"Minęliśmy wiele ciekawych sklepów - wśród nich ulubioną przez Yoganandadżi za czasów jego pobytu w Kolegium jadłodajnię i wreszcie wjechaliśmy w ciasno zabudowaną uliczkę. Potem skręciliśmy nagle w lewo i oto znaleźliśmy się przed prostą, lecz interesującą jednopiętrową aszramą, z wystającym z pierwszego piętra balkonem w hiszpańskim stylu. Spokojna samotnia wywarła na mnie silne wrażenie.

W nastroju uroczystej pokory wszedłem z Yoganandadżi na wewnętrzny dziedziniec pustelni. Z bijącym sercem wstępowaliśmy na stare cementowe schody, po których chodziły bez wątpienia tysiące ludzi poszukujących prawdy. Napięcie nasze rosło coraz gwałtowniej, w miarę jak posuwaliśmy się w górę. Na końcu schodów ukazała się przed nami wielka istota, Swami Jukteswardżi w szlachetnej postawie mędrca.

Gdy poczułem błogosławieństwo jego wzniosłej obecności, serce moje wezbrało głębokim uczuciem. Łzy przesłoniły mi oczy, gdy Yoganandadżi upadł przed nim na kolana i z pochyloną głową wyraził wdzięczność swej duszy i pozdrowienie, dotykając stóp mistrza najpierw swą dłonią, a potem w pokornym pokłonie swą głową. Gdy powstał, Sri Jukteswardżi objął go obiema rękami i uściskał.

Nie padło ani jedno słowo; najbardziej intensywne uczucia wyrażały się w niemych drganiach dusz. Jakżeż ich oczy się iskrzyły i płonęły ogniem ponownego zjednoczenia się ich dusz! W spokojnym przedsionku drgały subtelne wibracje i nawet słońce wymknęło się chmurom, aby nagle dodać blasku tej scenie.

Uklęknąwszy przed mistrzem dałem wyraz swej głębokiej miłości i wdzięczności, dotykając jego stóp i przyjmując jego błogosławieństwo. Potem powstałem i spojrzałem w dwoje pięknych głębokich oczu, iskrzących się wnikliwością i promieniujących radością. Weszliśmy do salonu, w którym cała jedna strona otwarta była na balkon widoczny z ulicy. Mistrz usiadł na leżącym na cementowej podłodze nakrytyni materacu, Yoganandadżi i ja usiedliśmy u stóp guru na słomianej macie, mając za oparcie poduszki pomarańczowej barwy.

Starałem się zrozumieć rozmowę dwóch Swamich, prowadzoną w języku bengalskim; język angielski, stwierdziłem, był bezużyteczny

332

SRI YUKTESWAR i PARAMAHANSA YOGANANDA w Kalkucie

przy ich spotkaniu, chociaż Swamidżi Maharadż, jak wielki guru bywa nazywany przez innych, potrafi i często mówi w tym języku. Z jego ciepłego, serdecznego uśmiechu i promieniowania oczu po-znawałem świętość Wielkiego Guru. W jego wesołej i zarazem poważnej rozmowie łatwo można było dostrzec pozytywny charakter wypowiadanych przez niego zdań - cechę człowieka mądrego, który wie tak wiele, ponieważ poznał Boga. Jego wielką mądrość, siłę woli i zdecydowanie widać wyraźnie na każdym kroku.

Przyglądając mu się od czasu do czasu z szacunkiem, zauważyłem, że jest wielkiej, atletycznej postawy, zahartowany przez próby i ofiary wyrzeczenia. Wygląda majestatycznie. Zdecydowanie strome czoło, jak gdyby szukało nieba, nadaje boski wyraz jego twarzy. Nos jego jest dość duży i prosty; chwilami mistrz zabawia się nim jak dziecko, przytykając i pocierając go palcami. Wielkie ciemne jego oczy otoczone są eterycznym błękitnym kołem, włosy rozdzielone w środku, przy skórze są srebrne, a dalej zmieniają się w pasy srebrzystozłote i srebrzystoczarne, opadając lokami na ramiona. Broda jego i wąsy są skąpe lub przerzedzone, niemniej uwydatniają jego rysy i podkreślają charakter, znamionując głębię i prostotę.

Śmiech jego jest jowialny i swobodny; wychodzi z głębi piersi, aż porusza całym ciałem - jest bardzo pogodny i szczery. Twarz jego i postawa uderzają swą siłą, podobnie jak muskularne palce. Sri Jukteswar porusza się dostojnym krokiem, zachowując wyprostowaną postawę.

Ubiera się prosto, jego dhoti i koszula barwione kiedyś mocnym ochrowym kolorem, są obecnie po spełznięciu pomarańczowe.

Rozglądając się dokoła, zauważyłem, patrząc na dość zniszczone meble pokoju, że właściciel nie jest przywiązany do materialnych wygód. Na białych ścianach długiego pokoju widniały wypłowiałe, pod wpływem zaciekającej wody deszczowej, niebieskie pasy. Na końcu pokoju wisiał portret Lahiri Mahasayi, ze czcią ozdobiony girlandą kwiatów. Był tam również stary obraz przedstawiający Yoganandadżi podczas jego pierwszego pobytu w Bostonie, w momencie gdy stał wraz z innymi delegatami na kongresie.

Zauważyłem osobliwe połączenie nowoczesności i dawności. Ogromny żyrandol z rżniętego szkła pokryty był pajęczyną, a na ścianie znajdował się jaskrawy kalendarz, wskazujący aktualny dzień. Cały pokój tchnął ciszą i spokojem. Poza balkonem dostrzegłem palmy kokosowe wznoszące się ponad pustelnią, jak gdyby pragnęły J3 osłonić.

Zaobserwowałem z ciekawością, że gdy tylko mistrz zaklaskał w dłonie, zjawił się błyskawicznie jakiś mały uczeń, zanim jeszcze klaskanie ustało. Nawiasem mówiąc, poczułem dużą sympatię do jednego z nich - szczupłego chłopca, imieniem Prafulla (Prafulla niegdyś obecny był przy spotkaniu Mistrza z kobrą), o długich czarnych włosach spadających na ramiona, o przenikliwych iskrzących się czarnych oczach i niebiańskim uśmiechu.

Radość Swamiego Sri Jukteswara z powodu powrotu jego "owocu" (a zdaje się, że był mocno ciekaw "owoców owocu") była wyraźnie bardzo żywa. Jednakże przewaga powściągliwości; obecna w jego naturze, nie pozwalała temu uczuciu uzewnętrznić się w pełni.

Yoganandadżi ofiarował mu swe dary, jak to jest w zwyczaju, gdy uczeń powraca do swego guru. Zasiedliśmy później do prostego, lecz dobrze przyrządzonego posiłku. Wszystkie dania przygotowano z warzyw i ryżu. Spodobało się Sri Jukteswarowi, że stosowałem niektóre hinduskie zwyczaje, jak na przykład jedzenie palcami.

Po kilku godzinach rozmowy w języku bengalskim i wymiany ciepłych uśmiechów i radosnych spojrzeń pochyliliśmy się do stóp guru i pożegnaliśmy się pronamem (tronom - znaczy dosłownie "święte imię", słowo wyrażające hinduskie pozdrowienie, któremu towarzyszy złożenie obu dłoni na sercu, a następnie ich podniesienie w górę do czoła. Pronam w Indiach zastępuje zachodnie pozdrowienie w formie uścisku dłoni), po czym odjechaliśmy do Kalkuty, unosząc trwałe wspomnienie spotkania i powitania świętego. Chociaż piszę głównie o swych zewnętrznych wrażeniach, to jednak stale byłem świadomy prawdziwej istoty świętego - jego duchowej chwały. Czułem jego potęgę i zachowam to uczucie jako swe duchowe błogosławieństwo".



Dostları ilə paylaş:
1   ...   25   26   27   28   29   30   31   32   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə