Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə3/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   42

- Czemu jesteś taki zdumiony? Subtelna jedność zjawiskowego świata nie jest tajemnicą dla prawdziwego jogina. Ja bezpośrednio widzę swych uczniów w odległej Kalkucie i rozmawiam z nimi. Potrafią oni tak samo pokonywać każdą przeszkodę grubej materii.

Zapewne w celu spotęgowania duchowego zapału, jaki płonął w mojej młodej piersi, Swami raczył opowiedzieć mi o swej zdolności słyszenia i widzenia na odległość, niczym w astralnym radiu i telewizji10. Jednakże zamiast entuzjazmu odczułem tylko mrożący lęk. Ponieważ przeznaczone mi było podjąć poszukiwanie Boga pod opieką innego guru - Sri Jukteswara, którego jeszcze nie spotkałem

- nie odczuwałem pragnienia, aby uznać Pranabanandę za swego nauczyciela. Spoglądałem na niego niepewnie, nie wiedząc, czy mam przed sobą jego samego, czy też jego sobowtóra.

Mistrz starał się rozwiać mój niepokój, darząc mnie spojrzeniem budzącym poryw duszy oraz opowiadając mi o swoim guru.

- Lahiri Mahasaya był największym joginem, jakiego kiedykolwiek znałem, był samym bóstwem w postaci cielesnej.

Jeśli uczeń, snułem własne refleksje, potrafi według swej woli materializować drugie ciało, to jaki cud byłby niemożliwy dla jego Mistrza?

- Opowiem wam, jak bezcenną jest pomoc guru. Każdej nocy przeprowadzałem razem z drugim uczniem ośmiogodzinną medytację, w ciągu dnia musieliśmy pracować jako urzędnicy kolejowi. Stwierdziwszy, że trudno mi jest wykonywać obowiązki urzędnicze, zapragnąłem oddać wszystek mój czas Bogu. W ciągu ośmiu lat wytrwale medytowałem codziennie przez połowę nocy. Miałem niezwykłe wyniki, potężne duchowe postrzeganie oświeciło mój umysł. Zawsze jednak pozostawała delikatna zasłona pomiędzy mną a Nieskończonym. Nawet przy nadludzkim wysiłku stwierdzałem, że odmówione mi zostało ostateczne, już nierozerwalne zjednoczenie. Pewnego wieczoru złożyłem wizytę Lahiri Mahasayi i prosiłem go o jego boskie wstawiennictwo za mną. Naprzykrzałem mu się całą noc.

- Boski guru, moja udręka jest tak wielka, że nie mogę dłużej żyć, nie mogę spotkać mego Wielkiego Ukochanego twarzą w twarz!

- Cóż mogę zrobić? Musisz medytować głębiej!

30

- Odwołuję się do ciebie, boski mój Mistrzu! Widzę cię zmaterializowanego przede mną w fizycznym ciele; pobłogosław mnie, abym mógł cię oglądać w twej nieskończonej postaci.



Lahiri Mahasaya wyciągnął dłoń i błogosławił mi - Możesz teraz iść i medytować. Wstawiłem się za tobą u Brahamy!20

Niezmiernie podniesiony na duchu powróciłem do domu. Tejże nocy podczas medytacji osiągnąłem tak gorąco upragniony cel mego życia. Teraz nieustannie zażywam szczęścia duchowej emerytury.

Od tego dnia żadna zasłona złudy nie przesłoniła przed mym wzrokiem darzącego mnie pełnią szczęścia Stwórcy.

Twarz Pranabanandy jaśniała boskim światłem. - Pokój innego świata przepełnił moje serce; wszelki lęk rozwiał się. - Święty czynił dalsze zwierzenia.

- W kilka miesięcy później przybyłem ponownie do Lahiri Mahasayi i podziękowałem mu za obdarzenie mnie takim nieskończenie wielkim darem, potem poruszyłem inną sprawę.

- Boski guru, nie mogę dłużej pracować w biurze. Proszę cię, uwolnij mnie. Jestem nieustannie oszołomiony Brahmą.

- Staraj się w swej Kompanii o przejście na emeryturę! Opisz to, co czujesz.

Następnego dnia złożyłem podanie. Lekarz badał później przyczynę mej prośby.

- Podczas pracy odczuwam wrażenie, jakby coś wznosiło się w mym kręgosłupie2' i obezwładnia to mnie całkowicie. Przenika całe moje ciało i czyni mnie niezdolnym do wykonywania mych obowiązków.

Bez dalszego badania lekarz poparł w całej pełni moje podanie o emeryturę, którą też niebawem otrzymałem. Wiem, że poprzez lekarza i urzędników kolejowych, z twym ojcem włącznie, działała boska wola Lahiri Mahasayi. Posłuchali oni automatycznie duchowej wskazówki wielkiego guru i zwolnili mnie, abym mógł żyć w zjednocz-niu z Ukochanym22.

Po tym niezwykłym wyznaniu Swami Pranabananda pogrążył się w długim milczeniu. Gdy żegnaliśmy go, dotykając jego stóp ze czcią, udzielił mi swego błogosławieństwa:

- Życie twoje będzie ścieżką wyrzeczeń i Jogi. Zobaczę cię ponownie razem z twym ojcem, ale później. - Z biegiem lat spełniły S1? obie te przepowiednie.

Kedar Nath Babu kroczył obok mnie w zapadającej ciemności, wręczyłem mu list ojca, który on przeczytał przy świetle ulicznej lampy.

31

- Ojciec twój proponuje mi, abym objął stanowisko w Kalkucie w biurze jego Kompanii kolejowej. Jakże przyjemnie jest widzieć przed sobą perspektywę przynajmniej jednej z dwóch emerytur, z których Pranabananda korzysta! Nie jest to jednak możliwe! Nie mogę opuścić Benaresu. Niestety nie mogę mieć dwóch ciał!



ROZDZIAŁ 4 Nieudana ucieczka w Himalaje

- Wyjdź z klasy pod jakimkolwiek pozorem i zamów dorożkę. Zatrzymaj się tak, aby cię nikt z naszego domu nie mógł ujrzeć.

Tak po raz ostatni pouczałem Amara Mittera, przyjaciela ze szkoły średniej, który postanowił towarzyszyć mi w wyprawie w Himalaje. Wybraliśmy następny dzień na ucieczkę. Ostrożność była konieczna, bo Ananta miał czujne oczy. Postanowił on unicestwić moje plany ucieczki, o które stale mnie podejrzewał. Amulet działał tajemnie jak jakieś drożdże duchowe. Spodziewałem się, że wśród śniegów Himalajów znajdę mego Mistrza, którego twarz tak często się pojawiała w mych wizjach.

Rodzina moja mieszkała teraz w Kalkucie, dokąd z kolei ojciec mój został przeniesiony. Zgodnie z patriarchalnym obyczajem Indii, Ananta razem z żoną zamieszkał w naszym domu, przy obecnej Gurpar Road 4., w domu tym, w małej attyce odbywałem swe codzienne medytacje i przygotowywałem mój umysł do szukania Boga.

Pamiętnego ranka spadł niepomyślny dla ucieczki deszcz. Usłyszałem na ulicy koła dorożki Amara. W pośpiechu spakowałem koc, parę sandałów, fotografię Lahiri Mahasayi, egzemplarz Bhagawad Gity, różaniec i dwie opaski na biodra. Pakunek ten zrzuciłem z okna mego pokoju na drugim piętrze. Zbiegłem na dół po schodach i przeszedłem koło wuja, który kupował ryby w bramie.

- Cóż to za podniecenie? - spojrzenie jego zatrzymało się podejrzliwie na mnie.

Spojrzałem niechętnie na niego i wyszedłem na ulicę. Odszukałem wyrzucony przez okno pakunek i przyłączyłem się do Amara z konspiracyjną ostrożnością. Pojechaliśmy do dzielnicy handlowej Czandni Czauk. W ciągu miesięcy składaliśmy nasze drobne oszczędności, aby nabyć angielskie ubrania. Wiedząc, że mój sprytny brat z łatwością pogłby odegrać rolę detektywa, pragnęliśmy ujść przed nim w europejskim przebraniu.

Po drodze do stacji kolejowej zatrzymaliśmy się jeszcze, aby zabrać kuzyna Dżotina Ghosha, którego nazywałem Dżatindą. Był on

33

neofitą pragnącym znaleźć guru w Himalajach. Włożył na siebie nowe ubranie, które mieliśmy dla niego przygotowane. Jakże dobrze jesteśmy zamaskowani, cieszyliśmy się! Głęboki entuzjazm przepełnił nasze serca.



- Potrzeba nam jeszcze butów z żaglowego płótna. - Poprowadziłem mych towarzyszy do sklepu z obuwiem o gumowych podeszwach. - W tej świętej podróży nie możemy mieć nic ze skóry, która pochodzi zawsze z zabijanych zwierząt. - Zatrzymałem się na ulicy, aby usunąć skórzaną okładkę z posiadanego egzemplarza Bhagawad Gity, jak również skrawki skóry z angielskiego solą topi (hełm).

Na stacji nabyliśmy bilety do Burdwanu,' gdzie mieliśmy się przesiąść na pociąg do Hardwaru, który znajduje się w himalajskim podgórzu. Gdy tylko pociąg z nami zaczai się oddalać od Kalkuty, dałem upust nowym, podniosłym marzeniom.

- Wyobraźcie sobie! - wykrzyknąłem - zostaniemy wtajemniczeni przez mistrzów i doświadczymy stanu kosmicznej świadomości. Ciała nasze zostaną tak naładowane magnetyzmem, że dzikie zwierzęta himalajskie będą do nas przychodzić jak oswojone. Tygrysy będą się zachowywać jak łagodne kotki domowe, czekając na naszą pieszczotę!

Uwaga ta, malująca perspektywy, które uważałem za zachwycające, zarówno metaforycznie jak i dosłownie - wywołała entuzjastyczny uśmiech Amara. Dżatinda jednak odwrócił wzrok i patrzył przez okno na znikający krajobraz.

- Podzielmy pieniądze na trzy części. - Dżatinda przerwał długie milczenie tą propozycją. - Każdy z nas powinien w Burdwanie osobno kupić bilet dla siebie. Wtedy nikt na stacji nie będzie podejrzewał, że razem uciekamy.

Niczego nie przeczuwając zgodziłem się. O zmierzchu nasz pociąg zatrzymał się w Burdwanie. Dżatinda poszedł do kasy biletowej, Amar siedział ze mną na peronie. Czekaliśmy piętnaście minut, a potem zaczęliśmy czynić daremne poszukiwania. Szukając, na wszystkie strony wykrzykiwaliśmy imię Dżatindy przejęci strachem. Ale on zniknął w nieznanym, ciemnym otoczeniu małej stacji.

Byłem tym całkowicie wyczerpany i aż zdrętwiały pod wpływem tego wstrząsu, że też Bóg może spokojnie patrzeć na tak przygnębiające zajście. Romantyzm mej pierwszej - starannie przygotowanej ucieczki ku Niemu został okrutnie rozwiany.

- Amar, musimy wracać do domu. - Płakałem jak małe dziecko.

- Nikczemne porzucenie nas przez Dżatindę to zły omen! Ta podróż skazana jest na niepowodzenie.

- To taka jest twoja miłość do Pana? Nie potrafisz wytrzymać drobnej próby zdradliwego towarzysza?

Dzięki sugestii Amara, że Bóg nas poddaje próbie, serce moje wzmocniło się. Pokrzepiliśmy się sławnymi burdwańskimi słodyczami siatabhongem (pożywienie dla bogini) i miticzarem (słodkim batonem). Po kilku godzinach wsiedliśmy na pociąg do Hardwaru przez Bareilly. Czekając w Meghul Serai na pociąg, do którego mieliśmy się z kolei przesiąść, rozstrząsaliśmy zasadniczą sprawę:

- Niedługo, Amar, możemy się spotkać z urzędnikami kolejowymi, którzy będą wypytywać. Nie mogę nie doceniać pomysłowości mego brata! Wszystko jedno, co będzie, nie chcę mówić nieprawdy.

- Mukunda, proszę cię w takim razie tylko o jedno: bądź cicho. Nie śmiej się ani nie zżymaj, gdy ja będę mówił.

W tej chwili zagadnął nas europejski urzędnik stacyjny. Powiewał telegramem, którego znaczenie natychmiast zrozumiałem.

- Czy uciekacie z domu z powodu kłótni?

- Nie - ucieszyłem się, że jego słowa pozwalają mi śmiało mu odpowiedzieć. Nie gniew, lecz bardziej melancholia - jak to dobrze wiedziałem - była powodem mego niezwykłego zachowania się.

Urzędnik zwrócił się do Amara. Pojedynek chytrości, który teraz się zaczął, nie pozwolił mi zachować potrzebnej stoickiej powagi.

- Gdzie jest trzeci chłopiec? - Urzędnik odezwał się surowo - mówić prawdę!

- Panie, widzę, że nosi pan okulary. Czy pan nie widzi, że jest nas tylko dwu? - Amar uśmiechnął się bezwstydnie. - Nie jestem magikiem i nie potrafię wyczarować trzeciego chłopca.

Urzędnik wyraźnie zbity z tropu tą impertynencją, szukał nowego punktu do ataku. - Jak się nazywacie?

- Ja się nazywam Thomas. Jestem synem matki Angielki i ojca Hindusa, nawróconego na chrześcijaństwo.

- Jak się nazywa twój przyjaciel?

- Nazywam go Thompsonem.

Moja wewnętrzna radość doszła do szczytu; bezceremonialnie wsiadłem do pociągu, którego odjazd zapowiedział gwizdek. Amar poszedł z urzędnikiem, który okazał się być łatwowierny i uważał, że należy nas wpuścić do przedziału dla Europejczyków, wyraźnie odczuwał przykrość na myśl, że dwóch półangielskich chłopców miałoby podróżować w przedziale przeznaczonym dla obcokrajow-

35

34

ców. Po jego grzecznym oddaleniu się położyłem się na ławce i wybuchnąłem niepohamowanym śmiechem. Amar przeżywał radosną satysfakcję, że wyprowadził w pole starego europejskiego urzędnika.



Na peronie zdołałem przeczytać telegram. Telegram pochodził od Ananty i brzmiał: "Trzech chłopców bengalskich w europejskich ubraniach uciekło z domu w kierunku Hardwaru przez Moghul Serai. Proszę ich zatrzymać do mego przyjazdu. Hojna nagroda za pomoc".

- Amar, mówiłem ci, abyś w domu nie zostawiał rozkładu kolejowego. - Spojrzenie moje wyrażało naganę. - Brat musiał go znaleźć.

Mój przyjaciel przyznał się ze wstydem do tego błędu. Zatrzymaliśmy się na krótko w Bareilly, gdzie Dwarka Prasad czekał na nas z telegramem od Ananty. Dwarka dzielnie usiłował nas zatrzymać: przekonywałem go, że nasza ucieczka nie została podjęta lekkomyślnie. Podobnie jak przy poprzedniej sposobności, Dwarka odmówił memu zaproszeniu, aby wybrać się razem z nami w Himalaje.

Gdy tej nocy pociąg stał na jakiejś stacji, a ja na wpół spałem, Amara zbudził jakiś inny urzędnik kolejowy, który go znów wypytywał. Ale i on stał się ofiarą opowiadań o "Thomasie" i "Thomp-sonie". O świcie pociąg dowiózł nas triumfalnie do Hardwar. Przemknęliśmy się przez stację i wyszliśmy z poczuciem wolności na tłumną ulicę. Pierwszym naszym czynem była zmiana ubrania, gdyż Ananta jakoś się dowiedział o naszym europejskim przebraniu. Obawa przed schwytaniem nas prześladowała mnie jednak nadal.

Uznaliśmy, że należy natychmiast wyjechać z Hardwaru, kupiliśmy więc bilety na podróż do Riszikesz, do ziemi uświęconej w ciągu wieków obecnością wielu mistrzów. Ja już wsiadłem do wagonu, lecz Amar jeszcze się wałęsał koło pociągu. Nagle zatrzymało go głośne wołanie policjanta. Nasz niepożądany opiekun odstawił nas do budynku stacyjnego i odebrał nam pieniądze. Tłumaczył nam uprzejmie, że ma obowiązek zatrzymać nas dopóki nie przyjedzie mój starszy brat.

- - Widzę, że jesteście zwariowani na punkcie świętych. Nie spotkam chyba nigdy większego męża Bożego, aniżeli ten, którego widziałem wczoraj. Spotkałem go, ja i mój brat oficer, pięć dni temu. Patrolowaliśmy nad Gangesem, pilnie wypatrując pewnego mordercy. Instrukcja, którą otrzymaliśmy, nakazywała ująć go żywego lub zabitego. Wiadomo było, że przebiera się on za sadhu, aby obrabowywać pielgrzymów. W niewielkiej od nas odległości wypatrzyliśmy postać bardzo podobną do opisanego zbrodniarza. Na nasz rozkaz, aby stanął, nie zwracał w ogóle uwagi; pobiegliśmy więc, aby

eo obezwładnić. Zbliżając się do niego z tyłu, machnąłem toporem z wielką siłą, prawe ramię tego człowieka zostało prawie całkowicie odcięte. Nie krzyknąwszy, nawet nie spojrzawszy na upiorną ranę, nieznajomy szedł dalej powolnym krokiem. Gdy wyskoczyliśmy przed niego, powiedział spokojnie:

- Nie jestem mordercą, którego szukacie.

Byłem głęboko zmartwiony, że zraniłem człowieka, który zrobił na mnie wrażenie boskiego mędrca. Rzuciłem mu się do nóg i prosiłem go o przebaczenie, ofiarowując równocześnie płótno turbanu na zatamowanie ciężkiego upływu krwi.

- Synu, to była całkiem zrozumiała pomyłka z twojej strony! - Święty spojrzał na mnie łagodnie. - Idź dalej i nie rób sobie wyrzutów. Ukochana Matka weźmie mnie w opiekę! - Przyłożył zwisające ramię do korpusu ciała i o dziwo! przylgnęło, a krew w zagadkowy sposób przestała płynąć.

- Przyjdź do mnie za trzy dni pod tamto drzewo, a zobaczysz, że jestem już całkiem zdrowy. Wtedy nie będziesz już odczuwał z tego powodu zgryzoty.

Wczoraj ja i mój oficer poszliśmy zaciekawieni na wskazane miejsce. Sadhu był już tam obecny i pozwolił nam obejrzeć swoje ramię. Nie było blizny, ani śladu rany!

- Idę przez Riszikesz do himalajskich samotni - powiedział. Pobłogosławił nas, a potem szybko się oddalił. Czuję, że dzięki jego świętości życie moje stanie się podnioślejsze.

Oficer zakończył swe opowiadanie pobożnym okrzykiem; było widoczne, że opowiedziane przeżycie poruszyło go bardzo głęboko. Gestem pełnym przejęcia wręczył mi wycinek z gazety z opisem tego cudu. Jak to zwykle bywa w gazetach o sensacyjnym pokroju (nie brak ich, niestety, nawet w Indiach) reporter lekko przesadził; według niego sadhu miał niemal odciętą głowę!

Obaj z Amarem żałowaliśmy, żeśmy się nie spotkali z wielkim joginem, który wzorem Chrystusa potrafił przebaczyć swemu prześladowcy. Indie, chociaż w ostatnich stuleciach materialnie ubogie, posiadają jednak niewyczerpany skarb boskiego bogactwa; nawet świecki człowiek, jak ten oto policjant, może spotkać w sposób przypadkowy na ścieżce przydrożnej prawdziwy duchowy "drapacz chmur".

Podziękowaliśmy oficerowi za niezwykłe opowiadanie, które uwolniło nas od nudy czekania. Prawdopodobnie był przekonany, że miał więcej od nas szczęścia: spotkał świętego bez wysiłku, a nasze męczące

37

36

poszukiwanie skończyło się nie u stóp mistrza, lecz na pospolitym posterunku policji!



Tak blisko byliśmy Himalajów, a zarazem tak daleko! Tym bardziej byłem zdecydowany, jak powiedziałem to Amarowi, szukać wolności.

- Ucieknijmy, gdy tylko się nadarzy sposobność! Możemy przecież iść pieszo do świętego Riszikasz. - Uśmiechnąłem się do niego zachęcająco.

Mój towarzysz jednak stał się pesymistą od czasu, gdy pozbawiono nas mocnego oparcia w pieniądzach.

- Gdybyśmy wyruszyli pieszo w taki niebezpieczny lesisty kraj, to zakończylibyśmy swą podróż nie w mieście świętych, lecz w tygrysich żołądkach!

Ananta i brat Amara przybyli po trzech dniach. Amar powitał brata z uczuciem ulgi. Ja jednak byłem nieprzejednany. Ananta usłyszał ode mnie tylko poważne wymówki.

- Rozumiem, jak się czujesz - brat przemawiał łagodnie. - Żądam od ciebie tylko jednego: chcę, abyś mi towarzyszył do Benaresu do pewnego świętego, a następnie abyś pojechał na kilka dni do Kalkuty odwiedzić zmartwionego ojca. Potem będziesz mógł na nowo szukać tutaj mistrza.

W tym momencie włączył się Amar do rozmowy, aby wyrzec się zamiaru powrócenia ze mną do Hardwaru. Cieszył się odzyskanym ciepłem rodzinnym. Ja jednak wiedziałem, że nigdy nie zaniecham szukania swego guru.

Wsiedliśmy wszyscy do pociągu do Benares. Otrzymałem tam nadzwyczajną i przy tym natychmiastową odpowiedź na moją modlitwę.

Ananta obmyślił chytry plan. Przed spotkaniem się ze mną w Hardwarze zatrzymał się w Benaresie i tam zamówił u pewnego uczonego w piśmie rozmowę ze mną. Zarówno filozof (pandita), jak i jego syn przyrzekli mu, że spróbują odwieść mnie od myśli o ścieżce sannjasina (mnicha ascety).

Ananta zaprowadził mnie do ich domu. Syn, młody człowiek o kipiącym temperamencie, powitał mnie na dziedzińcu. Wciągnął mnie w dłuższą filozoficzną dyskusję. Powiedział mi, że drogą jasnowidzenia poznał moją przyszłość i dlatego stara się odwieść mnie od zamiaru zostania mnichem.

- Jeśli będziesz porzucał swe zwykłe obowiązki, to będzie cię stale spotykać niepowodzenie i nie potrafisz znaleźć Boga! Nie możesz wyczerpać swej dawnej karmy23 bez udziału w życiu tego świata.

38

\V odpowiedzi na to zjawiły się na mych wargach nieśmiertelne



słowa Kriszny: "Nawet człowiek o najgorszej karmie, jeśli nieustannie

o mnie rozmyśla, szybko uwalnia się od skutków swych złych

przeszłych czynów. Stawszy się cnotliwym, rychło osiągnie wieczysty

pokój. Ardżuno, uważaj to za pewne: nigdy nie może zginąć ten, co we

mnie położy swe zaufanie"24.

Niemniej pełne przekonania przepowiednie młodego człowieka poderwały nieco moją pewność. W milczeniu z całego serca modliłem się do Boga:

"Błagam cię, uwolnij mnie od pomieszania i niepewności, odpowiedz mi jak najrychlej, czy Twoją wolą jest, abym prowadził życie człowieka świeckiego, czy też sannjasina25.

Zauważyłem, że jakiś sadhu o szlachetnym wyglądzie stoi tuż za ogrodzeniem domu filozofa. Widocznie słyszał ożywioną rozmowę pomiędzy mną a samozwańczym jasnowidzącym, gdyż przyzywał mnie ku sobie. Odczuwałem też ogromną siłę płynącą z jego spokojnych oczu.

- Synu, nie słuchaj tego ignoranta! W odpowiedzi na twą modlitwę Pan każe mi zapewnić cię, że jedyną twą drogą w tym życiu jest droga wyrzeczenia.

Ze zdziwieniem i wdzięcznością uśmiechnąłem się, szczęśliwy, słysząc te rozstrzygające moje wątpliwości słowa.

- Odejdź od tego człowieka! - "Ignorant" wołał mnie z dziedzińca. Mój świątobliwy opiekun podniósł rękę, błogosławiąc mnie i powoli oddalił się.

- Ten sadhu jest tak samo szalony jak i ty! - Autorem tej z kolei opinii był siwowłosy filozof. On i jego syn spoglądali na mnie ze smutkiem. - Słyszałem, że on również porzucił dom w beznadziejnym poszukiwaniu Boga.

Odwróciłem się. Powiedziałem Anancie, że nie będę prowadził dalszej dyskusji z naszymi gospodarzami. Brat zgodził się, abyśmy wobec tego natychmiast wyszli. Niebawem znaleźliśmy się w pociągu do Kalkuty.

- Panie detektywie, powiedz, jak odkryłeś, że uciekłem z dwoma towarzyszami? - Dałem upust mej żywej ciekawości pod adresem Ananty podczas podróży do domu. Ananta uśmiechnął się chytrze:

- W szkole dowiedziałem się, że Amar wyszedł z klasy i nie wrócił. Następnego ranka poszedłem do niego do domu i odkryłem rozkład jazdy, w którym zaznaczone były pociągi. Ojciec Amara wyjeżdżał właśnie z domu dorożką i rozmawiał z woźnicą.

39

- Dziś rano syn nie pojedzie ze mną do szkoły. Zniknął! - jęknął ojciec.



- Słyszałem od mego brata dorożkarza, że pański syn i dwóch innych chłopców ubranych po europejsku wsiadło do pociągu na stacji Howrah - powiedział woźnica. - Podarowali swe skórzane obuwie bratu.

- W ten sposób posiadłem trzy wskazówki: rozkład jazdy, trójka chłopców i angielskie ubranie.

Wyjaśnień Ananty słuchałem ze smutkiem i oburzeniem. Nasza szlachetność wobec dorożkarza była całkiem nie na miejscu.

- Naturalnie natychmiast wysłałem telegramy do urzędników stacji, które Amar podkreślił w rozkładzie. Było także podkreślone Bareilly, zatelegrafowałem więc również do twego przyjaciela Dwarki. Podczas poszukiwań u sąsiadów w Kalkucie dowiedziałem się, że kuzyn Dżatinda był przez jedną noc nieobecny w domu, lecz rano powrócił w europejskim ubraniu. Odszukałem go i zaprosiłem na obiad. Dżatinda, całkowicie rozbrojony moją serdecznością, przyjął zaproszenie. Po drodze niepostrzeżenie zaprowadziłem go na policję, gdzie zaraz go otoczyło kilku urzędników, których poprzednio tak dobrałem, by wyglądali jak najgroźniej. Pod ich srogim spojrzeniem Dżatinda zgodził się opowiedzieć o całej tajemniczej przygodzie.

- Wyjechałem do Himalajów w dobrym nastroju - opowiadał Dżatinda. - Perspektywa spotkania Mistrzów budziła we mnie zapał. Gdy jednak Mukunda powiedział, że podczas naszych medytacji w himalajskich jaskiniach tygrysy będą siedzieć koło nas zaczarowane, jak oswojone koty, ogarnął mnie lęk i krople potu pojawiły się na mym czole. Co począć? pomyślałem. Jeśli grzeszna natura tygrysów nie zmieni się pod wpływem sił naszego transu, to czy wtedy także zachowają się z łagodnością kotów? W wyobraźni już widziałem, że jestem przymusowym mieszkańcem tygrysiego żołądka, do którego wprowadziłbym się nie całym ciałem naraz, lecz kawałkami.

Mój gniew na Dżatindę z powodu jego zniknięcia rozładował się w głośnym wybuchu śmiechu. Zabawne następstwa warte były udręczeń, które mi sprawił. Muszę się przyznać do lekkiego uczucia satysfakcji: Dżatinda również nie uniknął zetknięcia się z policją!

- Ananta2e, jesteś urodzonym psem gończym! - Spojrzenie moje pomimo wesołości nie było wolne od odrobiny oburzenia. - Powiem Dżatindzie, że cieszę się, iż nie kierowała nim pokusa zdrady, jak mi się to wydawało, lecz tylko rozsądny instynkt samozachowawczy.

40

W domu w Kalkucie ojciec prosił mnie wzruszająco, abym pohamował swą skłonność do wędrówki przynajmniej do czasu ukończenia szkoły średniej. Podczas mej nieobecności w miłości swej uknuł mały spisek, skłaniając pewnego świątobliwego panditę, Swami Kebalanandę, aby regularnie przychodził do naszego domu.



- Mędrzec ten będzie twoim nauczycielem sanskrytu - wyjaśnił mi to ojciec w zaufaniu.

Ojciec spodziewał się, że dzięki naukom uczonego filozofa zaspokoi moje religijne tęsknoty. Lecz sytuacja subtelnie się odwróciła: mój nowy nauczyciel, daleki od częstowania mnie suchymi intelektualnymi wiadomościami, podsycał żar mych aspiracji ku Bogu. Swami Kebalananda był, o czym ojciec mój nie wiedział, wybitnym uczniem Lahiri Mahasayi. Niezrównany ten guru miał tysiące uczniów, których przyciągał ku niemu nieodparty wpływ jego boskiego magnetyzmu. Dowiedziałem się później, że Lahiri Mahasaya często mówił, że Kebalananda jest rishim, czyli oświeconym mędrcem.

Bujne kędziory włosów okalały piękną twarz mego nauczyciela. Ciemne jego oczy były szczere i przejrzyste jak u małego dziecka. Każdy ruch jego lekkiego ciała nacechowany był spokojną rozwagą. Zawsze szlachetny i pełen miłości, mocno tkwił w nieskończonej świadomości. Wiele szczęśliwych godzin spędziliśmy wspólnie w głębokiej medytacji kriya-jogi.



Dostları ilə paylaş:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə