Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə31/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   ...   42

wzbudza lęku.

- Jak człowiek może się stać bogiem? (Z pytania tego możemy wnioskować, że "Syn Zeusa" miał czasem wątpliwości, czy już osiągnął doskonałość).

345


- Czyniąc to, co dla człowieka jest niemożliwe.

- Co jest silniejsze, życie czy śmierć?

- Życie, ponieważ wytrzymuje tak wiele zła.

Aleksandrowi udało się zabrać z sobą z Indii jogina jako swego nauczyciela. Był nim Swami Sphines, zwany przez Greków "Kala-nos", ponieważ święty ten, czcząc Boga w postaci Kali, pozdrawiał każdego wymawiając jej darzące pomyślnością imię.

Kalanos towarzyszył Aleksandrowi do Persji. Pewnego z góry ustalonego dnia, w Suzie, w Persji, Kalanos porzucił swe zestarzałe ciało wszedłszy na stos pogrzebowy na oczach całej macedońskiej armii. Historycy zanotowali zdumienie żołnierzy, gdy zaobserwowali, że jogin wcale się nie lęka bólu ani śmierci; nie zmienił on ani razu swej postawy, gdy płomienie go pochłaniały. Przed pójściem na stos Kalanos uściskał wszystkich swych przyjaciół, lecz wstrzymał się od pożegnania Aleksandra, któremu ten hinduski mędrzec powiedział tylko: "Zobaczę cię wkrótce w Babilonie".

Aleksander opuścił Persję i umarł w rok później w Babilonie. Słowa jego hinduskiego guru mówiły w zawoalowany sposób, że będzie obecny przy Aleksandrze za jego życia i przy jego śmierci.

Historycy greccy pozostawili nam wiele żywych i pięknych obrazów hinduskiego społeczeństwa. Prawo hinduskie, opowiada nam Arianos, chroni lud i "stanowi, że nikt i w żadnych warunkach nie ma być niewolnikiem, lecz każdy zażywając wolności ma przestrzegać równości prawa, które wszystkim przysługuje.

Cesarz Czandragupta, który w roku 305 pobił wodza Aleksandra Wielkiego, Seleukosa, postanowił w siedem lat później przekazać rządy swemu synowi. Udawszy się do południowych Indii, spędził dwanaście ostatnich lat swego życia jako ubogi asceta, szukając urzeczywistnienia jaźni w skalistej jaskini w Srawanabelagola, która obecnie otaczana jest czcią jako świątynia Majsoru. W pobliżu niej stoi gigantyczny posąg wyrzeźbiony przez Dżainów z ogromnego kamienia w 983 roku po Chr. na cześć świętego Komateswary.

Wszędzie spotykane świątynie i kaplice Majsoru są stałym przypomnieniem wielu wielkich świętych południowych Indii. Jeden z tych mistrzów, Thajumanawar, pozostawił nam następujący wiersz:

Możesz panować nad oszalałym słoniem,

Możesz zamknąć paszczę niedźwiedzia lub tygrysa,

Możesz na lwie jeździć,

Możesz bawić się z kobrą,

Dzięki alchemii zyskać utrzymanie,

346

Możesz nieznany wędrować po świecie,



Możesz z bogów uczynić swych wasali,

Możesz być zawsze młodzieńcem,

Możesz chodzić po wodzie i w ogniu mieszkać,

Lecz ważniejsze i trudniejsze jest opanowanie umysłu.

W pięknym i urodzajnym stanie Trawankor na południowym skraju Indii, gdzie komunikacja odbywa się po rzekach i kanałach, maharadża co roku ponawia dziedziczne zobowiązanie odpokutowania za grzech popełniony przez wojny i przyłączenie w odległej przeszłości do Trawankoru drogą aneksji kilku drobnych państewek. Co roku przez pięćdziesiąt sześć dni maharadża udaje się do świątyni trzy razy dziennie, aby słuchać wedyjskich hymnów i recytacji; ceremonie pokutne kończą się lakszadipametn czyli iluminacją świątyni przy pomocy stu tysięcy świateł.

Okręg Madraski na południowo-wschodnim wybrzeżu Indii obejmuje równinne, rozległe i morzem opasane miasto Madras oraz Kondżiweram, Złote Miasto, główną siedzibę królów z dynastii Pallawa, którzy panowali w pierwszych stuleciach chrześcijańskiej ery. Współcześnie w tym okręgu poczyniły wielkie postępy idee Gandhiego, odrzucającego wszelki gwałt; białe "czapki Gandhiego" widać tu wszędzie. Na Południu Mahatma dokonał wielu ważnych reform związanych z udostępnieniem "niedotykalnym" świątyń, jak również z systemem kastowym.

Początkowo system kastowy ułożony przez wielkiego prawodawcę Manu był godny podziwu. Ustalał on jasno, że ze względu na naturalną ewolucję ludzie dzielą się na cztery wielkie klasy; na tych, co zdolni są do służenia społeczeństwu głównie swą pracą fizyczną (szudrowie); na tych, którzy służą swą pomysłowością, zręcznością, uprawą roli, handlem, przemysłem, w ogóle prowadzeniem interesów (wajsiowie); tych, co rozporządzają zdolnościami administracyjnymi, potrafią działać i bronić - władcy i wojownicy (kszatrijowie), i na ludzi o usposobieniu kontemplacyjnym, posiadających duchowe natchnienie i budzących je u drugich (bramini). Ani urodzenie, ani sakramenty, ani studia czy przodkowie nie mogą decydować, czy jakaś osoba jest podwójnie urodzona (tj. braminem), Mahabharata głosi: "Tylko charakter i postępowanie może o tym decydować".119 Manu uczył społeczeństwo okazywania szacunku jego członkom w zależności od ich mądrości, cnoty, pokrewieństwa lub na końcu bogactwa. W Indii wedyjskiej bogactwa były lekceważone, jeśli je ktoś chował lub skąpił na potrzeby miłosierdzia. W opinii społeczeństwa ludzie bardzo bogaci, lecz skąpi, zajmowali niską pozycję.

347


Kiedy w ciągu stuleci system kastowy skostniał, zamieniając się w dziedziczne kajdany, wyrządził wiele zła. Reformatorzy społeczni jak Gandhi i członkowie bardzo licznych organizacji w Indii dokonują powolnego lecz stałego postępu w kierunku przywrócenia starożytnych wartości kasty opartej na naturalnych cechach, a nie na urodzeniu. Każdy naród na ziemi ma do odrobienia swoją karmę; India ze swym giętkim i odpornym umysłem również pokaże, iż potrafi sprostać zadaniu zreformowanego systemu kastowego.

Południowe Indie są tak zachwycające, że Mr. Wright i ja pragnęliśmy przedłużyć tę idyllę. Czas jednak, ze swą odwieczną surowością, nie okazał nam ustępliwości. Według rozkładu mych zajęć miałem niebawem przemawiać na końcowym zebraniu hinduskiego Kongresu Filozoficznego w Kalkuckim Uniwersytecie. Pod koniec swego pobytu w Majsorze miałem przyjemność rozmawiać z prezydentem hinduskiej Akademii Nauk, Sir C.W. Ramanem. Znakomity ten fizyk hinduski otrzymał w 1930 r. Nagrodę Nobla za swe ważne odkrycie z zakresu dyfuzji światła, znane obecnie każdemu uczniowi szkoły średniej jako "efekt Ramana".

Pożegnawszy się niechętnie z tłumem madraskich studentów i przyjaciół, Mr. Wright i ja ruszyliśmy na północ. Po drodze zatrzymaliśmy się przy małej kaplicy poświęconej pamięci Sadasiwy Brahmana, którego siedemnastowieczna biografia obfituje w cuda. Większa świątynia Sadasiwy w Nerur, wzniesiona przez radżę Pudk-kottai, jest miejscem pielgrzymek i była ona świadkiem licznych cudownych uleczeń.

Wśród południowo-hinduskich chłopów wciąż jeszcze krąży wiele niezwykłych opowiadań o Sadasiwie, kochanym i w pełni oświeconym mistrzu. Pewnego dnia widziano, jak pogrążony na brzegu rzeki Kaweri w stan samadhi Sadasiwa został uniesiony przez naglą powódź. W wiele tygodni później znaleziono go zagrzebanego głęboko pod kopcem mułu. Gdy szufla wieśniaka uderzyła w jego ciało, święty powstał i żwawo odszedł.

Sadasiwa nigdy nie odzywał się ani słowem; nie nosił też szaty. Pewnego ranka nagi jogin w zamyśleniu wszedł do namiotu muzułmańskiego wodza; dwie kobiety krzyknęły na alarm; wojownik zadał Sadasiwie taki cios mieczem, że odciął mu ramię. Mistrz oddalił się obojętnie. Poruszony wyrzutami sumienia mahometanin podniósł ramię z ziemi i podążył za Sadasiwa. Jogin spokojnie przyłożył rami? do skrwawionego kikuta, a gdy wojownik pokornie poprosił g° o naukę, Sadasiwa napisał palcem na piasku:

348


"Nie czyń tego, co zechcesz, a będziesz czynił to, co ci się podoba".

Mahometanin został uniesiony w stan oczyszczonego umysłu i zrozumiał, że paradoksalna nauka świętego ma być przewodnikiem do wolności ducha przez opanowanie osobowości.

Pewnego razu dzieci wiejskie wyraziły w obecności Sadasiwy pragnienie zobaczenia uroczystości religijnych w odległej o 150 mil Madurze. Jogin polecił dzieciom, by dotknęły jego ciała, i oto cała gromadka została przeniesiona do Madury. Dzieci pełne szczęścia chodziły wśród tysięcy pielgrzymów. Po kilku godzinach jogin przeniósł swych małych podopiecznych z powrotem do domu w ten sam prosty sposób. Zdumieni rodzice słuchali żywych opowiadań o procesji z obrazami i ujrzeli, że kilkoro dzieci przyniosło z Madury torby ze słodyczami.

Pewien nieufny młodzieniec wykpił świętego i opowiadanie dzieci. Przy okazji najbliższego święta w Madurze chłopiec ten podszedł do Sadasiwy.

- Mistrzu - powiedział szyderczo - czy nie zechciałbyś zabrać mnie, tak samo jak swe dzieci, na święto w Madurze?

Sadasiwa zgodził się, więc chłopiec natychmiast znalazł się w tłumie odległego miasta. Lecz gdy chciał wracać, nie znalazł świętego. Przygnębiony chłopiec wrócił zatem do domu starą i prozaiczną metodą pieszej lokomocji.

ROZDZIAŁ 42 Ostatnie dni z guru

- Gurudżi, cieszę się, że dziś rano zastaję cię samego. - Przyby-m właśnie do pustelni w Serampore, dźwigając wonne brzemię voców i róż. Sri Jukteswar spojrzał na mnie łagodnie.

- O co chodzi? - Mistrz rozglądał się po pokoju, jak gdyby ukał miejsca do ucieczki.

- Gurudżi, przybyłem do ciebie jako młodzieniec po szkole edniej; obecnie jestem dorosłym mężczyzną mającym nawet kilka wych włosów. Chociaż od pierwszej chwili aż do dzisiaj otaczałeś nie ciepłym milczącym uczuciem, to czy wiesz, że tylko jeden raz, dniu pierwszego spotkania powiedziałeś: "Kocham cię"? - Spo-ądałem na mistrza błagalnie.

Mistrz spuścił oczy. - Yoganando, czyż w zimnym świecie słów usze wypowiadać gorące uczucie, najlepiej przechowywane w sercu :z słów?

- Gurudżi, ja wiem, że kochasz mnie, a jednak moje uszy boleśnie -agną usłyszeć to od Ciebie!

- Niech się spełni twe życzenie. W ciągu mego pożycia małżeńs-ego często gorąco pragnąłem mieć syna, którego mógłbym nauczać igi. Gdy jednak ty zjawiłeś się w moim życiu, byłem uszczęśliwiony, 3 w tobie znalazłem swego syna. - W oczach Sri Jukteswara ibłysły dwie jasne łzy. - Yoganando, zawsze cię kocham!

- Odpowiedź twoja otwiera mi niebo! - Poczułem, że zdjęty mi >stał ciężar z serca, który teraz po słowach Mistrza znikł na zawsze, zęsto zastanawiałem się nad milczeniem Mistrza. Choć wiedziałem, ; mój guru jest skryty i opanowany, to jednak niekiedy obawiałem ę, że nie udaje mi się w pełni zadowolić jego oczekiwań. Był on sobliwą naturą, nie dającą się nigdy całkowicie poznać; był naturą tęboką i spokojną, niezgłębioną dla zewnętrznego świata.

W kilka dni później, gdy przemawiałem do ogromnej publiczności

Sali Akberta w Kalkucie, Sri Jukteswar zgodził się usiąść obok mnie

a podium razem z maharadżą Santoszu i burmistrzem Kalkuty.

hociaż Mistrz nie zwrócił się do mnie ani razu, lecz ja od czasu do

350

czasu spoglądałem na niego podczas swego przemówienia i zdaje mi sie, że zauważyłem zadowolony błysk jego oczu.



Potem wypadło mi z kolei przemawiać do wychowanków Seramporskiego Kolegium. Gdy spoglądałem na swych dawnych kolegów, a oni na swego "szalonego mnicha", polały się bez wstydu jzy radości. Powitał mnie mój złotousty profesor filozofii, dr Ghoshal; alchemik. Czas zlikwidował wszystkie nasze minione nieporozumienia.

Z końcem grudnia obchodzono w seramporskiej pustelni święto przesilenia dnia z nocą. Jak zawsze, tak i tym razem zebrali się z bliska i z daleka uczniowie Sri Jukteswara. Przypominają się pobożne sankirtany, solą wykonywane słodkim głosem Kristody, uczta, w czasie której posługiwali młodzi uczniowie, przemównienie mistrza pod gwiazdami na zatłoczonym dziedzińcu aszramy, które głęboko nas poruszyło - wspomnienia, wspomnienia! Radosne uroczystości dawno minionego roku! Tej nocy miała jednak pojawić się nowa cecha.

- Yoganando, proszę cię, przemów do zebranych po angielsku. Oczy Mistrza zabłysnęły, gdy wypowiadał tę podwójnie niezwykłą prośbę; czy miał na myśli moje przykre położenie na statku na początku mego pierwszego odczytu w języku angielskim? Opowiedziałem moim słuchaczom - braciom uczniom - to zdarzenie i zakończyłem hołdem z całego serca dla naszego guru.

- Jego wszechobecna opieka towarzyszyła mi nie tylko na oceanicznym parowcu - zakończyłem - ale także codziennie w ciągu piętnastu lat mego pobytu w ogromnym i gościnnym kraju Ameryce.

Po odejściu wszystkich gości Sri Jukteswar zawołał mnie do tej samej sypialni, w której kiedyś raz tylko, po uroczystościach we wczesnej mej młodości, pozwolił mi spać na swym drewnianym łóżku. Obecnie guru siedział na nim spokojnie, a uczniowie w półkolu u jego stóp. Gdy szybko wszedłem do pokoju, uśmiechnął się.

- Yoganando, odjeżdżasz teraz do Kalkuty? Proszę cię, wróć tu jutro. Mam do omówienia kilka spraw.

Następnego dnia po południu, wypowiadając kilka słów błogosławieństwa, Sri Jukteswar obdarzył mnie wyższym tytułem zakonnym: Paramahansa. (Dosłownie: param, najwyższy, hansa - łabędź . W pismach świętych łabędź przedstawia symbol poznania prawdy i jest środkiem lokomocji Brahmy czyli uosobionego Stwórcy).

- Formalnie zastępuje on obecnie twój poprzedni tytuł "swamiego"- rzekł do mnie, gdy uklęknąłem przed nim. Z milczącym uśmiechem pomyślałem sobie, jaki to kłopot będą mieć moi amery-

351

kańscy uczniowie z wymawianiem Paramahansadżi. (Unikali oni tej trudności, tytułując mnie: Sir).



- Moje zadanie na ziemi jest już skończone; dalej ty musisz je prowadzić. - Mistrz mówił to spokojnie, oczy jego były zamyślone i łagodne. Serce moje zadrżało ze strachu.

- Proszę cię, poślij kogoś, kto by objął zarząd naszej aszramy w Puri - mówił dalej Sri Jukteswar. - Przekazuję wszystko w twoje ręce. Potrafisz z powodzeniem prowadzić łódź swego życia, jak i życia organizacji ku boskim brzegom.

Ze łzami objąłem jego stopy; powstał i pobłogosławił mnie z czułością.

Nazajutrz wezwałem z Ranczi ucznia Swamiego Sebanandę i posłałem go do Puri w celu objęcia obowiązków w aszramie. Później guru omówił ze mną kwestie prawne związane z jego mieniem; pragnął zapobiec możliwości procesu ze strony krewnych po swej śmierci, procesu o obie pustelnie i inne prawa własności, które życzył sobie przekazać wyłącznie na cele dobroczynne.

- Niedawno poczyniono przygotowania do podróży Mistrza do Kidderpore, ale Mistrz z niej zrezygnował - powiedział mi to raz brat uczeń, Amulaya Babu; wyczułem w tym chłodną falę ostrzeżenia. W odpowiedzi na moje nalegania Sri Jukteswar odrzekł - Nie pojadę już nigdy do Kidderpore. - Na moment Mistrz zadrżał jak zziębnięte dziecko.

- Gurudżi - błagałem go szlochając - nie mów tego! Nie mów nigdy do mnie tych słów!

Twarz Sri Jukteswara odprężyła się w pełnym spokoju uśmiechu. Chociaż zbliżała się osiemdziesiąta pierwsza rocznica jego urodzin, wyglądał dobrze i krzepko.

Wygrzewając się dzień za dniem w słońcu miłości swego guru, miłości bez słów, niemniej żywo odczuwanej, nie dopuszczałem do swej świadomości różnych jego aluzji o zbliżającym się momencie jego odejścia.

- Panie, w tym miesiącu odbędzie się w Allahabadzie Kumbha Mela. - Wskazałem Mistrzowi datę mdi 12° w bengalskim kalendarzu.

- Czy naprawdę chcesz się tam udać?

Nie odczuwawszy niechęci Sri Jukteswara do mego zamiaru wyjazdu, mówiłem dalej: - Kiedyś w Allahabadzie w czasie Kumbha Meli miałeś szczęście spotkać Babadżi. Może tym razem ja będę mógł go zobaczyć?

- Nie sądzę, abyś go tam spotkał. - Potem guru zapad w milczenie, nie chcąc zakłócać mych planów.

352

Gdy następnego dnia wyjeżdżałem z małą grupą do Allahabadu, Mistrz pobłogosławił mnie w zwykły swój sposób. Widocznie pozostałem głuchy na wymowę postawy Sri Jukteswara, ponieważ Pan chciał mi oszczędzić sytuacji, w której byłbym zmuszony patrzeć bezsilnie na odejście mego guru. W życiu mym zawsze tak się składało, że w czasie śmierci najukochańszych dla mnie osób Bóg miłosiernie trzymał mnie z dala od nich. (Nie byłem obecny przy śmierci mej matki, starszego brata Ananty, najstarszej siostry Romy, Mistrza, ojca, czy kilku najbliższych uczniów. Ojciec zmarł w Kalkucie w 1942 r., mając 81 lat).



Grupa nasza przybyła na Kumbha Melę 23 stycznia 1936 r. Widok falującego tłumu blisko dwu milionów osób wywarł na nas ogromne wrażenie, był wręcz przytłaczający. Szczególną cechą psychiki hinduskiego ludu jest wrodzona najskromniejszemu nawet wieśniakowi cześć dla wartości duchowych oraz szacunek dla mnichów i sadhu, którzy wyrzekli się związku ze światem, aby szukać boskiej przystani. Znajdują się, rzecz prosta, także oszuści i obłudnicy, ale Hindusi oddają wszystkim na równi cześć ze względu na tych nielicznych, którzy obdarzają cały kraj nadprzyrodzonym błogosławieństwem. Ludzie Zachodu, którzy oglądają to wielkie widowisko, mają wyjątkową sposobność odczucia tętna życia tego kraju, odczucia duchowego zapału, któremu India zawdzięcza niewyczerpaną pomimo ciosów czasu żywotność.

Pierwszy dzień spędziliśmy na zwykłym gapieniu się. Widzieliśmy niezliczone ilości osób kąpiących się, zanurzających się w świętej rzece w celu obmycia się z grzechów; gdzie indziej oglądaliśmy uroczyste obrzędy; w innym miejscu rzucano nabożne ofiary przed zakurzone stopy świętych; wystarczyło odwrócić głowę, aby tuż obok ujrzeć szereg słoni przystrojonych czaprakami i powolnie kroczących radż-putariskich wielbłądów idących gęsiego lub niezwykłą paradę nagich sadhu, machających berłami ze złota i srebra, chorągwiami z jedwabnego aksamitu.

Pustelnicy, noszący tylko opaski biodrowe, siedzieli spokojnie w małych grupkach; ciała ich posmarowane były popiołem chroniącym ich od gorąca i chłodu. Na czołach ich widniało duchowe oko, ^znaczone barwną kropką z pomocą sandałowej pasty. Tysiącami zjawili się swami z wygoloną głową, w szatach ochrowej barwy, niosąc bambusową laskę i żebraczą miseczkę. Gdy przechodzili lub prowadzili z uczniami filozoficzne dyskusje, twarze ich promieniały spokojem przeczenia.

353


Tu i tam pod drzewami, dokoła ogromnych stosów płonących kłód, znajdowali się malowniczy sadhu, z włosami splecionymi w warkocze ujęte w zwoje na szczycie głowy. Niektórzy z nich mieli brodę na kilka stóp długą, kędzierzawą lub związaną w węzeł. Medytowali oni spokojnie lub wyciągali dłonie błogosławiąc przechodzący tłum żebraków, maharadżów na słoniach, kobiety w wielobarwnych sari z dźwięczącymi na rękach lub stopach bransoletami, fakirów z cienkimi, trzymanymi groteskowo stale do góry ramionami - brah-maczarich niosących podpórki do medytacji, i skromnych mędrców, za których uroczystą postawą kryła się wewnętrzna szczęśliwość. Wysoko ponad wrzawą słychać było nieustanny głos dzwonów wzywających do świątyni.

W drugim dniu pobytu na meli towarzysze moi wstępowali razem ze mną do różnych aszram i tymczasowych chatek, składając pronamy świętym osobom w ofierze. Otrzymaliśmy błogosławieństwo zwierzchnika odgałęzienia Giri Zakonu Swamich - szczupłego, ascetycznego mnicha, o pogodnych ognistych oczach. Następna nasza wizyta przypadła w pustelni, której guru od dziewięciu lat przestrzegał ślubu milczenia i wyłącznie owocowej diety. Na centralnym podium w sali aszramy siedział ślepy sadhu, Pragla Czakszu, posiadający głęboką znajomość szastr i wysoce szanowany przez wszystkie sekty.

Miałem tam krótkie przemówienie o Wedancie w języku hindi, po czym nasza grupa opuściła pełną pokoju pustelnię, aby z kolei pozdrowić znajdującego się w pobliżu Swamiego Krisznanandę, zgrabnego mnicha o różowych policzkach i potężnych ramionach. Blisko niego spoczywała oswojona lwica. Poddając się duchowemu urokowi mnicha - jestem pewny, że nie jego sile fizycznej! - zwierzę to, wyrosłe w dżungli, odmawia jedzenia mięsa, a woli ryż i mleko. Swami nauczył płowe zwierzę wypowiadać "Aum" głębokim, przeciągłym pomrukiem; pobożny kot!

Następne nasze spotkanie i rozmowę z wykształconym młodym sadhu opisuje Mr. Wright w swym błyskotliwym dzienniku podróży.

Jechaliśmy fordem ponad bardzo powolnym Gangesem po skrzypiącym moście pontonowym, pełzając jak wąż poprzez tłumy i przez wąskie kręte uliczki, mijając na brzegu rzeki wskazane mi przez Yoganandę miejsce, w którym Sri Jukteswar spotkał się z Babadżi. Wyskoczywszy chwilę później z wozu, przeszliśmy pieszo kawałek drogi wśród gęstego dymu ognisk palonych przez licznych sadhu; idąc po zabrudzonych piaskach dotarliśmy do grupy małych, bardzo skromnych chatek zbudowanych ze słomy i mułu. Zatrzymaliśmy się

354


przed jednym z tych byle jakich chwilowych mieszkań z małym, nie mającym drzwi wejściem; w chatce tej miał schronienie Kara Patri, młody wędrowny sadhu wyróżniający się wyjątkową inteligencją. Siedział on wewnątrz ze skrzyżowanymi nogami na stosie słomy, okryty zarzuconą na ramiona ochrową szatą - jedyną własnością.

Gdy na czworakach weszliśmy do chatki i oddaliśmy pronam u stóp tej oświeconej duszy, uśmiechnęła się do nas prawdziwa boska twarz; lampa naftowa niesamowicie migotała, rzucając tańczące cienie na ściany ze słomy. Twarz, a zwłaszcza oczy i doskonałe zęby gospodarza chatki błyszczały i skrzyły się. Byłem zakłopotany z powodu nieznajomości języka hindi, którym on mówił, jednakże treść jego słów była bardzo wyraźna; był on pełen entuzjazmu, miłości i duchowej mocy. Nikt nie mógł mieć wątpliwości co do jego wielkości.

Wyobraźcie sobie człowieka nie przywiązanego do materialnego świata, wolnego od problemu ubierania się, wolnego od pragnienia pożywienia, człowieka, który nigdy nie żebrze, który co drugi dzień nie dotyka gotowanego pożywienia, nigdy nie nosi miseczki żebraczej, nigdy nie operuje pieniędzmi, nigdy nie gromadzi niczego, lecz zawsze polega ufnie na Bogu. Wyobraźcie sobie człowieka wolnego od troski o środki lokomocji, bo nigdy nie jeździ żadnym pojazdem, lecz zawsze chodzi brzegami świętych rzek; człowieka, który nigdzie nie zatrzymuje się dłużej niż tydzień, aby uniknąć przywiązania do danego miejsca.

Cóż to za skromna dusza! Choć człowiek niezwykle wykształcony w zakresie Wed, posiadający stopień magistra i tytuł szastril (magister pism świętych) uzyskany na Uniwersytecie w Benares! Gdy siedziałem u jego stóp, przeniknęło mnie podniosłe uczucie, które zdawało się być odpowiedzią na moje pragnienie ujrzenia prawdziwych starożytnych Indii, gdyż jest on prawdziwym przedstawicielem tego kraju duchowych olbrzymów.

Zapytałem Kara Patriego o jego wędrowne życie. - Czy nie macie osobnej szaty za zimę?

- Nie, ta wystarcza.

- Czy nosicie z sobą jakąś książkę?

- Nie, ludzi, którzy chcą mnie słuchać, nauczam z pamięci.

- Co jeszcze czynicie?

- Wędruję nad Gangesem.

Usłyszawszy te jego słowa, zapragnąłem gorąco prostoty jego życia. Pomyślałem o Ameryce i o wszystkich obowiązkach, które ciążą na mych ramionach.

355


- Nie, Yoganando! - pomyślałem sobie za chwilę ze smutkiem - nie dla ciebie w tym życiu wędrowanie nad Gangesem.

Gdy sadhu opowiedział mi o kilku ze swych duchowych osiągnięć, zadałem mu nagłe pytanie.

- Czy opis ten daje mi pan na podstawie nauki pism świętych, czy też na podstawie własnego doświadczenia?

- W połowie opieram się na naukach pism świętych - odparł z prostodusznym uśmiechem - a w połowie na swym doświadczeniu.

Przez chwilę siedzieliśmy szczęśliwi w milczeniu medytacji. Po opuszczeniu jego świętej obecności powiedziałem do Mr. Wrighta:

- Siedzi on jak król na tronie ze złotej słomy.

W ów wieczór spożyliśmy kolację pod gwiazdami, jedząc z talerzy-liści spiętych prętami. Mycie naczynia zredukowano w Indiach do minimum!

Jeszcze dwa dni zachwycającej Kumbhy, a potem pojechaliśmy na północny zachód, wzdłuż brzegów Dżammy do Agry. Jeszcze raz oglądałem Tadż Mahal, w pamięci mej stał obok mnie Dżitendra, pełen czci dla tego uwiecznionego w marmurze marzenia. Potem udaliśmy się do Brindabanu do aszramu Swamiego Kaszabanandy.

Odszukałem Kaszabanandę ze względu na obecną książkę. Nigdy nie zapomniałem prośby Sri Jukteswara, aby opisać życie Lahiri Mahasayi. Podczas pobytu w Indii korzystałem z każdej sposobności do zetknięcia się z najbliższymi uczniami i krewnymi Jogawatara. Notując rozmowy z nimi w pojemnych notatnikach, sprawdzałem fakty i daty oraz zbierałem fotografie, stare listy i dokumenty. Moja teczka z napisem "Lahiri Mahasaya" zaczęła pęcznieć, zrozumiałem z konsternacją, że czeka mnie uciążliwa praca autora. Modliłem się, abym mógł sprostać swej roli biografa wielkiego guru. Kilku z jego uczniów obawiało się, że w pisanym opowiadaniu mistrz ich może ulec pomniejszeniu lub zniekształceniu.



Dostları ilə paylaş:
1   ...   27   28   29   30   31   32   33   34   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə