Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə32/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   ...   28   29   30   31   32   33   34   35   ...   42

"Niepodobna przy pomocy zimnych słów odtworzyć życia boskiej inkarnacji", powiedział kiedyś do mnie Panczanon Battaczaria.

Podobnie inni uczniowie zadowalali się przechowywaniem Jogawatara ukrytego w swych sercach jako nieśmiertelnego nauczyciela. Niemniej pomny przepowiedni Lahiri Mahasayi o jego biografii, nie szczędziłem wysiłków w celu zebrania i sprawdzenia faktów jego zewnętrznego życia.

Swami Kaszabananda powitał nas gorąco w Brindabanie, w swej aszramie Katajani Peis, mieszczącej się w imponującym budynku z cegły z masywnymi filarami, ozdobionym dużym portretem Lahiri Mahasayi. Swami zbliżał się już do dziewięćdziesiątki, lecz muskularne jego ciało promieniowało siłą i zdrowiem. Z długimi włosami i śnieżnobiałą brodą, z oczami, w których błyszczała radość i szczęście, był

356

prawdziwie wcielonym patriarchą. Powiedziałem mu, że pragnę wspomnieć jego imię w swej książce o mistrzach Indii.



- Proszę opowiedzieć mi o swym dawniejszym życiu. - Uśmiechałem się prosząco: wielcy jogini często bywają nierozmowni. Kaszabananda wyraził gestem swą pokorę.

- Mało jest w mym życiu zewnętrznych faktów. W praktyce całe swe życie spędziłem w himalajskich samotniach, wędrując pieszo od jednej spokojnej jaskini do drugiej. Przez pewien czas utrzymywałem pod Harwarem małą aszramę, otoczoną zewsząd gajem wysmukłych drzew. Było to miejsce spokojne, rzadko odwiedzane przez podróżnych z powodu wszędzie obecnych kobr.

Kaszabananda uśmiechnął się. - Potem wylew Gangesu zmył na równi pustelnię i kobry. Uczniowie moi pomogli mi wtedy zbudować tę aszramę w Brindabanie.

Ktoś z naszego grona zapytał Swamiego, w jaki sposób zabezpieczał się przed himalajskimi tygrysami. (Istnieje, jak się zdaje, wiele metod wyprowadzania tygrysa w pole. Pewien australijski badacz, Francis Bitles, opowiada, że przekonał się, iż hinduskie dżungle są "urozmaicone, piękne i bezpieczne". Tajemnicę jego bezpieczeństwa stanowił lep na muchy. "Każdego wieczoru rozmieszczałem dokoła swego obozu pewną ilość arkuszy i nigdy nie byłem niepokojony, wyjaśnia. Przyczyna jest psychologiczna. Tygrys jest zwierzęciem mającym wielkie poczucie godności. Poluje on i wyzywa człowieka aż do momentu natknięcia się na papier, wtedy ukradkiem zmyka. Żaden tygrys nie ośmieli się stawić czoło człowiekowi po przycupnięciu na lepkim papierze na muchy".)

Kaszabananda potrząsnął głową. - Na tych wysokościach dzikie zwierzęta rzadko dokuczają joginom. Raz jeden spotkałem się w dżungli oko w oko z tygrysem. Nagły mój okrzyk unieruchomił zwierzę, jakby zamienił je w kamień. - Swami roześmiał się na to wspomnienie.

- Pewnego razu opuściłem swe samotne ustronie, aby odwiedzić mego guru w Benaresie. Zwykł on był żartować z powodu mych nieustannych wędrówek po himalajskich pustkowiach.

- Masz na stopach znamiona żądzy wędrowania - powiedział mi pewnego razu. - Cieszę się, że święte Himalaje są dla ciebie dostatecznie obszerne.

- Wiele razy - mówił dalej Kaszabananda - zarówno przed swym odejściem, jak i potem Lahiri Mahasaya pojawiał się przede mną w swym ciele. Dla niego żadna himalajska wysokość nie jest niedostępna.

W dwie godziny później Kaszabananda poprowadził nas do Jadalni. Westchnąłem z trwogi. Jeszcze jeden obiad z piętnastu

357


dań! Po niecałym roku hinduskiej gościnności przybrałem na wadze piętnaście funtów! Uważano by jednak za szczyt nieokrzesania gdybym odmówił spożycia jakiegoś starannie przygotowanego dania na którymś z niezliczonych na moją cześć bankietów. W Indiach (niestety, nigdzie indziej!) widok swamiego o pokaźnej tuszy uchodzi za przyjemny.

Po obiedzie Kaszabananda poprosił mnie do osobnego pokoju.

- Spodziewałem się twego przybycia - rzekł. - Mam dla ciebie pewną wiadomość.

Zdziwiły mnie te słowa; nikt nie wiedział o mym zamiarze odwiedzenia Kaszabanandy.

- Kiedy w ubiegłym roku włóczyłem się w północnych Himalajach w pobliżu Bandrinarajanu - opowiadał dalej swami - zabłądziłem. Znalazłem schronienie w obszernej jaskini, która była pusta, chociaż tlił się ogień we wnęce kamiennej podłogi. Zastanawiając się do kogo należy to samotne ustronie, usiadłem w pobliżu ognia i wpatrywałem się w oświetlone słońcem wejście do jaskini.

- Kaszabanando, cieszę się, że tu jesteś. - Słowa te zabrzmiały poza mną. Zdziwiony obejrzałem się i ze zdumieniem ujrzałem Babadżi! Wielki guru zmaterializował się w głębi jaskini. Niezmiernie uradowany, że widzę go ponownie po wielu latach, padłem na twarz u jego świętych stóp.

- Zawołałem cię tutaj - mówił dalej Babadżi. - Dlatego zgubiłeś drogę, a zostałeś sprowadzony do chwilowego mego mieszkania w tej jaskini. Upłynęło dużo czasu od naszego ostatniego spotkania, miło mi powitać cię jeszcze raz.

Nieśmiertelny guru pobłogosławił mnie, udzielając mi kilka słów duchowej pomocy, a potem dodał: - Podam ci wiadomość dla Yoganandy. Po swym powrocie do Indii odwiedzi cię. Wiele spraw związanych z jego guru i z żyjącymi jeszcze uczniami Lahiri Mahasayi da Yoganandzie dużo zajęcia. Powiedz mu zatem, że nie zobaczę się z nim tym razem, jak on tego gorąco pragnie; zobaczę się z nim przy innej sposobności.

Głęboko poruszyła mnie obietnica Babadżi, otrzymana z ust Kaszabanandy. Znikła z mego serca odczuwana przykrość, nie smuciłem się już, że - jak to zresztą oznajmił mi Sri Jukteswar - Babadżi nie zjawi się na Kumbha Meli.

Po spędzeniu jednej nocy w gościnnej aszramie grupa nasza wyjechała następnego dnia wieczorem do Kalkuty. Jadąc przez most na Dżammie oglądaliśmy z przyjemnością wspaniały widok Brin-

iabanu w momencie, gdy słońce podpaliło niebiosa; widzieliśmy orawdziwy kocioł wulkanu o wspaniałych barwach, odbity w cichych yodach rzeki.

Brzegi Dżammy opromienione są wspomnieniami dzieciństwa

Sri Kriszny. Tutaj z niewinną słodyczą prowadził on swe lilas

(gry) z popis (dziewczętami), dając wyraz najwyższej miłości, jaka

awsze istnieje pomiędzy wcielonym Bogiem a oddającymi mu cześć

[ludźmi. Wielu zachodnich komentatorów błędnie interpretowało życie

Pana Kriszny. Alegoria pisma świętego wprowadza w zakłopotanie

jmysły, które trzymają się litery pisma. Ilustruje to zabawna pomył-

jednego z tłumaczy. Wiąże się ona z opowiadaniem o natchnionym średniowiecznym świętym, szewcu Rawidasie, który w prostych słowach swego fachu opiewał duchową chwałę ukrytą w całej Iludzkości:

"Pod ogromnym sklepieniem błękitu

Żyje ubrane w skórę bóstwo".

Wypadałoby odwrócić się, aby ukryć śmiech, jaki budzi tłumaczenie zachodniego pisarza tego wiersza Rawidasa:

"Potem zbudował on chatkę, ustawił w niej posążek zrobiony ze skóry i zaczął się do niego modlić".

Rawidas był bratem-uczniem wielkiego Kabira. Jednym z wyróż-liających się uczniów Rawidasa była pani Czitoru. Zaprosiła ona raz wielką ilość braminów na ucztę ku czci swego nauczyciela, oni jednak jdmówili jedzenia wspólnie ze skromnym szewcem. Gdy bramini asiedli w dostojnej odległości, aby spożywać swój niepokalany niczym sosiłek, każdy z nich znalazł u swego boku postać Rawidasa. Ta lasowa wizja spowodowała w Czitorze głębokie duchowe odrodzenie.

Po kilku dniach grupa nasza dotarła do Kalkuty. Pragnąłem gorąco ujrzeć Sri Jukteswara, toteż odczułem duży zawód, gdy słyszałem, że wyjechał z Serampore i obecnie znajduje się w Puri około trzysta mil na południe.

"Przybywaj natychmiast do aszramy w Puri". Telegram ten został

vysłany 8-mego marca przez jednego z braci uczniów do Atul

-zandra Roy Czoudry'ego, jednego z uczniów mistrza w Kalkucie.

Wiadomość ta dotarła do moich uszu; boleśnie zaniepokojony padłem

aa kolana i błagałem Boga o oszczędzenie życia mego guru. Gdy

liałem wyjść z domu mego ojca i udać się na dworzec, odezwał się we

mię głos Boży:

"Nie jedź dziś wieczór do Puri. Modlitwa twoja nie może być spełniona".

- Panie - rzekłem przejęty smutkiem - nie chcesz wdawać się w spór ze mną w Puri, gdzie zamierzasz odmówić moim nieustannym modłom o życie Mistrza. Czy zatem musi on odejść do wyższych zadań na Twe żądanie?

Posłuszny wewnętrznemu nakazowi nie wyjechałem tego wieczoru do Puri. Następnego dnia wieczorem wybrałem się na pociąg; po drodze o godzinie siódmej czarna chmura astralna pokryła nagle niebo (Sri Jukteswar opuścił swe ciało o tej godzinie: 7.00 wieczorem, dnia 9 marca 1936 r) - później, gdy już pociąg pędził z łoskotem do Puri, zjawił się przede mną Sri Jukteswar w wizji. Siedział z bardzo uroczystą twarzą, otoczony światłem.

- Czy już po wszystkim? - Podniosłem błagalnie ramiona.

Guru skinął powoli głową i znikł.

Gdy następnego dnia rano stanąłem w Puri na peronie, mając jeszcze nadzieję wbrew nadziei, jakiś nieznany człowiek podszedł do mnie.

- Czy słyszałeś, że twój Mistrz odszedł? - Człowiek ten oddalił się, nie mówiąc ani słowa więcej; nigdy nie dowiedziałem się, kto to był ani skąd wiedział, gdzie może mnie znaleźć.

Ogłuszony oparłem się o ścianę peronu, rozumiejąc, że guru w rozmaity sposób stara się przekazać mi katastrofalną wiadomość. Kipiąca buntem dusza moja przypominała wulkan. W chwili gdy dotarłem do pustelni w Puri, byłem bliski załamania. Głos wewnętrzny delikatnie powtarzał mi: "Opanuj się, bądź spokojny".

Wszedłem do pokoju aszramy, w którym ciało Mistrza, niepojęcie podobne do żywego, znajdowało się w siedzącej pozycji lotosowej, zaprawdę obraz zdrowia i piękna. Na krótko przed swym odejściem guru miał lekką gorączkę, lecz potem na dzień przed swym wstąpieniem w nieskończoność miał ciało całkowicie zdrowe. Bez względu na to, jak często spoglądałem na drogą jego postać, nie mogłem pojąć, że życie z niej uszło. Skóra ciała była biała i miękka; na twarzy gościł pełen szczęścia wyraz pokoju. Guru świadomie opuścił swe ciało w godzinie mistycznego wezwania.

- Lew Bengalu odszedł! - krzyknąłem w oszołomieniu.

W dniu 10 marca poprowadziłem uroczyste obrzędy. Sri Jukteswar został pochowany według starożytnego obrządku w ogrodzie aszramy w Puri. (Hinduskie zwyczaje pogrzebowe wymagają spalenia ciała w stosunku do ludzi świeckich; ciała swamich i mnichów nie są palone, lecz grzebane, czasem czyni się wyjątki. Uważa się, że ciała mnichów zostały symbolicznie spalone w ogniu mądrości podczas składania

ślubów zakonnych). - Nieco później przybyli uczniowie z daleka j bliska, aby w dniu zrównania dnia z nocą oddać cześć pamięci swego guru. Główny dziennik Kalkuty "Amrita Bazar Patrika" zamieścił fotografię guru i następujące wspomnienie:

"Dnia 21 marca odbyła się w Puri pośmiertna ceremonia Rhandara ku czci Srimat Swamiego Sri Jukteswara, zmarłego w wieku 81 lat. Na obrzędy przybyło do Puri wielu jego uczniów.

Swami Maharadż, należący do największych znawców Bhagawad Gity, był wielkim uczniem Jogiradża Sri Shyama Charan Lahiri Mahasayi z Benaresu. Swami Maharadż był założycielem Jogoda Sat-Sanga (Towarzystwa Urzeczywistnienia Jaźni), w Indii był źródłem wielkiego natchnienia dla ruchu jogi, który na Zachodzie szerzy jego główny uczeń, Swami Yogananda. Prorocze zdolności Sri Jukteswara i jego głębokie zrozumienie rzeczy pobudziły Swamiego Yoga-nandę do podróży za ocean i szerzenia w Ameryce posłannictwa Mistrzów Indii.

Kometarze jego do Bhagawad Gity i innych pism świętych świadczą o głębi zrozumienia przez Sri Jukteswara filozofii zarówno wschodniej, jak i zachodniej oraz otwierają oczy na jedność Wschodu i Zachodu. Ponieważ wierzył w jedność wszystkich wyznań religijnych, Sri Jukteswar Maharadż przy współudziale różnych sekt i wyznań założył Sadhu Sabha (związek świętych) w celu wpajania w umysły naukowego rozumienia religii. W testamencie swym mianował Swamiego Yoganandę swym następcą na stanowisku przewodniczącego Sadhu Sabha.

India poniosła poważną stratę wskutek zgonu tak wielkiego człowieka. Oby każdemu udało się zbliżyć ku niemu i wpoić w siebie prawdziwego ducha hinduskiej kultury i sadhany, które znalazły w nim swe ucieleśnienie".

Powróciłem do Kalkuty. Nie wierząc jeszcze w swe siły, bym mógł udać się do pełnej świętych wspomnień pustelni w Serampore, wezwałem do siebie Prafullę, małego ucznia Sri Jukteswara z Serampore.

- Tegoż poranku, w którym odjechaliście na melę do Allahabadu

- powiedział mi Prafulla - Mistrz oparł się ciężko na pulpicie.

- Yogananda odjechał - zawołał - Yogananda odjechał!

- Zagadkowo dodał: - Muszę mu to powiedzieć w jakiś inny sposób. - Siedział potem przez kilka godzin w milczeniu.

Dni moje biegły wypełnione wykładami, odczytami, wywiadami i spotkaniami ze starymi przyjaciółmi. Pod płytkim uśmiechem

i nieustanną aktywnością czarny strumień smutku mącił rzekę wewnętrznego szczęścia, która w ciągu wielu lat płynęła pod piaskami wszystkich mych doświadczeń.

- Gdzie jest ten boski mędrzec? - wołałem w milczeniu z głębi udręczonej duszy.

Nie było odpowiedzi.

"Stało się jak najlepiej. Mistrz dopełnił swego zjednoczenia z Kosmicznym Umiłowanym", upewniał mnie mój rozum. "Jaśnieje on wiecznie w królestwie nieśmiertelności".

"Nigdy go już nie zobaczysz w starym seramporskim domu", płakało moje serce. "Nigdy już nie będziesz mógł przyprowadzić do niego swych przyjaciół ani powiedzieć dumnie: Patrzcie, oto siedzi Awatar Indii"!

Mr. Wright czynił przygotowania do odjazdu naszej gromadki z początkiem czerwca z Bombaju na Zachód. Po dwóch tygodniach maja, wypełnionych pożegnalnymi biesiadami i przemówieniami w Kalkucie, Miss Bletsch, Mr. Wright i ja wyjechaliśmy fordem do Bombaju. Po przybyciu na miejsce dowództwo statku zażądało od nas zrzeczenia się biletów, gdyż nie można było znaleźć na statku miejsca dla naszego forda, który mógł nam być znów potrzebny w Europie.

- Nie szkodzi - powiedziałem posępnie do Mr. Wrighta. - Chcę jeszcze raz wrócić do Puri - w duszy zaś dodałem: "Niech moje łzy raz jeszcze obmyją grób mego guru".

ROZDZIAŁ 43 Zmartwychwstanie Sri Jukteswara

"Pan Kriszna"! Pełna chwały postać Awatara ukazała mi się w promienistym blasku, gdy siedziałem w swym pokoju w hotelu Regent w Bombaju. Niewysłowiona wizja, jaśniejąca ponad dach wysokiego budynku po drugiej stronie ulicy, rozbłysła nagle przed mym wzrokiem, gdy wyglądałem z szeroko otwartego okna na trzecim piętrze.

Bliska postać skinęła dłonią ku mnie, uśmiechając się i pochylając na powitanie głowę. Gdy nie mogłem zrozumieć dokładnie zlecenia Pana Kriszny, oddalił się On z gestem błogosławieństwa. W cudownym uniesieniu czułem zapowiedź jakiegoś duchowego zdarzenia.

Moja podróż na Zachód została na razie odłożona. Już miałem zaplanowanych kilka publicznych wystąpień w Bombaju przed powrotem do Bengalu.

Gdy po południu o godz. trzeciej, dnia 19 czerwca 1936 r., siedziałem na łóżku w hotelu w Bombaju - w tydzień po wizycie Szri Kriszny, zostałem nagle wyrwany ze swej medytacji niezwykłym światłem. Przed mymi otwartymi i zdumionymi oczami cały pokój przeobraził się w jakiś niezwykły świat, a światło słoneczne przeistoczyło się w nadzmysłową wspaniałość.

Porwała mnie fala zachwytu, gdy ujrzałem Sri Jukteswara w ciele z krwi i kości!

- Synu mój! - powiedział Mistrz tkliwie, z anielskim, czarującym uśmiechem.

Po raz pierwszy nie uklęknąłem na powitanie u jego stóp, lecz natychmiast rzuciłem się, by chciwie porwać go w ramiona. Chwila nad wszystkie chwile! Udrękę ubiegłych miesięcy uznałem za nic nie znaczącą zapłatę za spadające teraz na mnie potężnym potokiem szczęście.

- Mistrzu mój, ukochany mego serca, dlaczego mnie opuściłeś? - W nadmiarze radości mówiłem bez związku. - Dlaczego pozwoliłeś mi odejść na Kumbha Melęl Jakże gorzkie robiłem sobie wyrzuty, że cię opuściłem!

363

- Nie chciałem ci zakłócać radosnych nadziei związanych z zobaczeniem miejsca, gdzie po raz pierwszy spotkałem Babadżi. Opuściłem cię tylko na krótko, czyż nie jestem znów z tobą?



- Czy to jednak ty jesteś, Mistrzu, ten sam Lew Boży? Czy masz takie samo ciało jak pogrzebane pod bezlitosnym piaskiem w Puri?

- Tak, moje dziecko, jestem ten sam. To ciało jest z krwi i kości. Chociaż mnie samemu przedstawia się jako eteryczne, to dla twego wzroku jest fizyczne. Z atomów kosmicznych stworzyłem całkiem nowe ciało, z kosmicznego marzenia, które złożyłeś w Puri w piaskach ze snu, w swym świecie snu. Naprawdę zmartwychwstałem nie na Ziemi, lecz na astralnej planecie. Mieszkańcy jej potrafią lepiej niż mieszkańcy Ziemi czynić zadość wymaganiom. Pewnego dnia ty i ukochani przez ciebie przybędziecie tam, aby być razem ze mną.

- Nieśmiertelny guru, powiedz mi więcej! Mistrz uśmiechnął się wesoło. - Proszę cię, kochany - rzekł - czy nie zechcesz zwolnić nieco swego uścisku?

- Tylko trochę - obejmowałem go chwytem ośmiornicy. Mogłem zauważyć ten sam co dawniej, słaby, miły i naturalny zapach, charakterystyczny dla jego ciała. Wspominam wrażenie, jakiego doznałem, dotykając jego boskiego ciała, jeszcze dziś trwa w mych ramionach i dłoniach, ilekroć przypomnę sobie te wspaniałe godziny.

- Podobnie jak posyła się na Ziemię proroków, aby pomagali ludziom wypełniać ich fizyczną karmę, tak i ja zostałem skierowany przez Boga, abym służył ludziom na astralnej planecie - wyjaśniał mi Sri Jukteswar. - Nazywa się ona "Hiranialoka", czyli oświecona planeta astralna! Pomagam tam zaawansowanym w uwalnianiu się od karmy astralnej, a tym samym w osiągnięciu wyzwolenia od ponownych urodzin; każdy z nich w ostatniej swej ziemskiej inkarnacji zdobył w drodze medytacji zdolność świadomego opuszczenia swego fizycznego ciała w chwili śmierci. Nikt nie może się dostać do "Hiranialoki", jeśli na Ziemi nie przekroczy stanu sabikalpa samadhi i nie sięgnie do wyższego stanu nirbikalpa samadhi. (W stanie sabikalpa samadhi człowiek pobożny dochodzi na drodze postępu duchowego do stanu wewnętrznego boskiego zjednoczenia, jednakże swej kosmicznej świadomości nie potrafi utrzymać inaczej, jak tylko w stanie transu. Z pomocą ciągłej medytacji osiąga on wyższy stan nirbikalpa samadhi, w którym może swobodnie poruszać się po świecie i wykonywać swe zewnętrzne obowiązki nie tracąc urzeczywistnienia Boga w sobie).

Mieszkańcy "Hiranialoki" przeszli już przez zwykłe sfery świata astralnego, dokąd po śmierci muszą iść z Ziemi prawie wszystkie istoty

364

ludzkie; zlikwidowali oni tam wiele nasion swych dawnych działań w astralnych światach. Tylko daleko posunięte w rozwoju istoty potrafią skutecznie dokonać dzieła odkupienia pracy w astralnym świecie. Potem, w celu pełniejszego wyzwolenia swych dusz z kokonu karmicznych śladów znajdujących się w ich ciałach astralnych, zawsze te istoty zostają skierowane przez prawo karmy do narodzenia się w nowym ciele astralnym w "Hiranialoce", na słońcu astralnym lub w niebie, gdzie zmartwychwstałem, aby im pomagać. W "Hiranialoce" znajdują się także wysoko rozwinięte istoty, które przybyły z wyższego i subtelniejszego świata przyczynowego.



Umysł mój był teraz tak doskonale zharmonizowany z umysłem mego guru, że mógł mi on przekazywać swe słowa-obrazy częściowo w słowach, a częściowo bezpośrednio w formie myśli. W ten sposób odbierałem je jako skondensowane pojęcia.

- Czytałeś w pismach świętych - mówił Mistrz dalej - że Bóg zamknął człowieka w trzech kolejnych ciałach: pojęciowym ciele, zwanym też przyczynowym, subtelnym ciele astralnym; będącym siedzibą myślowej i emocjonalnej natury człowieka, oraz ciężkim ciele fizycznym. Na ziemi człowiek wyposażony jest w zmysły fizyczne. Istota astralna działa z pomocą swej świadomości i uczuć oraz ciała zbudowanego z żywotronów (prany).121 Istota okryta ciałem przyczynowym pozostaje w szczęśliwym świecie idei. Moja praca dotyczy tych istot astralnych, które przygotowują się do wejścia w świat przyczynowy.

- Mistrzu godny uwielbienia, proszę mi powiedzieć coś więcej o świecie astralnym. - Chociaż rozluźniłem lekko swój uścisk na prośbę Sri Jukteswara, obejmowałem go nadal ramionami. Obejmowałem swój skarb nad skarby, mego guru szydzącego ze śmierci, aby do mnie dotrzeć!

- Istnieje wiele planet astralnych, na których pełno jest astralnych istot - rozpoczął Mistrz. - Aby podróżować z jednej planety na drugą, mieszkańcy ich posługują się astralnymi środkami, to jest masami światła i poruszają się prędzej niż elektryczność i radioaktywne energie.

Świat astralny, zbudowany z rozmaitych subtelnych drgań światła 1 barw, jest setki razy większy aniżeli materialny kosmos. Cały świat fizycznego stworzenia podobny jest do małego mocnego kosza wiszą-cego pod ogromnym świetlistym balonem astralnej sfery. Podobnie Jak wiele fizycznych słońc i gwiazd wędruje w przestrzeni, tak istnieją też niezliczone astralne układy słoneczne i gwiezdne. Planety ich mają

365


astralne słońce i księżyce o wiele piękniejsze niż fizyczne. Astralne ciała niebieskie przypominają zorze polarne, a astralna zorza słoneczna olśniewa bardziej aniżeli zorza księżycowa o łagodnych promieniach. Astralny dzień i noc są dłuższe aniżeli dzień i noc na Ziemi.

Świat astralny jest niezmiernie piękny, czysty, jasny i pełen ładu. Nie ma w nim martwych planet ani nieurodzajnych krajów. Nie ma też plag ziemskich - chwastów, bakterii, owadów i wężów. Inaczej niż na Ziemi, gdzie istnieją różne klimaty i pory roku, na planetach astralnych panuje równa temperatura wieczystej wiosny, a tylko czasem pada świetlisty biały śnieg i deszcz różnobarwnych świateł. Planety astralne obfitują w opałowe jeziora, jasne morza i tęczowe rzeki.

Zwykły świat astralny "Hiranialoki" zaludniony jest milionami istot astralnych, które wcześniej lub później przybyły z Ziemi, jak również niezliczoną ilością wróżek, syren, ryb, zwierząt, chochlików, gnomów, półbogów i duchów, przebywających na różnych astralnych planetach, zależnie od swych karmicznych właściwości. Istnieją rozmaite sfery rezydencji, czyli wibracyjne dziedziny dla dobrych i złych duchów. Duchy dobre mogą swobodnie podróżować, złe natomiast są uwięzione w ograniczonych strefach. W ten sam sposób jak istoty ludzkie żyją na powierzchni ziemi, robaki wewnątrz gleby, ryby w wodzie, a ptaki w powietrzu, istoty astralne o rozmaitym stopniu rozwoju mają wyznaczone odpowiednie wibracyjne strefy.

Wśród upadłych ciemnych aniołów, wypędzonych z innych światów, panują tarcia i wojny przy pomocy astralnych pocisków lub myślowych - wzbudzonych "mantrami" 122 wibracyjnych promieni. Istoty te mieszkają w przepojonych mrokiem i posępnością dziedzinach niższego świata astralnego, wyczerpując swą złą karmę.

W ogromnych przestrzeniach ponad ciemnym astralnym więzieniem wszystko jest promienne i piękne. Z natury swej świat astralny jest bardziej niż Ziemia zharmonizowany z Boską wolą i planem doskonałości. Każdy przedmiot astralny powstaje dzięki woli Boga, a częściowo przez akt woli astralnych istot. Istoty te posiadają zdolność zmieniania lub uwydatniania piękna i kształtu wszystkiego oraz przywilej modyfikowania i udoskonalania według ich woli astralnego świata. Na Ziemi ciało stałe można przeobrazić w płynne lub w inną postać tylko z pomocą naturalnych lub chemicznych procesów, natomiast stałe ciała astralne można zmieniać w astralne płyny, gazy lub w energię momentalnie przez sam akt woli mieszkańców tego świata.

366


- Ziemia jest areną wojen i morderstw na morzu, lądzie i w powietrzu - mówił dalej mój guru - natomiast w świecie astralnym panuje szczęśliwa harmonia i równowaga. Istoty astralne zależnie od swej woli dematerializują lub materializują swą postać. Kwiaty, ryby lub zwierzęta mogą chwilowo przeobrażać się w astralnych ludzi. Każda istota astralna może swobodnie przybierać każdą postać i porozumiewać się z łatwością z innymi. Nie ogranicza ich pod tym względem żadne określone i niezmienne prawo natury; od każdego astralnego drzewa można z powodzeniem zażądać, aby wydało z siebie na przykład mango lub inny pożądany owoc, kwiat, a nawet jakikolwiek inny przedmiot. Istnieją wprawdzie pewne karmiczne ograniczenia, nie ma ich jednak w świecie astralnym w zakresie pożądania różnych form. Wszystko wibruje twórczym światłem Boga.

Nikt nie rodzi się z kobiety; istoty astralne materializują swe potomstwo z pomocą swej woli kosmicznej w specjalnie kopiowanych astralnie skondensowanych formach. Istoty, które niedawno utraciły fizyczne ciało, przybywają do rodzin astralnych na ich zaproszenie, przyciągane przez podobne umysłowe i duchowe skłonności.



Dostları ilə paylaş:
1   ...   28   29   30   31   32   33   34   35   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə