Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə7/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   42

W tym czasie każdego dnia popołudniu udawałem się na ulicę Amherst. Szukałem boskiej czary Mistrza Mahasayi, tak pełnej, że moja istota codziennie czerpała z jej nadmiaru. Nigdy przedtem nie pochylałem się przed nikim w tak wielkiej czci; teraz uważałem za niezmierzony przywilej nawet sam fakt chodzenia po tej samej ziemi, którą Mistrz Mahasaya swymi stopami uświęcał.

- Proszę, panie, przyjmij ten wieniec z kwiatów czampaku, który specjalnie dla ciebie uwiłem. - Pewnego wieczoru przyniosłem girlandę z kwiatów. On jednak płochliwie uchylił się, odmawiając przyjęcia tego wyrazu czci. Widząc, że sprawia mi tym przykrość, w końcu zgodził się z uśmiechem.

- Ponieważ obaj oddajemy cześć Matce, możesz włożyć wieniec °a tę cielesną świątynię, ofiarując go Jej, bo przebywa wewnątrz.

W jego szerokiej naturze nie było miejsca na cokolwiek, co byłoby egoistyczne.

- Pójdziemy jutro do świątyni Dakszineswar, którą na zawsze uświęcił mój guru. - Mistrz Mahasaya był uczniem mistrza Sri ramakriszny Paramahansy, podobnego do Chrystusa.

Następnego dnia odbyliśmy łodzią po Gangesie czteromilową Podróż.

Weszliśmy do świątyni Kali, budowli o dziewięciu kopułach, gdzie posągi Boskiej Matki i Siwy spoczywają na wypolerowanym srebrnym

osie, mającym tysiąc drobiazgowo wyrzeźbionych płatków . Mistrz ahasaya uśmiechnął się promiennie w zachwyceniu. Pochłonięty był bez reszty swą niewyczerpaną miłością do ukochanej Matki. Gdy

75

śpiewał jej imię, zdawało się, że moje zachwycone serce rozpadnie się na tysiąc części.



Przechadzaliśmy się później w obrębie zabudowań świątyni; zatrzymaliśmy się w gaju tamaryszku. Manna, wydzielana przez to drzewo, była zaiste symbolem niebieskiego pokarmu, którym obdarzy} mnie Mistrz Mahasaya. W dalszym ciągu śpiewał inkantacje. Siedziałem bez ruchu na trawie wśród różowych pierzastych kwiatów tamaryszku. Zapomniawszy o ciele fizycznym uniosłem się w nad-zmysłowe dziedziny.

Była to pierwsza z wielu pielgrzymek, jakie odbyłem do Dakszines-war razem ze świętym nauczycielem. Od niego nauczyłem się słodyczy Boga w aspekcie Matki, czyli Boskiego miłosierdzia. Podobny do dziecka święty mało był wrażliwy na aspekt ojcowski Boga, czyli na aspekt Sprawiedliwości Bożej. Surowy, wymagający, matematyczny sąd obcy był jego naturze.

Można go uważać za ziemski pierwowzór samych aniołów niebieskich! - pomyślałem pewnego dnia, kiedy obserwowałem go podczas modlitwy. Bez cienia sądu czy krytyki patrzył na świat oczyma, które od dawna znały pierwotną czystość. Ciało jego, umysł, mowa i postępowanie harmonizowały bez trudu z prostotą jego duszy.

- Mój Mistrz tak mi powiedział.

Tym hołdem kończył święty niezmiennie każdą swą mądrą radę, uchylając się od cienia osobistej pretensji. Jego utożsamienie się z Sri Ramakriszną było tak głębokie, że Mistrz Mahasaya uważał jego myśli za własne.

Pewnego wieczoru chodziłem ze świętym, ręka w rękę, po tarasie jego szkoły. Radość moja została zamroczona pojawieniem się pewnego zarozumiałego znajomego, który nudził nas długą rozmową.

- Widzę, że ten człowiek nie podoba ci się. - Szept świętego pozostał niezauważony przez egoistę zajętego swym monologiem. - Rozmawiałem o tym z Boską Matką; rozumie ona nasze położenie. Przyrzekła mi, że gdy tylko dojdziemy do tamtego czerwonego domu, przypomni mu o innych bardzo ważnych sprawach.

Oczy moje przylgnęły do tej ostoi zbawienia. Gdy dotarliśmy do zbawczej ostoi czerwonej bramy, człowiek ów nieoczekiwanie si? odwrócił i oddalił nie kończąc zdania i nie żegnając się; zakłócona atmosfera stała się znów pełna spokoju.

Pewnego dnia przechodziłem samotnie koło stacji kolejowej HoW-rah. Na chwilę przystanąłem przy pewnej świątyni, krytykując w mil*

zeniu grupkę ludzi, którzy przy wtórze bębna i cymbałów gwałtownie recytowali jakąś pieśń.

Jakże nieuważnie wzywają boskiego imienia Pana, powtarzając je mechanicznie - pomyślałem. Nagle zdumiony ujrzałem Mistrza Mahasayę. - Panie, jak tu przyszedłeś?

Święty, pomijając moje pytanie, odpowiedział na moją myśl:

- Czyż nie jest to prawdą, młody panie, że imię Ukochanej brzmi

słodko z każdych ust, z ust człowieka ciemnego i z ust człowieka

mądrego? - Objął mnie serdecznie swym ramieniem; poczułem się

przeniesiony na magicznym jego dywanie ku Miłosiernej Obecności.

- Czy lubisz oglądać bioskop? - To pytanie, zadane pewnego dnia popołudniu, mogło wprowadzić w błąd; terminu tego używano wówczas w Indiach na oznaczenie obrazów projekcyjnych. Zgodziłem się, ciesząc się z jego towarzystwa w każdych okolicznościach. Żwawo przeszliśmy do ogrodu naprzeciw Kalkuckiego Uniwersytetu. Towarzysz mój wskazał ławkę w pobliżu goldighi, sadzawki.

- Usiądźmy tu na kilka minut. - Mój Mistrz zawsze mnie prosił, abym medytował, ilekroć ujrzę rozpościerającą się wodę. - Spokój tej wody przypomina mi niezmierny spokój Boga. Podobnie jak każda rzecz może się odbić w wodzie, tak cały świat odzwierciedla się w jeziorze boskiego umysłu. - Tak mówił często mój gurudewa.

Niebawem weszliśmy do sali uniwersytetu, gdzie odbywał się odczyt. Odczyt, jak się okazało, był przepastnie nudny, chociaż od czasu do czasu był urozmaicony wyświetlanymi przeźroczami, równie mało interesującymi.

"To taki bioskop chciał mi Mistrz pokazać!" Myśl moja była niecierpliwa, nie chciałem jednak urazić świętego ujawniając znużenie na twarzy. Jednakże on sam pochylił się ku mnie z ufnością.

- Widzę, młodzieńcze, że ten bioskop ci się nie podoba. Wspomniałem już o tym Boskiej Matce: współczuje ona nam obu. Powiada mi> że za chwilę światło elektryczne zgaśnie i nie zaświeci się 2 powrotem, zanim nie zdołamy opuścić sali.

Gdy ucichł jego szept, sala pogrążyła się w ciemności. Piskliwy głos profesora ucichł ze zdumienia, a potem profesor zauważył: Urządzenie elektryczne tej sali okazuje się nieodpowiednie. - Tymczasem Mistrz Mahasaya i ja przekroczyliśmy bezpiecznie próg sali. ^uy na korytarzu obejrzałem się, zobaczyłem, że miejsce naszego Clerpienia zajaśniało z powrotem światłem.

- Młodzieńcze, przeżyłeś zawód z powodu bioskopu, ale spodziewam się, że spodoba ci się inny jego rodzaj. - Stałem razem ze

76

77



świętym na chodniku przed gmachem uniwersytetu. Mistrz łagodnie poklepał mnie po piersi powyżej serca.

Wszystko nagle przeobraziło się w ciszę. Podobnie jak we współczesnym kinie obrazy pojawiają się bezgłośnie, gdy aparatura dźwiękowa się zepsuje, tak ręka boska dziwnym jakimś cudem uciszyła ziemską wrzawę. Zarówno przechodnie, jak i tramwaje, samochody, wozy ciągnięte wołami, dorożki z kołami o żelaznych obręczach poruszały się bezdźwięcznie. Jak gdybym posiadał wszędzie obce oko, widziałem równie łatwo to, co się działo za mną z tyłu lub z boku, jak i to, co było przede mną. Całe to widowisko życia w każdym skrawku, jak w warstwie popiołu widoczne jest żarzenie się ognia, tak soczysta iluminacja przenikała cały ten panoramiczny obraz.

Moje własne ciało przedstawiało mi się jako jeden z wielkich cieni, chociaż pozostawało ono bez ruchu, podczas gdy inni poruszali się nieco w tę, to w tamtą stronę. Kilku chłopców, moich przyjaciół, podeszło i przeszło dalej; chociaż patrzyli wprost na mnie, nie poznali mnie.

Ta jedyna w swoim rodzaju pantomima wprawiła mnie w nieopisaną ekstazę. Piłem do głębi ze źródła szczęśliwości. Nagle Mistrz ponownie uderzył mnie łagodnie w pierś. Pandemonium świata wdarło się do niechętnych mych uszu. Słaniałem się jak człowiek gwałtownie przebudzony z głębokiego snu. Transcendentalne wino oddaliło się ode mnie i znalazło się poza moim zasięgiem.

- Mały panie, widzę, że ci się podobał drugi rodzaj bioskopu51. Święty uśmiechał się; z wdzięcznością rzuciłem mu się do stóp. - Nie możesz mi czynić tego teraz - mówił - wiesz, że Bóg jest także w twej świątyni! Nie mogę pozwolić, aby Boska Matka dotykała moich stóp twoimi rękami!

Jeśli ktoś obserwował bezpretensjonalnego Mistrza i mnie, gdy powoli odchodziliśmy z tłumnego chodnika, mógł pewnie podejrzewać, że jesteśmy pijani. Czułem, że wydłużające się cienie tego wieczoru były przyjaźnie upojone Bogiem.

Usiłując z pomocą ubogich słów oddać sprawiedliwość jego dobroci i łaskawości, zastanawiam się, czy Mistrz Mahasaya i inni święci, których ścieżka skrzyżowała się z moją, wiedzieli, że wiele lat później, znajdując się w dalekim kraju Zachodu, będę pisał o ich życiu jako ludzi Bożych? Ich prorocze przepowiednie nie zdziwiły mnie ani, jak się spodziewam, mych czytelników, którzy towarzyszą mi aż do

tego miejsca.

Święci przynależni do wszystkich religii osiągnęli zjednoczenie z Bogiem z pomocą prostego pojęcia Kosmicznej Ukochanej.

78

Ponieważ Absolut jest nirguna (poza oceną) oraz acintya (niepojęty), ludzka myśl i tęsknota personifikowały go zawsze jako Matkę Powszechną, Matkę Świata. Kombinacja osobowego teizmu i filozofii Absolutu stanowi starożytne osiągnięcie myśli hinduskiej, wyłożone w Wedach j Bhagawad Gicie. To "pogodzenie się przeciwieństw" zadowala umysł i serce; bhakti (żarliwa pobożność) i dżnana (mądrość) są w istocie swej jednym. Prapapatti (schronienie) w Bogu i saranagati (oddanie się Boskiemu współczuciu) są naprawdę ścieżkami najwyższej wiedzy.



Pokora Mistrza Mahasayi i wszystkich świętych wynika z poznania całkowitej swej zależności (seshatva) od Pana jako jedynego sędziego życia. Ponieważ prawdziwą naturą Boga jest szczęśliwość, człowiek jednoczący się z Nim doświadcza przyrodzonej bezgranicznej radości. "Pierwszą namiętnością duszy i woli jest radość" 52.

Święci wszystkich czasów, którzy zbliżali się do Matki jak dzieci, stwierdzali zawsze, że ona bawi się z nami. W życiu Mistrza Mahasayi przejawy boskiej zabawy pojawiały się przy ważnych i błahych okazjach. W oczach Boga nic nie jest wielkie ani małe. Czyż bez jego subtelności w budowie atomu mogłyby się unosić na niebie dumne struktury Wegi czy Niedźwiedzicy? Rozróżnienie "ważnego" i "nieważnego" zapewne obce jest Panu, skoro z powodu braku szpilki rozpadłby się kosmos!

ROZDZIAŁ 10

Spotykam swego Mistrza Sri Jukteswara

"Wiara w Boga może wywołać każdy cud z wyjątkiem jednego - złożenia egzaminów bez nauki". Z niesmakiem zamknąłem książkę, którą wziąłem do ręki w chwili bezczynności.

Wyjątek, jaki czyni autor, pomyślałem, świadczy o jego zupełnym braku wiary. Biedny z niego człowiek, odczuwa on wielki respekt dla nocnej lampki oliwnej!

Przyrzekłem ojcu, że ukończę szkołę średnią. Nie mogę sobie powiedzieć, że byłem pilny w nauce szkolnej. W ciągu minionych miesięcy rzadziej można mnie było widzieć w klasie aniżeli w odosobnionych miejscach kąpielowych Kalkuty, Chatach. Znajdujące się w ich sąsiedztwie tereny krematoryjne, szczególnie straszne w nocy, uważane są przez joginów za szczególnie pociągające. Kto pragnie znaleźć Nieśmiertelność Istoty, ten nie może się lękać kilku nieupięk-szonych czaszek. Ludzka słabość staje się oczywista w ponurym miejscu, gdzie znajdują się porozrzucane kości. Czuwanie nocne miało tedy u mnie odmienny charakter niż u studentów.

Tydzień końcowych egzaminów w hinduskiej szkole średniej szybko się zbliżał. Ten okres egzaminacyjny, podobnie jak miejsca pogrzebowe, wzbudza dobrze znany strach. Mimo to umysł mój pozostawał spokojny. Stawiając czoło upiorom, wygrzebywałem mądrość, której się nie znajduje w salach wykładowych. Brakowało mi jednak sztuki Swami Pranabanandy, który z łatwością pojawiał się w dwóch miejscach naraz. Dylemat mego wykształcenia był wyraźnie sprawą Nieskończonej Pomysłowości. Takie było moje rozumowanie, choć dla wielu osób może się wydawać nielogiczne. Irracjonalnośc człowieka pobożnego wynika z tysiąca niewytłumaczalnych dowodów interwencji Boga w jego kłopotach.

- Hej, Mukunda! Jakoś rzadko cię widuję w tych dniach! - Kolega szkolny zaczepił mnie raz wieczorem na ulicy Gurpar.

- Hej, Nantu! Moja nieobecność w szkole spowoduje wiele kłopotów. - Zrzuciłem z siebie gniotący mnie ciężar pod przyjaznym jego spojrzeniem.

SRI YUKTESWAR Uczeń Lahiri Mahasayi i Guru Paramahansy Youganandy

80

Nantu, który był świetnym uczniem, roześmiał się serdecznie. Moje przykre położenie nie było pozbawione komicznej strony.



- Jesteś całkiem nie przygotowany do egzaminów! Myślę, że wypada mi tobie pomóc!

Te proste słowa zabrzmiały mi jak boska obietnica; z radością zachodziłem do domu mego przyjaciela. Uprzejmie przedstawiał mi on rozwiązanie rozmaitych problemów, które uważał za prawdopodobne na egzaminie.

- Pytania te są pułapką, w którą podczas egzaminów wpadnie wielu pewnych siebie chłopców. Zapamiętaj odpowiedzi, a wyjdziesz cało.

Było już późno w nocy, kiedy od niego wychodziłem. Naładowany wiadomościami modliłem się pobożnie, abym je pamiętał w ciągu najbliższych kilku dni krytycznych. Nantu ćwiczył mnie w rozmaitych przedmiotach, lecz wobec braku czasu zapomniał o mym kursie sanskrytu. Żarliwie oddałem się Bogu w opiekę.

Pewnego poranka wyszedłem na krótką przechadzkę, powtarzając sobie wiadomości w takt poruszających się stóp. Gdy szedłem na przełaj przez chwasty narożnej parceli, wzrok mój padł na kilka luźnych zadrukowanych arkuszy. Zgrabny chwyt - i okazało się, że był to właśnie wiersz sanskrycki. Wyszukałem panditę, który pomógł mi go przetłumaczyć. Dźwięczny jego głos napełnił powietrze gładkim miodowym pięknem starożytnego języka53.

- Te wyjątkowe stance chyba ci się nie przydadzą na egzaminie z sanskrytu. - Uczony wypuścił je z rąk sceptycznie.

A jednak zaznajomienie się z tym właśnie poematem pozwoliło mi następnego dnia złożyć pomyślnie egzamin z sanskrytu. Dzięki rozumnej pomocy Nantu osiągnąłem również konieczne minimum we wszystkich innych przedmiotach.

Ojciec mój był zadowolony, że dotrzymałem swego słowa i ukończyłem szkołę średnią. Z wdzięcznością zwracałem się do Pana, którego opiekę widziałem zarówno w pokierowaniu mym spotkaniem z Nantu, jak i przechadzką po niezwykłej drodze przez zaśmieconą parcelę. Jakby żartem dał dwukrotnie wyraz swemu zamiarowi wybawienia mnie z opresji.

Wpadła mi ponownie w ręce odrzucona książka, której autor nie dopuszczał możliwości interwencji Boga podczas egzaminu. Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu na myśl, która mi się nasunęła, że w jeszcze większym byłby ten autor kłopocie, gdybym mu powiedział, że medytacja o Bogu pośród trupów jest najkrótszą drogę do uzyskania dyplomu ukończenia szkoły średniej.

Zyskawszy na powadze, jawnie już układałem plany opuszczenia rodzinnego domu. Razem z młodym przyjacielem Dżitendrą Mazum-harem54 postanowiłem przyłączyć się do pustelni Mahamandala i przyjąć jego duchową dyscyplinę.

Pewnego dnia rano ogarnęło mnie uczucie pustki na myśl o rozstaniu z rodziną55. Od czasu śmierci matki pokochałem szczególnie tkliwie mych dwóch najmłodszych braci, Sanandę i Risznu. Uciekłem szybko do mego zacisza, do małej attyki, która była świadkiem tylu scen mej burzliwej samadhy. Po dwugodzinnym potopie łez poczułem się osobliwie przemieniony, jakby pod wpływem jakiegoś alchemicznego oczyszczającego środka. Wszelkie przywiązanie znikło; moje postanowienie szukania Boga jako największego przyjaciela stało się mocne jak granit. Szybko dokończyłem swe przygotowania do podróży.

- Mam do ciebie ostatnią prośbę. - Ojciec był nieszczęśliwy, gdy stałem przed nim, aby otrzymać ostatnie błogosławieństwo. - Nie zapominaj o mnie ani o swych zasmuconych braciach i siostrach.

- Czcigodny ojcze, jakże zdołam wyrazić moją miłość do ciebie! Większa jest jednak miłość do Ojca Niebieskiego, który obdarzył mnie tak doskonałym ojcem na ziemi. Pozwól mi odejść, abym kiedyś powrócił z większym zrozumieniem Boga.

Uzyskawszy niechętną zgodę ojca pospieszyłem połączyć się z Dżitendrą, który już znajdował się w pustelni w Benaresie. Po mym przybyciu powitał mnie serdecznie główny kapłan swami Dayananda. Wysoki i szczupły, o myślącej twarzy, zrobił na mnie korzystne wrażenie. Piękna jego twarz miała spokój Buddy.

Byłem zadowolony, że mój nowy dom także posiadał attykę, w której mogłem spędzać godziny świtu i poranka. Członkowie aszramy, mający małą praktykę w medytacji, uważali, że powinienem przeznaczać swój wolny czas na naukę. Wyrażali mi uznanie za Popołudniową pracę dla aszramy.

. - Nie łap Boga tak prędko - usłyszałem raz taki kpiący okrzyk jednego z towarzyszy, gdy na początku mego pobytu w aszramie odchodziłem do attyki na medytację. Udałem się wobec tego do Dayanandy, znajdującego się w małym sanktuarium z oknami wychodzącymi na Ganges.

- Swamidżi56, nie rozumiem, czego się tutaj żąda ode mnie. Szukam bezpośredniego poznania Boga. Bez tego nie może mnie zadowolić afiliacja, ani wiara, ani wykonywanie dobrych uczynków.

82

83



Ubrany w pomarańczową szatę kapłan poklepał mnie przyjaźnie. Inscenizując żartobliwą naganę upomniał kilku znajdujących się w pobliżu uczniów. - Nie dokuczajcie Mukundzie. Powoli nauczy się naszych metod.

Uprzejmie zachowałem dla siebie swą wątpliwość. Uczniowie opuścili pokój niezbyt przejęci otrzymaną naganą. Dayananda powiedział mi jeszcze kilka słów od siebie.

- Mukunda, widzę, że twój ojciec regularnie przesyła ci pieniądze. Proszę cię, odeślij mu je; tutaj pieniędzy ci nie potrzeba. Drugie moje polecenie w zakresie twej dyscypliny dotyczy pożywienia. Nawet jeśli jesteś głodny, nie wspominaj o tym.

Czy z moich oczu wyglądał głód, nie wiem, ale wiem, że byłem głodny, wiedziałem o tym aż nazbyt dobrze. Niezmienną godziną pierwszego posiłku w ciągu dnia była dwunasta w południe. U siebie w domu byłem przyzwyczajony do dużego śniadania o godzinie dziewiątej.

Luka trzech godzin stawała się coraz dłuższą. Minęły już lata od czasu, kiedy mogłem w Kalkucie ganić kucharza za dziesięcio-minutowe spóźnienie. Teraz starałem się opanować mój apetyt; pewnego dnia podjąłem dwudziestoczterogodzinny post. Z podwójnym apetytem oczekiwałem następnego popołudnia.

- Pociąg Dayanandy spóźnił się. Nie będziemy jedli, dopóki on nie przybędzie. - Tę przygnębiającą wiadomość przyniósł mi Dżiten-dra. Na powitanie swamiego, który był nieobecny przez dwa tygodnie, przygotowano dużo smakołyków. Zapach pobudzający apetyt rozchodził się w powietrzu. Nie mając nic innego, cóż mogłem połknąć oprócz dumy z wczorajszego postu?

- O Panie, przyspiesz pociąg! - Chyba Opatrzność Niebieska, myślałem, nie jest objęta nakazem milczenia wydanym mi przez Dayanandę.

Jednakże uwaga Boga zwrócona była gdzie indziej. Godziny wlokły się powoli. Już zapadł mrok, gdy wreszcie nasz opiekun otwarł drzwi, witano go z niekłamaną radością.

- Dayananda będzie się najpierw kąpał i medytował, zanim będziemy mogli podać do stołu. - Dżitendra zbliżył się znów do mnie jak zły omen.

Byłem bliski załamania. Mój młody żołądek, nie przyzwyczajony do wyrzeczeń, protestował z całych sił. Obrazy ofiar głodu, które kiedyś widziałem, przesuwały się przede mną jak widma.

- Najbliższa śmierć z głodu w Benaresie powinna się wydarzyć natychmiast w tej pustelni - myślałem. Groźba ta została odwrócona

84

o godzinie dziewiątej. Wezwanie - jak ambrozja! W pamięci mej kolacja ta pozostaje żywa jako jedna z najszczęśliwszych godzin w mym życiu.



\V czasie intensywnego pochłaniania pożywienia zauważyłem, że Dayananda nie był zainteresowany jedzeniem. Wyraźnie górował ponad moją rozpustną przyjemnością.

- Swamidżi, czy nie jesteś głodny?

- O tak! Spędziłem ostatnie cztery dni bez jedzenia i picia. Nigdy nie jem w pociągu, w którym jest pełno różnorodnych wibracji ludzi świeckich. Przestrzegam ściśle reguł przepisanych przez szastry51, święte księgi dla mnichów mojego zakonu. Pewne problemy naszej pracy organizacyjnej spoczywają na mej głowie. Dziś wieczorem, już w domu, nie myślałem o jedzeniu. Po co się spieszyć? Jutro zaplanuję właściwy posiłek. - Zaśmiał się wesoło.

Przepełnił mnie dławiący wstyd. Jednakże miniony dzień mych cierpień nie dawał się łatwo zapomnieć; ośmieliłem się wyrazić następną uwagę.

- Swamidżi, jestem zakłopotany. Idąc za twoją wskazówką, nigdy nie proszę o pożywienie i nikt mi go nie daje. Zagłodzę się na śmierć.

- To umrzyj. - Ta alarmująca rada przecięła powietrze jak miecz. - Umrzyj, Mukunda, jeśli musisz! Nie przyjmuj przekonania, że żyjesz dzięki pożywieniu, a nie dzięki mocy Boga! On, który stworzył każdą postać pożywienia, On, który obdarzył nas apetytem, na pewno zobaczy, że jego wierny cierpi z braku pożywienia. Nie wyobrażaj sobie, że żywi cię ryż, że podtrzymują cię pieniądze albo ludzie. Czyż mogliby ci pomóc, gdyby Pan pozbawił Cię tchnienia życia? Są oni tylko pośrednim Jego narzędziem. Czyż jest to wynikiem jakiejś twej sprawności, że żołądek twój trawi pożywienie? Mukundo, posłuż się mieczem swego odróżnienia! Przetnij łańcuch działań i dojrzyj Jedyną Przyczynę!

Uznałem, że jego wnikliwe słowa wchodzą głęboko w sedno sprawy, oszło w kąt stare złudzenie, wskutek którego imperatywy ciała wyprowadzają dusze na manowce. Wtedy i wiele razy później wypróbowy-wałem samowystarczalność ducha. W jakże wielu obcych miastach w ciągu nieustannych podróży w późniejszym mym życiu miałem możność przekonać się o użyteczności tej lekcji w pustelni w Benares!

Jedynym skarbem, który mi towarzyszył od Kalkuty, był srebrny amulet przekazany mi przez matkę, od nieznanego sadhu. Strzegłem go w ciągu wielu lat , a teraz ukryłem starannie w mym pokoju aszramowym. Aby znów się nacieszyć talizmanem, pewnego dnia

85

otwarłem pudełko. Opieczętowana osłona była nietknięta, ale - amulet znikł. Zmartwiony, otwarłem kopertę i upewniłem się ostatecznie. Zniknął w eterze zgodnie z przepowiednią sadhu - na jego wezwanie.



Moje stosunki ze zwolennikami Dayanandy stale się pogarszały. Zarządca gospodarstwa aszramy odnosił się do mnie jak do obcego, dotknięty tym, że trzymałem się z daleka. Ścisłe przestrzeganie przeze mnie medytacji i celu, dla którego opuściłem dom i wszystkie świeckie ambicje, wywoływały wciąż ciętą krytykę ze wszystkich stron.

Szarpany duchową udręką wszedłem pewnego razu o świcie do attyki, zdecydowany modlić się, dopóki nie otrzymam łaski odpowiedzi.

- Łaskawa Matko Kosmosu, nauczaj mnie poprzez Twoje wizje albo przez wybranego przez Ciebie guru.

Godziny mijały, a moja płaczliwa prośba pozostawała bez odpowiedzi. Nagle poczułem się jakby cieleśnie uniesiony w jakąś nieopisaną sferę.

- Twój Mistrz przyjdzie dzisiaj! - Boski głos kobiecy doszedł do mnie zewsząd i znikąd.

W to nadzmysłowe doświadczenie wdarł się nagle okrzyk, pochodzący z całkiem określonego miejsca. To młody kapłan, zwany Habu, wołał mnie z kuchni na parterze.

- Mukunda! Dość medytacji! potrzebnyś do sprawunków!

Innego dnia odpowiedziałbym może niecierpliwie, tym razem otarłem twarz spuchniętą od płaczu i łagodnie posłuchałem wezwania. Razem z Habu wyszliśmy na plac targowy w odległej bengalskiej dzielnicy Benaresu. Ostre indyjskie słońce nie doszło jeszcze do zenitu, gdy już zakończyliśmy zakupy na bazarze. Torowaliśmy sobie drogę wśród barwnej mieszaniny gospodyń, przewodników, kapłanów, ubogo ubranych wdów, dostojnych braminów i wszędzie obecnych świętych krów. Przechodząc przez niepozorną uliczkę spojrzałem w bok, aby ocenić jej długość.

Na końcu ulicy stał nieruchomo człowiek podobny do Chrystusa, w ochronnej szacie swamiego. Wydał mi się od razu znajomy od dawna; mój wzrok po trzykroć zatrzymał się na nim chciwie. Potem naszła mnie wątpliwość.

Mylę tego wędrownego mnicha z kimś sobie znanym, pomyślałem. Marzycielu, idź dalej!

Po dziesięciu minutach poczułem silne drętwienie stóp. Jakby zamieniły się w kamień, nie były zdolne nieść mnie dalej. Z trudem

86

obróciłem się, moje stopy odzyskały władzę. Zwróciłem się w przeciwnym kierunku i znów dziwny ciężar zatrzymał mnie.



Święty przyciąga mnie magnetycznie ku sobie! - Z tą myślą rzuciłem swe pakunki w ręce Habu. Obserwował on ze zdumieniem dziwne ruchy moich stóp i teraz wybuchnął śmiechem:

. - Co ci dolega? Czyś stracił rozum?



Dostları ilə paylaş:
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə