Uniwersytet humanistyczno przyrodniczy jana kochanowskiego w kielcach



Yüklə 260,47 Kb.
səhifə2/3
tarix20.09.2017
ölçüsü260,47 Kb.
1   2   3




Styczeń 2008




styczeń 2008




Lipiec 2008




Sierpień 2008




październik2008




Październik2008




Styczeń 2009




Marzec 2009

3.1.

Konflikt powstały wewnątrz systemu politycznego.

Konflikt powstały między premierem, a prezydentem dotyczący nominacji RadosławaSikorskiego na Ministra Spraw Zagranicznych.

Listopad 2007 rok.

Radosław Sikorski- szef MON-u w rządzie PiS startujący w październikowych wyborach z listy PO - obejmuje on resort spraw zagranicznych w rządzie Donalda Tuska. Spośród wszystkich kandydatów na ministrów w nowym rządzie Radosław Sikorski budzi najwięcej zastrzeżeń prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Podczas negocjacji koalicyjnych Donald Tusk zasięgnął rady

prof. Władysałwa Bartoszewskiego w sprawie obsady stanowiska szefa polskiej dyplomacji. Lider Platformy Obywatelskiej, powiedział później dziennikarzom, że prof. Bartoszewski polecał kandydaturę R.Sikorskiego i na MON i na MSZ, ponieważ jest to “człowiek rzeczywiście wykwalifikowany”. Natomiast ustępujący Jarosław Kaczyński oraz prezydent Lech Kaczyński nie szczędzą R. Sikorskiemu krytyki. “Zdrajca!” takim mianem Radosława Sikorkiego określił szef MON Aleksander Szczygło podczas wywiadu dla dziennika “Polska” na początku listopada. Ponadto tajemniczo brzmiała zapowiedź prezydenta w sprawie przekazania Donaldowi Tuskowi informacji mających dotyczyć R. Sikorskiego. W opublikowanej 31 października rozmowie z “Rzeczpospolitą” prezydent Lech Kaczyński powiedział także, że przekaże Donaldowi Tuskowi fakty dotyczące R. Sikorskiego , z których ”część objęta jest tajemnicą państwową”. Do spotkania Donalda Tuska i prezydenta Lecha Kaczyńskiego doszło 6 listopada. Po tej rozmowie Donald Tusk zadeklarował, że informacje prezydenta nie naruszyły jego wiary w R. Sikorskiego. Uznał, że są to subiektywne opinie. Kancelaria prezydenta donosi, że są także inne informacje, ale” Ze względu na ich ściśle tajny charakter” Donald Tuska zapozna się z nimi w momencie, gdy otrzyma dostęp do takich informacji. Z kolei premier Jarosław Kaczyński mówił w wywiadzie dla dziennika “Polska” 12 listopada, że informacje dotyczące R. Sikorkisego mogą zagrażać interesom państwa. Już wcześniej premier krytykował R. Sikorskiego za “ancyprofesjonalną” wizytę w USA oraz za to, że “chciał ludzi, którzy mieli patenty szkół GRU czy KGB, robić wysokimi dowódcami wojskowymi”- tak mówił we wrześniu w Polskim Radiu. Antoni Macierewicz, były już szef kontrwywiadu, ujawnił w listopadzie , że złożył do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie naruszenia tajemnicy państwowej przez Radosława Sikorskiego. Powodem miało być to co sam R. Sikorski mówił w mediach o swych rozmowach z najwyższymi osobami w państwie, w tym prezydentem na temat Afganistanu. Według samego R. Sikorskeigo może chodzić o “wyśmianie” tych informacji od Macierewiecza jakoby Afganistan i jego armia były pod kontrolą Rosji. Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła z doniesienia Macierewicza postępowanie sprawdzające w sprawie domniemanego ujawnienia tajemnicy państwowej przez R. Sikorskiego. W wyborach parlamentarnych 21 października R. Sikorski Startował z pierwszego miejsca listy PO z Bydgoszczy. We wrześniu jak sam tłumaczył powodem odejścia do Platformy Obywatelskiej był zawód na Jarosławie Kaczyńskim. Przekonywał, że on sam się nie zmienił i nadal chce: „Polski silnej w Europie, nowoczesnej, uczciwej”, ale uważa, że te wizję realizuje Platforma Obywatelska.[16]

W naszej opinii spór ten powinien mieć nieco inny przebieg bądź też nie powinien mieć aż tak donośnego rozgłosu, ponieważ obsada stanowiska szefa polskiej dyplomacji była polecana prze prof. Bartoszewskiego (lider PO sam zasięgnął opinii). Oczywiście wiadomo, że istnieją różnice zdań, istnieją także różne poglądy, opinie na temat innych osób, lecz pewne określenia, które padły na temat Radosława Sikorskiego nie powinny mieć miejsca, uważamy, że spór ten powinien oprzeć się na mediacjach, które powinien przeprowadzić mediator mogący w istotny sposób zmienić zakres dostępnych rozwiązań.

 

3.2.

Konflikt na linii prezydent premier o przeciek do „Dziennika” stenogramów z posiedzenia Rady Gabinetowej na temat ochrony zdrowia.

Styczeń 2008 rok.

 

 



Kolejna odsłona awantury między prezydentem a rządem. Tym razem poszło o nagranie z posiedzenia Rady Gabinetowej na temat służby zdrowia. Fragmenty stenogramu tego posiedzenia ujawnił "Dziennik", komentując, że zaskakujący jest "poziom wzajemnych emocji i niezdolność do merytorycznej dyskusji". Rząd uznał, że skróty z 48-minutowego nagrania są dla niego niekorzystne i wieczorem na swoich stronach opublikował całość.

Pierwsza, która “przeciekła” do “Dziennika” i miała wykazać niekompetencję rządu oraz to, że w trakcie obrad toczył się głównie spór prestiżowy między prezydentem i premierem o to, kto ważniejszy i kto faktycznie ma prawo do prowadzenia obrad, także tej opublikowanej przez kancelarię premiera, gdzie widać coś innego, a mianowicie, że jednak o kwestiach merytorycznych próbowano rozmawiać i nie jest prawdą, że prezydent nie mógł doprosić się o jakiekolwiek informacje. Oczywiście już po zakończeniu posiedzenia tego gremium, które jak na problem, którym miano się zająć, obradowało bezprecedensowo krótko, wiadomo było, że między prezydentem i premierem iskrzy, ale dopiero po opublikowaniu stenogramów widać, jak bardzo iskrzy. Także w warstwie czysto psychologicznej (wydaje się, że to napięcie trwa nieprzerwanie od wyborów prezydenckich i pogłębiło się po wyborach parlamentarnych), a nie tylko dość zasadniczych merytorycznych różnic w kwestii tego, co robić dalej z ochroną zdrowia. Takie różnice mogą być uzasadnione, bo tu ścierają się różne poglądy, różne ugrupowania mają odmienne zdania, często podyktowane zresztą miejscem, które akurat zajmują na scenie politycznej, czy są przy władzy, czy akurat dalej od niej. W owych stenogramach czuć wyjątkowe napięcie między ośrodkami władzy. Oczywiście publikacja w “Dzienniku” mocno i dość ciekawie okrojona, zwłaszcza z tego wszystkiego, co ma charakter merytoryczny, ma przemawiać na korzyść prezydenta, który wykazywał cierpliwość, a premier niecierpliwość, bo sam chciał wszystko wyjaśniać. Politycy PO twierdzą, że fragmenty opublikowane przez "Dziennik" zostały "spreparowane" tak, by przedstawić rząd w niekorzystnym świetle.

Publikacja całości mocno ten obraz zmienia, bo pokazuje, że nie były to wyłącznie prestiżowe utarczki, że jednak o kwestiach merytorycznych próbowano rozmawiać. Ma ona więc uzasadniać, że wyjaśnienia premiera, iż prezydent nie był szczegółowymi rozwiązaniami zainteresowany, a posiedzenie było rozczarowujące są prawdziwsze. Oczywiście zarzuty można postawić obu stronom sporu. Jeżeli wcześniej nie zna się projektów ustaw, które dopiero teraz wylądowały u marszałka Sejmu, trudno dyskutować. Rada Gabinetowa nie musi jednak obradować nad konkretnymi projektami, może debatować nad ich założeniami, ale oczywiście nie da się tego zrobić w 45 minut. Prezydent mógł więc nieco więcej czasu poświęcić, jeżeli chciał uniknąć wrażenia, że chodzi mu wyłącznie o efekt propagandowy. [17]

 

 



Nie wdając się jednak w spory merytoryczne fakt pozostaje faktem, takiego pojedynku na ujawnianie stenogramów jeszcze nie mieliśmy i jest to wydarzenie bez precedensu w relacjach między głową państwa a rządem. Coś takiego nie powinno się zdarzyć na takim szczeblu władzy publicznej.

 

3.3

 

Konflikt organizacyjny.

Konflikt po między premierem a prezydentem dotyczący systemu informowania prezydenta w sytuacjach kryzysowych. A dokładniej: nie poinformowania (jak uważała Kancelaria Prezydenta) Lecha Kaczyńskiego o katastrofie do której doszło wieczorem 23 stycznia 2008 roku wojskowego samolotu transportowego CASA C-295M w okolicach Mirosławca (Zachodniopomorskie), w której to zginęło 20 osób.

23 stycznia 2008 rok.

Na pokładzie samolotu, który rozbił się podchodząc do lądowania w Mirosławcu ok. godz. 19.00, było 20 osób, wśród nich wysocy rangą wojskowi. Samolot odbywał lot po zaplanowanej trasie: Warszawa - Powidz - Poznań - Krzesiny - Mirosławiec - Świdwin - Kraków. Prezydent Lech Kaczyńki tego samego wieczoru, którego doszło do katastrofy wyleciał z wizytą do Chorwacji. Samolot specjalny, którym Lech Kaczyński poleciał do Zagrzebia wystartował o godzinie 20.15 natomiast do katastrofy doszło ok. godz. 19.00. Robert Draba, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, powiedział, że prezydent wyleciał z wizytą do Chorwacji, bo nie miał informacji o katastrofie. Zastępca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, generał Roman Polko, uważa, że szef MON powinien był bezpośrednio poinformować prezydenta o katastrofie samolotu pod Mirosławcem. Ministerstwo Obrony Narodowej twierdzi natomiast, że próbowało się skontaktować z urzędnikami BBN-u, ale ci nie odbierali telefonów.Zdaniem generała Romana Polko, informacje o tragedii powinny być przekazywane bezpośrednio, nawet z pominięciem całej skomplikowanej procedury. Jak podkreślił, do dyspozycji MON był sekretariat prezydenta, czynny całą dobę, oraz inne kanały - w tym oficerowie BOR. Dodał, że numer telefonu do niego mają dowódcy wojskowi, Dyżurna Służba Operacyjna i poszczególne departamenty ministerstwa.


Sam Roman Polko powiedział, że gdy dowiedział się z telewizji o katastrofie, zadzwonił do Dyżurnej Służby Operacyjnej, pytając o skalę tragedii. Wówczas służba mówiła o 4 ofiarach. Pierwszy telefon do BBN-u w tej sprawie miał zadzwonić tuż przed godziną 20-tą. Generał Polko zapowiedział wyjaśnienie sprawy wspólnie z ministrem obrony i Szefem Sztabu Generalnego, poprzez analizę billingów z środowego wieczoru. Próby kontaktu z dyrektorem Departamentu Systemu Obronnego i innymi oficerami Biura Bezpieczeństwa Narodowego, by poinformować o wypadku samolotu wojskowego CASA, podjęto od godziny 19.40 - poinformował MON.
Według mediów, samolot spadł o godzinie 19.07, a prezydent wylatywał do Chorwacji o godz. 20.15.
Zastępca szefa Kancelarii Prezydenta, Robert Draba powiedział w radiowej Trójce, że prezydent wyleciał z wizytą do Chorwacji, bo nie miał informacji o katastrofie. "Gdyby prezydent miał tę wiedzę w czasie wylotu, do Chorwacji by nie wyleciał" - mówił Draba.
Z komunikatu płk Cezarego Siemiona z MON wynika, że zgodnie z procedurami dyżurna służba operacyjna sił zbrojnych melduje o zaistniałych w wojsku sytuacjach szczególnych szefowi Sztabu Generalnego WP i ministrowi MON oraz powiadamia dyrektora Departamentu Systemu Obronnego w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego.
Według Siemiona, o wypadku samolotu CASA szefa Sztabu Generalnego WP poinformowano o godz. 19.25, ministra MON - o godz. 19.35. Natomiast od godziny 19.40 "podjęto próby kontaktu z Dyrektorem Departamentu Systemu Obronnego i innymi oficerami BBN". Ostatecznie Dyrektor Departamentu Systemu Obronnego BBN otrzymał informację o katastrofie po godzinie 20. Jak przekonuje Cezary Siemion, MON dzwoniło kilkakrotnie do odpowiedniego dyrektora departamentu oraz wyznaczonych przez niego oficerów, ale żaden z nich nie odbierał telefonu.

Draba powołał się na informacje mediów, które podają, że samolot spadł o godzinie 19.07, a prezydent wylatywał do Chorwacji o godz. 20.15. "To jest niebywałe, żeby godzinę po zdarzeniu prezydent nie miał tej wiedzy, bo prezydenta nie poinformowano i prezydent poleciał do Chorwacji i następnie w Chorwacji się dowiedział i przerywał wizytę. Gdyby prezydent miał tę wiedzę w czasie wylotu, do Chorwacji by nie wyleciał" - powiedział Draba w sobotę w radiowej Trójce. Według niego, informacje o tego typu katastrofie ma najpierw Ministerstwo Obrony Narodowej i ten resort albo przez Kancelarię Premiera albo bezpośrednio powinien błyskawicznie przekazać informacje Kancelarii Prezydenta.


"Jeżeli Kancelaria Prezydenta rzeczywiście przez godzinę nie wiedziała o tak poważnym wypadku, to jest to skandal" - dodał Draba. W jego opinii, sprawę tę trzeba będzie wyjaśnić.
Poseł Ryszard Kalisz (LiD) przypomniał, że gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski to istniał system informowania o tego typu sytuacjach. "Informacja docierała do prezydenta bardzo szybko, najszybciej przez szefa kancelarii bądź przez oficera dyżurnego. Ten system powinien działać" - powiedział. Dodał, że system taki działał za wszystkich rządów.
Według Kalisza, oficerowie dyżurni w Kancelarii Prezydenta czy w odpowiednich resortach pracują całą dobę, mają ze sobą łączność. "Tego rodzaju informacje powinny do prezydenta spływać w minutę, dwie, prawie równolegle z katastrofą" - powiedział.

W sobotę 26 stycznia 2008 roku zastępca szefa Kancelarii Prezydenta Robert Draba powiedział, że Lech Kaczyński nie został przed wylotem do Chorwacji poinformowany o katastrofie. Draba sugerował, że winny w tej sprawie jest MON. Jak mówił, informacje o tego typu katastrofie ma najpierw resort obrony i to MON, albo przez kancelarię premiera, albo bezpośrednio, powinien błyskawicznie przekazać informacje Kancelarii Prezydenta.

Zastępca szefa BBN gen. Roman Polko stwierdził z kolei tego samego dnia, że informacje o wypadku CASY należało przekazać przez sekretariat prezydenta, który działa całą dobę, a nawet przez oficerów BOR, którzy zawsze są przy głowie państwa. Wypowiedzi Draby i Polko wywołały tego dnia polityczne zamieszanie.

Ministerstwo Obrony Narodowej 27 stycznia 2008 roku przedstawiło bilingi, potwierdzające, że resort informował Biuro Bezpieczeństwa Narodowego o wypadku samolotu CASA jeszcze przed wylotem prezydenta do Chorwacji. 


Pułkownik Cezary Siemion z departamentu informacji MON powiedział, że wykonano co najmniej trzy telefony do Biura Bezpieczeństwa Narodowego. W dwóch przypadkach pracownicy BBN-u nie odbierali telefonu. Z informacji, które przedstawił Cezary Siemion, wynika, że o godzinie 19.56 udało się odbyć rozmowę z dyrektorem Systemu Obronnego BBN. Trwała ona 64 sekundy. Pułkownik Siemion podkreślił, że wojsko w sprawie informowania o katastrofie wykonało swoje zadanie. Dodał, że o wydarzeniach szczególnych prezydenta powinno powiadomić Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Jako dowód przedstawił pismo dyrektora Systemu Obronnego BBN-u z 19 czerwca 2007, z którego wynika, że to właśnie na BBN spoczywa taki obowiązek. Przedstawione na konferencji w Ministerstwie Obrony Narodowej pismo dotyczy jednak zdarzeń, dotyczących polskich kontyngentów wojskowych. Pułkownik Siemion przyznał, że nie ma procedur informowania prezydenta o zdarzeniach, mających miejsce w kraju.

"I przede wszystkim na wyjaśnienie, aby tego typu okoliczności więcej nie miały miejsca i udrożnienie naszej komunikacji (...) A tym panom, którzy pozwolili sobie użyć tragedii, jaką wszyscy przeżyliśmy do takich własnych politycznych przepychanek, mogę tylko powiedzieć, że bardzo brzydko się zachowali" - powiedział w niedzielę Donald Tusk podczas briefingu na lotnisku w Gdańsku. "Zwracam się z gorącym apelem do wszystkich zaangażowanych w tę niestosowną dyskusję, zarówno do pracowników kancelarii pana prezydenta, którzy wywołali w sposób niewłaściwy i niepotrzebny całe to zamieszanie, jak i do urzędników i oficerów odpowiedzialnych za komunikację, żeby w ciszy i stosownym do tej tragedii nastroju, sprawę rozstrzygnęli" - dodał szef rządu. Premier podkreślił, że uważa "za coś wyjątkowo podłego", aby przy tej okazji "ktoś komuś starał się udowodnić swoją przewagę". "To nie jest polityka, to są naprawdę poważniejsze sprawy niż ambicje kilku panów ministrów" - ocenił.

Premier Donald Tusk powiedział, że przedstawione w niedzielę 27 stycznia 2008 roku przez MON bilingi dowodzą, że próbowano skontaktować się z otoczeniem prezydenta. Tusk dodał, że osobiście nawet dzwonił też w drodze na lotnisko do Mirosławca do Lecha Kaczyńskiego, aby powiedzieć mu o tragedii, ale ten zdążył już wylądować w Zagrzebiu. "Dzwoniłem do prezydenta i rozmawiałem z nim osobiście. Jak tylko się dowiedziałem, wsiadłem w samochód. Jechałem na lotnisko, aby udać się na miejsce katastrofy. W drodze, z samochodu, poprzez Biuro Ochrony Rządu połączyłem się z prezydentem" - powiedział Tusk dziennikarzom odpowiadając na pytanie, czy kontaktował się z prezydentem w dniu katastrofy. Jak dodał, nie pamięta godziny tej rozmowy, ale "to jest do sprawdzenia".

W niedzielę 27 stycznia 2008 roku w programie "Kawa na ławę" w TVN 24, Michał Kamiński przekonywał, że Kancelaria Prezydenta nie chciała robić "afery" ze sprawy nie poinformowania L. Kaczyńskiego. "Nie było intencją pana prezydenta, w żadnym wypadku, aby z tej sprawy robić jakąś aferę, zwłaszcza w okresie żałoby narodowej" - zapewnił Kamiński.


Minister przyznał jednocześnie, że spór o to, kto powinien był zawiadomić prezydenta rozpoczął od jego wypowiedzi dla jednego z dzienników. "Odpowiedziałem szczerze na pytanie dziennikarza. Prezydent wyleciał, bo nie wiedział o katastrofie CASY" - powiedział Kamiński. Wcześniej, w "7 dniu tygodnia" w Radiu Zet Kamiński zaznaczył, że "z całą pewnością" to gen. Polko powinien był przekazać prezydentowi informację o wypadku CASY. Dodał, że "do tej pory" nie było problemu z kontaktem na linii prezydent - premier Donald Tusk. "Do tej pory kilka razy potrzebowaliśmy z obu stron szybkiego kontaktu między premierem a prezydentem i nigdy z tym problemu nie było. Najbliżsi współpracownicy premiera mają telefony do najbliższych współpracowników prezydenta" - zapewnił minister. 
Wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski (PO) uważał z kolei, że w zaistniałej sytuacji, "powinny polecieć głowy w Kancelarii Prezydenta". "Myślę, że tam jakieś głowy powinny polecieć w Kancelarii, bo ci ludzie za coś odpowiadają. Chyba, że uważamy, że nikt za nic nie odpowiada" - podkreślił Niesiołowski.
Polityk Platformy skrytykował przy tym szefa BBN Władysława Stasiaka za to, że nie przerwał urlopu z powodu środowej tragedii.
Joachim Brudziński (PiS) ocenił z kolei, że winni w sprawie nie poinformowania prezydenta są urzędnicy MON. "Jest problem dziś w otoczeniu premiera i w samym ministerstwie obrony narodowej, (...) bo kompromitujące jest to, że oficerowie w ministerstwie obrony narodowej, czy sam minister obrony narodowej nie jest w stanie przez godzinę poinformować zwierzchnika sił zbrojnych o tragedii, która dotknęła kwiat polskiego lotnictwa" - powiedział Brudziński w niedzielę 27 stycznia 2008 roku w "Kawie na ławę", w TVN.

Problemy w kontaktach na linii rząd-prezydent krytykowali w niedzielę w mediach politycy opozycyjnego LiD. Były szef MON Jerzy Szmajdziński zapewniał w radiu Zet, że w czasie, kiedy kierował resortem, jego rola polegała m.in. na tym, by o tragicznych zdarzeniach "natychmiast" powiadamiać szefa rządu i głowę państwa. "Kolejność zależała od możliwości połączenia. Uważałam, że to jest moja osobista rola, a nikogo innego, żadnych innych struktur pośrednich" - zaznaczył Szmajdziński.


"Jest sztywna linia polegająca na tym, że wciska się jeden guzik w gabinecie ministra obrony narodowej i od razu jest sztywna linia u prezydenta" - dodał z kolei w "Kawie na ławę" inny polityk centrolewicy, były szef MSWiA Ryszard Kalisz. 
W ocenie Szmajdzińskiego, sytuacja w której gen. Polko nie był w stanie poinformować prezydenta o wypadku CASY jest "absurdalna". "Jeśli wiedział i kieruje instytucją reagowania kryzysowego, to powinien skutecznie poinformować swojego przełożonego, zwierzchnika sił zbrojnych o takim zdarzeniu" - podkreślił były szef MON.

„Panie i panowie z PO po prostu nie są w stanie zrozumieć, że jest coś takiego jak porządek publiczny, że jest coś takiego jak prawo, że oni mogą nie lubić prezydenta, mogą go traktować jako konkurenta ich lidera, ale pewne obowiązki wykonywać muszą" - powiedział Jarosław Kaczyński (PiS) 27 stycznia 2008 roku komentując cała sytuację. Dodał, że on sam dowiedział się o wypadku od prezydenta, który dzwonił do niego już Zagrzebia

Rozgorzała polityczna burza wokół tego, kiedy dokładnie prezydent Lech Kaczyński dowiedział się o katastrofie samolotu wojskowego, a o której godzinie powinien był się dowiedzieć. Zdaniem Platformy Obywatelskiej prezydent jako zwierzchnik sił zbrojnych w Polsce informację o katastrofie otrzymał zgodnie z procedurą. Według PiS i Kancelarii Prezydenta - informacja ta została podana zbyt późno i, zamiast bezpośrednio do prezydenta, to trafiła do Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Przewodniczący klubu PO Zbigniew Chlebowski podkreśla, że przepływ informacji nastąpił zgodnie z prawem. Według Chlebowskiego - problem jednak w tym, że w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, z którym MON kontaktował się w sprawie katastrofy już od godziny 19.40 nikt nie odbierał telefonu. Zdaniem Przemysława Gosiewskiego sprawę kontaktów między MON-em, premierem a BBN-em i prezydentem wyjaśnią billingi telefoniczne. Choć z wypowiedzi posła Gosiewskiego może wynikać, że i one mogą nie załagodzić tego konfliktu na linii rząd-prezydent. Minister Michał Kamiński przekonuje, że prezydent Lech Kaczyński o katastrofie CASY dowiedział się dopiero po wylądowaniu w Chorwacji, gdzie akurat odbywał podróż służbową.

Przedstawiciele BBN i MON spotkali się we wtorek 29 stycznia 2008 roku, by omówić okoliczności przekazywania prezydentowi informacji o katastrofie wojskowego samolotu transportowego, który rozbił się 23 stycznia 2008 roku. Jak poinformowało BBN w komunikacie po spotkaniu, dotyczyło ono "procedur meldowania i informowania o sytuacjach nadzwyczajnych w państwie". "Dyskutowano o koniecznych usprawnieniach organizacyjno- technicznych w obowiązującym systemie meldowania i informowania. Wyrażono wspólną wolę dalszych prac nad doskonaleniem i testowaniem systemu oraz określono termin kolejnego spotkania" - podało Biuro. Przedstawiciele BBN ani MON nie chcieli mówić o szczegółach spotkania.[18]

 

 

Rozwiązanie takiego konfliktu naszym zdaniem powinno polegać na znalezieniu wspólnego celu do którego spełnienia obie strony powinny sukcesywnie dążyć odkładając na bok swoje ambicje czy też polityczne uprzedzenia. Obie strony powinny podjąć negocjacje aby wyeliminować możliwość ponownego zaistnienia takiego samego sporu, który źle wpływa na odbierani Polski na arenie międzynarodowej. Postanowienie o rozstrzygnięciu konfliktu dokonywane musi być przez same uczestniczące w nim strony, a nie może być narzucone z góry przez reguły. Taki krok naszym zdaniem zrobili przedstawiciele BBN i MON spotykając się i dyskutując jak można usprawnić procedury już obowiązujące w systemie meldowania i informowania



 

3.4.

 

Konflikt wywołany bodźcami zewnętrznymi.



Dyskusja premiera z ministrem Sikorskim na temat tarczy antyrakietowej.

Lipca 2008 rok.

Prezydent Lech Kaczyński nie znosi ministra Radosława Sikorskiego. Uważa, że jest wyniosły i nadęty. Podejrzewa go, że jeszcze jako PISowski szef MON chronił gen. Dukaczewskiego. Na tym jednak nie koniec. Różnic jest więcej, a polityczny konflikt na pewno nie służy Polsce. „Nie będzie tarczy antyrakietowej w Polsce na warunkach proponowanych teraz przez Stany Zjednoczone” – tak zapowiadał Donald Tusk na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Premier wyjaśnił, że gwarancje militarne proponowane przez Amerykanów są niewystarczające. Zarówno szef polskiego rządu jak i Amerykanie podkreślają jednak, że negocjacje wokół tarczy nadal trwają. Stanowisko i warunki Polski są niezmienne i premier nie zamierza się z nich cofnąć Chodzi o umieszczenie na naszym terytorium baterii rakiet typu „Patriot” i pomoc w modernizacji naszej armii. Dopiero po realizacji tych dwóch celów może być mowa o zainstalowaniu tarczy antyrakietowej. „To nie są małżeńskie rozmowy” – tak mówił sam premier Tusk. Premier wystąpił na konferencji prasowej po piątkowym, porannym spotkaniu z ministrami spraw zagranicznych, obrony i MSWIA. Narada trwała półtorej godziny. W czwartek wieczorem Donald Tusk przez 40 minut rozmawiał telefonicznie z wiceprezydentem USA Dickiem Cheney'em. Po rozmowie Schetyna poinformował, że rozmowa nie przesądziła o decyzji Polski w sprawie instalacji w naszym kraju elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Inne od rządu zdanie w sprawie tarczy antyrakietowej ma prezydent. Lech Kaczyński jest zwolennikiem porozumienia z Amerykanami - poinformował po spotkaniu z prezydentem minister spraw zagranicznych. Ponadto niepokój prezydenta Kaczyńskiego wywołały też dyskretne informacje przekazywane mu z narad w kancelarii premiera. Wynikało z nich, że ekipa Tuska traktuje sprawę tarczy głównie w kategoriach politycznego marketingu. Radosław Sikorski podkreślił, że prezydent Kaczyński został szczegółowo poinformowany o tym, co w amerykańskim stanowisku wymagałoby zmiany, tak by mogło dojść do porozumienia. Według nieoficjalnych informacji, prezydent chce aktywnie włączyć się w działania dotyczące tarczy. Niewykluczone, że w najbliższym czasie będzie chciał spotkać się w tej sprawie z premierem. Jednak pojawiły się plotki o tym, że rząd Tuska dogadał się z Demokratami, były żywe w Waszyngtonie już kilka miesięcy temu. Ich bohaterami byli starzy znajomi - minister Radosław Sikorski i Ron Asmus, ekspert ds. międzynarodowych Partii Demokratycznej. W opublikowanym w zeszłym tygodniu oświadczeniu przyznaje to zresztą sam Asmus "Zarówno Radek, jak i ja porozmawialiśmy z wysokimi urzędnikami amerykańskiego rządu, by wyjaśnić, że plotka nie jest prawdziwa". Jednak plotka musiała mocno zaniepokoić Biały Dom, ponieważ w czerwcu powołał się na nią nieoczekiwanie Daniel Fried, były ambasador w Polsce i wysoki rangą urzędnik amerykańskiego Departamentu Stanu. Zrobił to w rozmowie z głównym polskim negocjatorem Witoldem Waszczykowskim. "Jest plotka, że Sikorski dogadał się z Demokratami" - oznajmił mu i wymienił nazwisko Asmusa. Zaskoczony Waszczykowski przy najbliższej okazji zrelacjonował rozmowę Sikorskiemu. Minister kategorycznie zaprzeczył, że doszło do potajemnego porozumienia. Sprawa była jednak poważna. 26 czerwca, gdy Waszczykowski pojechał na ostatnią turę rokowań do Ameryki, minister przesłał mu SMS-a w tej właśnie sprawie. "Witku, jeszcze raz na piśmie nie ma żadnego układu z Demokratami". Zdobyte przez nas wiadomości potwierdzają wiarygodne źródła zbliżone do MSZ i Pałacu Prezydenckiego. Spytaliśmy też amerykański Departament Stanu o to, czy faktycznie Daniel Fried odbył taką rozmowę z Waszczykowskim. "Nic nam o tym nie wiadomo, nie będziemy tego komentowali" - odpowiedziało standardowo biuro prasowe Departamentu Stanu. Informacja o słowach Frieda na temat Asmusa dotarła do Lecha Kaczyńskiego przynajmniej z dwóch źródeł. Wszystko wskazuje, że prezydent wiedział też o SMS-ie, który szef dyplomacji wysłał naszemu negocjatorowi. To może wyjaśniać, dlaczego 4 lipca Kaczyński tak ostro odpytywał Radosława Sikorskiego o znajomość z Asmusem. A także dlaczego podczas przesłuchania ministra był tak podejrzliwy. Nieufność wzmagały także informacje, które dochodziły do głowy państwa z zamkniętych narad w kancelarii premiera na temat strategii negocjacyjnej w rozmowach z USA. Jedna z nich odbyła się tuż przed zakończeniem rokowań w czerwcu. Byli na niej obecni Donald Tusk i ministrowie: Radosław Sikorski, Sławomir Nowak, Tomasz Arabski i Rafał Grupiński, a także negocjator Witold Waszczykowski. Do prezydenta dotarły nieoficjalną drogą dwie informacje. Premier Tusk miał zastanawiać się, czy Amerykanie nie mogliby znieść wiz dla Polaków w zamian za tarczę. Sławomir Nowak zaś miał powiedzieć, że fiasko negocjacji wcale nie zaszkodzi rządowi, bo ponad 50 proc. Polaków jest przeciw amerykańskiej instalacji. Takie doniesienia wprowadziły prezydenta w konsternację, gdyż wcześniej był przekonany, że sprawa tarczy jest już właściwie załatwiona. Informował go o tym sam Waszczykowski, mówiąc, że zasadnicze kwestie zostały ustalone.[19]

W naszej opinii spór ten jest dość ciężki do rozwiązania, lecz można by tu zaprezentować jedną z najczęstszych metod rozstrzygania konfliktów jakim są negocjacje, ponieważ jak wiadomo są one elementem komunikowania się stron, a porozumienie jakie osiągną obie strony mogą przynieść większe korzyści niż jakiekolwiek działanie bez porozumienia, negocjacje mogą przynieść określenie wspólnych celów, aspiracji, zbierania informacji.





Dostları ilə paylaş:
1   2   3


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2019
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə