Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə28/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   ...   24   25   26   27   28   29   30   31   ...   42

Pewnego dnia wcześnie rano zacząłem się modlić, postanawiając niezłomnie nie przerwać modlitwy, choćbym miał umrzeć, dopóki nie usłyszę głosu Boga. Pragnąłem jego błogosławieństwa i zapewnienia, że nie zagubię się wśród gęstej mgły współczesnego utylitaryzmu... Wprawdzie serce moje było gotowe do podróży do Ameryki, lecz jeszcze bardziej byłem zdecydowany usłyszeć na pocieszenie słowa boskiego zezwolenia.

Modliłem się bez końca, tłumiąc płacz. Odpowiedź nie przychodziła. Milcząca moja prośba potęgowała się przechodząc w wyczerpujące crescendo, aż wreszcie o północy osiągnęła swój szczyt; mój mózg nie mógł dłużej znosić napięcia mego bólu. Gdybym jeszcze raz zawołał w spotęgowanym uniesieniu, miałbym wrażenie, że mózg pęka. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi mego pokoju przy ulicy Gurpar. W odpowiedzi na me zaproszenie ujrzałem młodego człowieka w skromnej szacie mnicha. Młody człowiek wszedł do pokoju.

- To musi być Babadżi! - pomyślałem, gdy ze zdumieniem spostrzegłem, że ma on rysy jakby młodszego Lahiri Mahasayi. Odpowiedział na moją myśl. - Tak, jestem Babadżi. - Mówił melodyjnym głosem w języku hindi. - Nasz ojciec niebiański wysłuchał twej modlitwy. Każe mi On powiedzieć ci: Idź za wskazaniem twego guru i jedź do Ameryki. Nie obawiaj się, będziesz .osłaniany.

Po chwili napiętego milczenia Babadżi przemówił do mnie ponownie: - Jesteś- tym, którego wybrałem do szerzenia posłannictwa kńja-jogi na Zachodzie. Dawno temu spotkałem twego guru Juktes-^ara na Kumbha Meta; zapowiedziałem mu wówczas, że poślę ciebie Jako ucznia.

Oniemiałem, przejęty nabożną czcią z powodu jego obecności i głęboko poruszony usłyszanymi z jego własnych ust słowami, że on

309

mnie skierował do Sri Jukteswara. Padłem na twarz przed nieśmiertelnym guru. Łagodnie podniósł mnie z podłogi. Powiedział mi wiele o moim życiu oraz udzielił pewnych osobistych wskazówek, wypowiadając zarazem kilka tajemnych przepowiedni.



- Krija-joga, naukowa technika urzeczywistniania Boga - rzekł na końcu uroczyście - dotrze ostatecznie do wszystkich krajów i dzięki osobistemu transcendentalnemu poznaniu Nieskończonego Ojca przez człowieka dopomoże do zharmonizowania narodów.

Spojrzeniem o majestatycznej potędze zelektryzował mnie mistrz, pozwalając mi pochwycić fragment jego kosmicznej świadomości.

"Gdyby nagle na niebie tysiąc słońc rozbłysło

Zalewając ziemię niepojętym blaskiem -

To takim by był Majestat i blask wymarzony Najświętszej Istoty".

(Bhagawad Gita XI: 12)

Za chwilę Babadżi zwrócił się w stronę drzwi mówiąc: - Nie próbuj iść za mną. Nie zdołasz tego uczynić.

- Proszę cię, Babadżi, nie odchodź - wołałem raz za razem. - Weź mnie z sobą! - Na to odpowiedział: - Nie teraz. Kiedyś innym razem.

Pod wpływem silnego uczucia nie zwróciłem uwagi na jego ostrzeżenie. Gdy spróbowałem pójść za nim, odkryłem, że stopy moje mocno przywarły do podłogi. Od drzwi Babadżi rzucił mi ostatnie serdeczne spojrzenie. Podniósł dłoń błogosławiąc mnie i odszedł. Oczy me utkwiły w nim z tęsknotą.

Po upływie kilku minut stopy moje były z powrotem wolne. Usiadłem i wszedłem w stan głębokiej medytacji, dziękując Bogu nieustannie nie tylko za odpowiedź na moją modlitwę, ale także za błogosławieństwo ujrzenia Babadżi. Całe moje ciało wydawało mi się uświęcone przez dotknięcie tego starożytnego, lecz zawsze młodzieńczego mistrza. Od dawna pragnąłem gorąco go ujrzeć.

Aż dotąd nigdy nie opowiadałem nikomu o tym spotkaniu z Babadżi. Uważałem je za najświętsze z mych ludzkich doświadczeń i dlatego skrywałem je w mym sercu. Przyszło mi jednak teraz na mysi że czytelnicy tej autobiografii bardziej będą skłonni uwierzyć w realność żyjącego w odosobnieniu Babadżi, jeśli powiem, że widziałem g° na własne oczy.

W przeddzień mego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych znalazłem się w świętej obecności mego Mistrza. - Zapomnij, że urodziłeś si? wśród Hindusów, lecz nie przyjmuj wszystkich obyczajów Ameryka-310

nów. Wybierz to, co najlepsze u obu narodów - powiedział do mnie Mistrz ze spokojem swej mądrości. - Bądź prawdziwym sobą, dzieckiem Boga. Szukaj i przyswajaj sobie najlepsze cechy wszystkich swych braci, rozproszonych po całej Ziemi wśród wszystkich narodów. '"Potem pobłogosławił mnie: - Każdy, kto z wiarą przyjdzie do ciebie w poszukiwaniu Boga, otrzyma pomoc. Gdy spojrzysz na niego, wówczas prąd duchowy emanujący z twych oczu dotrze do jego mózgu i zmieni jego materialne nawyki, czyniąc go bardziej świadomym Boga. - Z uśmiechem dodał: - Twoje przeznaczenie polegające na przyciąganiu dusz jest bardzo dobre. Gdziekolwiek pójdziesz, choćby na pustynię, znajdziesz przyjaciół.

Oba błogosławieństwa Sri Jukteswara w pełni się ziściły. Przybyłem do Ameryki samotny jak na pustyni, nie mając żadnego przyjaciela, lecz znalazłem tysiące ludzi gotowych przyjąć niezależną od czasu naukę o duszy...

Opuściłem Indie w sierpniu 1920 r., wypływając parowcem "The City of Sparta", pierwszym pasażerskim statkiem płynącym do Ameryki po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Bilet na przejazd zdołałem zakupić dopiero po przezwyciężeniu w cudowny niemal sposób licznych "biurokratycznych" trudności paszportowych.

Podczas dwumiesięcznej podróży morskiej jeden z towarzyszy podróży wykrył, że jestem hinduskim delegatem na kongres w Bostonie.

- Swami Yogananda - powiedział, wymieniając w osobliwy sposób moje imię, jak to potem czyniło wielu Amerykanów - proszę wyświadczyć łaskę podróżnym i wygłosić w najbliższym czasie odczyt. Sądzę, że wszyscy posłuchamy z pożytkiem wykładu: "Wałka o byt i jak ją należy prowadzić".

Niestety, przekonałem się we środę, że muszę stoczyć walkę o własny byt. Starałem się rozpaczliwie uporządkować swe myśli w postaci wykładu w języku angielskim, lecz w końcu musiałem zaniechać wszelkich przygotowań; myśli moje, jak dziki źrebak na widok siodła, odmówiły mi jakiejkolwiek współpracy z regułami angielskiej gramatyki. Niemniej, w pełni polegając na otrzymanych od mistrza zapewnieniach, zjawiłem się we czwartek przed publicznością w salonie parowca. Ustom mym jednak zabrakło elokwencji; stanąłem niemo przed zebranymi. Po cierpliwej walce, trwającej dziesięć minut, Publiczność zrozumiała moje położenie i zaczęła się śmiać.

W tej sytuacji wcale nie byłem skory do żartów; oburzony Wróciłem się milczącą modlitwa do mistrza.

"Możesz! Mów!" Głos jego zabrzmiał w mej świadomości.

311

Myśli moje natychmiast odniosły się przyjaźnie do angielski języka. Po czterdziestu pięciu minutach publiczność jeszcze słuch T z uwagą. Przemówienie to zjednało mi szereg zaproszeń do w głoszenia odczytów w różnych miejscach w Ameryce.



Nigdy potem nie potrafiłem sobie przypomnieć choćby jednego Iowa, które wtedy wypowiedziałem. Pytając dyskretnie, dowiedziałem je od pewnej liczby podróżnych: "Wygłosił pan głęboki odczyt żywej i płynnej angielszczyźnie". Usłyszawszy tę

312


miłą wiadomość, dziękowałem pokornie swemu guru za tę jego pomoc w samą porę, przekonawszy się jeszcze raz, że zawsze jest on ze mną bez względu na barierę przestrzeni i czasu.

Podczas dalszej podróży przez ocean doznałem od czasu do czasu niespokojnych i bolesnych ukłuć na myśl o zbliżającej się próbie, gdy przyjdzie mi przemawiać po angielsku na kongresie w Bostonie.

- Panie - modliłem się - proszę cię, bądź ty sam moim natchnieniem; niech nim nie będą wybuchy śmiechu moich słuchaczy!

Z końcem września "The City of Sparta" przybił do brzegu w pobliżu Bostonu. Dnia 6 października 1920 r. wygłosiłem na Kongresie swą dziewiczą mowę w Ameryce. Spotkała się ona z dobrym przyjęciem i odetchnąłem z ulgą. Wielkoduszny sekretarz American Unitarian Association napisał następujące słowa w opublikowanym sprawozdaniu z Kongresu: ("New Pilgrimages of the Spirit", Boston, Beacon Press, 1921)

"Swami Yogananda, delegat aszramy Brahmaczaria w Ranczi, złożył Kongresowi pozdrowienia od swego Stowarzyszenia. Płynnie po angielsku i z siłą przekonania wygłosił przemówienie o filozoficznym charakterze «O nauce religii», które to przemówienie zostało wydrukowane w postaci osobnej broszury w celu szerszego rozpowszechnienia. Religia, twierdził on, jest jedna i powszechna. Wprawdzie nie możemy upowszechniać poszczególnych zwyczajów i przekonań, lecz niemniej możemy rozpowszechniać wspólny pierwiastek religii oraz wzywać wszystkich na równi do posłusznego kierowania się nim".

Dzięki hojności ojca mogłem po Kongresie pozostać w Ameryce. Spędziłem cztery szczęśliwe lata w skromnych warunkach w Bostonie. Wygłaszałem publiczne odczyty, uczyłem na kursach i napisałem tom Poezji Songs of the Soul (Pieśni Duszy), wydany z przedmową drą rredericka B. Robinsona, prezydenta Kolegium Miasta Nowy York l^r Robinson wraz z żoną odwiedził Indie w 1939 r. i jako gość był Podejmowany z honorami w stowarzyszeniu "Yogoda Sat Sanga").

W 1924 r. podjąłem transkontynentalną podróż, podczas której Przemawiałem do tysięcy osób w szeregu wielkich miast. Moja podróż na Zachód zakończyła się wakacjami na pięknej Alasce.

Dzięki wielkoduszności mych uczniów założyłem w końcu 1925 r. swą główną amerykańską siedzibę na Górze Waszyngtona w Los

313

Angeles. Budynek jest taki sam, jaki o wiele lat wcześniej widziałem podczas swej wizji w Kaszmirze. Starałem się jak najszybciej przesłać Sri Jukteswarowi zdjęcia z mej działalności w dalekiej Ameryce



Odpowiedział mi kartką w języku bengalskim, której treść podaje w przekładzie:

11 sierpnia 1926

Dziecię Mego serca, Yoganando!

Jakaż to radość dla mnie, gdy oglądam zdjęcia twej szkoły i uczniów! Nie potrafię jej wyrazić w słowach. Rozpływam się z radości na widok twych uczniów z wielu różnych miast, których uczysz jogi. Obserwując twe metody w zakresie inkantacji, wibracji leczniczych oraz boskich uzdrawiających modlitw, nie mogę powstrzymać się od podziękowania ci z całego serca. Patrząc na bramę i drogę wijącą się w górę po wzgórzu oraz na piękny krajobraz, jaki się rozpościera u stóp Góry Waszyngtona, tęsknię, aby to wszystko zobaczyć własnymi oczami.

Tutaj wszystko układa się pomyślnie. Przez Łaskę Boga bądź zawsze szczęśliwy.

Sri Jukteswar Giri



Paramahansa Yogananda przed Białym Domem w Waszyngtonie.

Lata prędko mijały. Wygłaszałem odczyty we wszystkich częściach tnej nowej ojczyzny; przemawiałem w setkach klubów, kolegiów, kościołów i grup wszelkich wyznań. W ciągu dziesięciolecia 1920-1930 tysiące Amerykanów uczęszczało na moje kursy jogi. Zadedykowałem im wszystkim w 1929 r. nową książkę modlitw i poematów: Whispers ffom Eternity (Szepty Wieczności).

Niekiedy, zwykle na początku miesiąca, gdy napływały rachunki związane z utrzymaniem ośrodka na Górze Waszyngtona, siedziby Towarzystwa Urzeczywistniania Jaźni, myślałem z tęsknotą o prostym spokoju w Indii. Co dzień jednak dostrzegałem przykłady, jak rośnie wzajemne zrozumienie między Zachodem i Wschodem, a wtedy radowało się moje serce.

Jerzy Waszyngton, "Ojciec swego kraju", który przy wielu okazjach miał świadomość, że jest kierowany przez Boga, wypowiedział w "swym pożegnalnym przemówieniu" następujące słowa, dające natchnienie Ameryce:

"Będzie to rzeczą godnego, oświeconego i w niedalekim czasie wielkiego narodu, jeśli da ludzkości wielkoduszny i całkiem nowy przykład ludu, który zawsze kieruje się wzniosłą sprawiedliwością i uczynnością. Któż może w to wątpić, że z biegiem czasu i wydarzeń owoce tego sposobu postępowania sowicie wynagrodzą wszelkie przemijające korzyści, które są krótkotrwałe, i czyż więc możliwe jest, aby Opatrzność nie wiązała trwałego szczęścia narodu z jego cnotami?"

314

ROZDZIAŁ 38 Luther Burbank - święty wśród róż



- Tajemnicą wyhodowania uszlachetnionej rośliny jest oprócz naukowej wiedzy miłość. - Luther Burbank wypowiedział to mądre zdanie, gdy przechadzałem się z nim po jego ogrodzie w Santa Rosa. Zatrzymaliśmy się przy grządce jadalnych kaktusów.

- Podczas przeprowadzania eksperymentów mających na celu wyhodowanie kaktusa "bez kolców" - opowiadał dalej Burbank - często przemawiałem do rośliny, aby wytworzyć wibrację miłości. Nie macie się czego obawiać - mówiłem do nich - nie potrzebujecie obronnych kolców. Ochronię was. - Stopniowo pożyteczne rośliny pustyni przeobrażały się w odmianę wolną od kolców.

Byłem oczarowany tym cudem. - Drogi panie, proszę mi ofiarować kilka liści kaktusa do zasadzenia ich w moim ogrodzie na Górze Waszyngtona.

Stojący obok robotnik pospieszył, aby odłamać kilka liści: Burbank jednak powstrzymał go.

- Ja sam je zerwę dla Swamiego. - Wręczył mi za chwilę trzy liście, które później zasadziłem, ciesząc się w miarę jak wyrastały na ogromne okazy.

Wielki hodowca-ogrodnik powiedział mi, że jego pierwszym godnym uwagi triumfem był wielki kartofel, znany obecnie pod jego imieniem. Z wytrwałością geniusza przystąpił do pracy, mającej obdarzyć świat setkami udoskonalonych krzyżówek - nowych Burbankowskich odmian pomidorów, zbóż, czereśni, śliw, brzoskwiń, jagód, maków, lilii, róż.

Skierowałem na Burbanka swój aparat fotograficzny, gdy zaprowadził mnie pod sławne drzewo orzechowe, na którym dowiódł, że można naturalną ewolucję teleskopowo przyspieszyć.

- W ciągu zaledwie szesnastu lat - opowiadał mi Burbank - to drzewo orzecha włoskiego osiągnęło już taką obfitość owocowania, do jakiej w sposób naturalny, bez ludzkiej pomocy, doszłoby dopiero w dwa razy dłuższym czasie.

Przybrana córeczka Burbanka przyszła do ogrodu, baraszkując z psem.

316


- To moja ludzka roślinka - Luther pomachał ku niej przyjaźnie ręką. - Patrzę teraz na ludzkość jak na ogromną roślinę, która do najwyższego swego rozwoju potrzebuje tylko miłości, naturalnego Błogosławieństwa wolnej przestrzeni oraz rozumnego krzyżowania i selekcji. W ciągu mego życia obserwowałem tak cudowny postęp w ewolucji roślin, że optymistycznie oczekuję narodzenia się zdrowego i szczęśliwego świata, gdy tylko nauczy się dzieci zasad prostego i naturalnego życia. Musimy wrócić do Natury i do Boga Natury.

- Ucieszyłby się pan, gdyby zobaczył moją szkołę w Ranczi, w której dzieci uczą się na wolnym powietrzu, w atmosferze radości

1 prostoty.

Słowa moje poruszyły strunę szczególnie bliską sercu Burbanka - wychowanie dzieci. Zasypał mnie pytaniami, a żywe zainteresowanie błyszczało w jego głębokich, pogodnych oczach.

- Swamidżi - powiedział w końcu - szkoły takie jak wasza są jedyną nadzieją przyszłego tysiąclecia. Buntuję się przeciw systemowi wychowawczemu naszych czasów, systemowi oderwanemu od przyrody i tłumiącemu wszelką indywidualność. Całym sercem, z całej duszy zgadzam się z pańskimi praktycznymi ideałami wychowania.

Gdy pożegnałem się ze szlachetnym mędrcem, podpisał i ofiarował mi małą książeczkę.

- Oto moja książka O hodowaniu ludzkiej rośliny - The Training of the Human Plant - rzekł. - Potrzeba nam nowych form kształcenia, potrzeba nieustraszonych eksperymentów. Czasem najśmielsze próby przynosiły mi powodzenie w postaci najlepszych owoców i kwiatów. Również wychowawcze innowacje w stosunku do dzieci powinny być liczniejsze i bardziej śmiałe.

Przeczytałem jego książeczkę tegoż wieczoru z gorącym zainteresowaniem. Kierując się wizją wspaniałej przyszłości ludzkości, pisał on: >,Najbardziej upartą żywą istotą na tym świecie, którą najtrudniej jest zmienić, jest roślina o ustalonych nawykach... Pamiętajmy, że roślina przechowała swą indywidualność w ciągu całych wieków; być może dałoby się w toku badania cofnąć w przeszłość o całe eony aż do epoki ^tnienia samych skał i stwierdzić, że w ciągu tych wszystkich ogromnych okresów czasu nigdy nie zmieniła się ona w znaczniejszym Ropniu. Czy można przypuścić, że po tylu wiekach powtarzania się roślina nie posiada woli, jeżeli zechcemy to tak nazwać, o niezrównanej mocy? W istocie rzeczy istnieją rośliny, jak na przykład niektóre

2 Palm, tak uporczywe, że żadna ludzka moc nie potrafiła ich dotąd Mienić. Wola ludzka jest słaba w porównaniu do woli roślin.

317


Zobaczymy jednak, że wiekowy upór rośliny może być złamany w bardzo prosty sposób przez domieszkę nowego życia, a mianowicie przez skrzyżowanie, które dokonuje zupełnej i potężnej zmiany \v je; życiu. A gdy dojdzie do tego złamania, utrwalamy tę zmianę w ciągu wielu generacji przez cierpliwą obserwację i selekcję. Nowa roślina wchodzi w ten sposób na nową drogę życia i nigdy już nie wróci na starą wobec złamania i zmiany jej uporczywej woli.

Gdy chodzi o coś tak wrażliwego i podatnego jak natura dziecka problem staje się bez porównania łatwiejszy."

Odczuwając magnetyczny pociąg do wielkiego Amerykanina, odwiedzałem go wielokrotnie. Pewnego razu przybyłem do niego równocześnie z listonoszem, który w pracowni Burbanka złożył około tysiąca listów. Pisali do niego ogrodnicy ze wszystkich części świata.

- Swamidżi, twoje przybycie daje mi doskonałą wymówkę, abym mógł pójść do ogrodu - rzekł wesoło. Otwarł wielkie biurko z szufladami zawierającymi setki prospektów podróży.

- Proszę spojrzeć, oto jak ja podróżuję. Przykuty do miejsca z powodu mych roślin i korespondencji, zaspokajam swe pragnienie podróży do obcych krajów w ten sposób, że od czasu do czasu spoglądam na te obrazki.

Auto moje stało przed bramą; razem z Burbankiem pojechałem wzdłuż ulic małego miasta oraz ogrodów jaśniejących od bogactwa wyhodowanych przez niego odmian. Ten wielki naukowiec otrzymał już wtajemniczenie w krija-jogę podczas jednej z wcześniejszych mych wizyt. - Ćwiczę gorliwie, Swamidżi - rzekł. Po zadaniu mi wielu istotnych pytań na temat różnych stron jogi, Luther zauważył:

- Wschód rzeczywiście posiada niezmierne skarby wiedzy, z której Zachód zaczyna korzystać.

Zażyłe obcowanie z przyrodą, która udostępniła mu wiele zazdrośnie strzeżonych tajemnic, dało Burbankowi bezgraniczny podziw dla tego co duchowe.

- Czasem czuję bardzo blisko Nieskończoną potęgę - zwierzał mi się nieśmiało. Jego wrażliwa, pięknie ukształtowana twarz płonęła przy tych jego wspomnieniach. - Potrafię wtedy leczyć chorych ludzi w swym otoczeniu, jak również wiele niedomagających roślin.

Opowiadał mi także o swej matce, szczerej chrześcijance. - Wieje razy po jej śmierci doznałem błogosławieństwa oglądania jej w wizji; mówiła wówczas do mnie.

Wróciliśmy po tym z niechęcią do jego domu i owych czekających tysięcy listów.

318


- Słuchaj, Luther - rzekłem - w najbliższym miesiącu rozpoczynam wydawać czasopismo mające szerzyć prawdy Wschodu j Zachodu. Proszę cię, pomóż mi wybrać dobrą dla niego nazwę.

Dyskutowaliśmy przez chwilę nad tytułami i w końcu zgodziliśmy sję na "East-West" (Wschód-Zachód). Gdy weszliśmy do pracowni, Luther wręczył mi napisany przez siebie artykuł p.t. "Nauka i cywilizacja".

- To pójdzie do pierwszego numeru "East-West" - powiedziałem z wdzięcznością.

Gdy nasza przyjaźń pogłębiła się, nazwałem Burbanka moim "amerykańskim świętym". "Oto człowiek", mówiłem, "w którym nie tną zdrady". Serce jego było bezdennie głębokie i od dawna znało pokorę, cierpliwość i ofiarę. Mały jego dom wśród róż odznaczał się surową prostotą; Luther znał bezwartościowość zbytku i radość z posiadania niewielu rzeczy. Skromność, z jaką odnosił się do swej naukowej sławy, przypominała mi drzewa, które nisko pochylają się pod ciężarem dojrzewających owoców; tylko nieurodzajne drzewo wznosi swą głowę z pustą chełpliwością.

Znajdowałem się w Nowym Jorku, gdy w 1926 r. zmarł mój drogi przyjaciel. Ze łzami w oczach myślałem: "Chętnie przeszedłbym pieszo całą drogę stąd do Santa Rosa, byle cię jeszcze raz ujrzeć"! Zamknąwszy się przed urzędnikami i gośćmi, spędziłem najbliższe dwadzieścia cztery godziny w samotności.

Nazajutrz dokoła wielkiego portretu Luthera dokonałem wedyjs-kiego obrzędu ku jego pamięci. Grupa mych amerykańskich uczniów, ubranych w hinduskie szaty obrzędowe, śpiewała odwieczne Hymny, podczas gdy ja składałem ofiarę złożoną z kwiatów, wody i ognia - symboli fizycznych elementów ciała i ich wyzwolenia w Nieskończonym źródle.

Chociaż ciało Burbanka spoczywa w Santa Rosa pod cedrem libańskim, zasadzonym przez niego ongiś w ogrodzie, to ja duszę jego znajduję jak w relikwiarzu w każdym szeroko patrzącym na świat kwiecie, który rośnie przy drodze. Odwołany na jakiś czas w przestwory ducha przyrody - czyż to nie on, Luther, szepce w jej wiatrach lub przechadza się o świcie?

Imię jego przeszło obecnie do potocznego języka. Określając słowo "burbank" Słownik Webstera (New International Dictionary) podaje teką definicję: "Krzyżować lub szczepić (roślinę). Stąd przenośnie udoskonalać coś przez selekcjonowanie cech dobrych i odrzucanie lub przez dodawanie dobrych cech".

319

- Kochany Burbank - zawołałem po przeczytaniu tej definic" - samo twoje nazwisko jest już synonimem dobroci!



Tak oto Luther Burbank napisał o systemie nauki zwanym Yogoda wynalezionymi i propagowanym przez Paramahansę Yoganandę: '

Luther Burbank

Santa Rosa, California

USA


22 grudzień 1924 r.

Przestudiowałem system Yogoda Swamiego Yoganandy i zdaniem moim nadaje się on idealnie do ćwiczenia i harmonizowania natury fizycznej, umysłowej i duchowej człowieka. Celem, jaki sobie Swami " stawia, jest zakładanie w całym świecie szkół sztuki życia, w których wychowanie nie ma się ograniczać do samego intelektualnego rozwoju, lecz ma obejmować także kształcenie ciała, woli i uczuć.

przez rozwijanie strony fizycznej, umysłowej i duchowej systemem Yogoda, przy pomocy praktycznych i naukowych metod koncentracji i medytacji, można rozwiązać większość złożonych problemów życia i sprowadzić na Ziemię pokój i dobrą wolę. Idea właściwego wychowania, jaką reprezentuje Swami, jest zdecydowanie rozsądna, wolna od wszelkiego mistycyzmu i niepraktyczności, w przeciwnym razie nie zyskałaby sobie mego uznania.

Cieszę się, że mogę całym sercem przyłączyć się do apelu Swamiego, wzywającego do zakładania międzynarodowych szkół sztuki życia, które - jeśli powstaną - mogą bardziej niż cokolwiek innego mi znanego przybliżyć tysiąclecie pokoju,

(-) Luther Burbank

LUTHER BURBANK I PARAMAHANSA YOGANANDA

ROZDZIAŁ 39 Katolicka stygmatyczka Teresa Neumann

- Wracaj do Indii. Czekałem cierpliwie na ciebie przez piętnaście lat. Niedługo opuszczę ciało i popłynę ku Świetlistemu Brzegowi. Przybywaj, Yoganando!

Głos Sri Jukteswara zabrzmiał wstrząsająco w wewnętrznym mym uchu podczas medytacji, którą odbywałem w mej siedzibie na Górze Waszyngtona. Przebywszy w mgnieniu oka dziesięć tysięcy mil, słowa te przeniknęły mnie jak blask błyskawicy.

Piętnaście lat! Tak, uświadomiłem sobie, teraz jest rok 1935; spędziłem w Ameryce piętnaście lat szerząc nauki swego guru. Teraz mistrz mnie odwołuje.

Wkrótce potem opisałem to wydarzenie memu drogiemu przyjacielowi Jamesowi Lynnowi. Dzięki codziennemu stosowaniu krija-jogi jego duchowy rozwój był tak znaczny, że często nazywałem go "świętym Lynnem". W nim i w wielu innych ludziach na Zachodzie widzę z radością spełnienie się przepowiedni Babadżi, że Zachód wyda również świętych, którzy z pomocą odwiecznej ścieżki jogi osiągną prawdziwe urzeczywistnienie Boga w sobie.

Mr. Lynn ofiarował się szlachetnie pokryć koszta mej podróży, po rozwiązaniu w ten sposób sprawy finansowej poczyniłem przygotowania do podróży przez Europę do Indii. W marcu 1935 r. zarejestrowałem zgodnie z prawem Stanu Kalifornia Towarzystwo Urzeczywistniania Jaźni (Self Realization Fellowship - SRF) jako korporację nie związaną z żadną sektą i nie obliczoną na zysk, a mającą trwale istnieć. Towarzystwu podarowałem wszystko co w Ameryce posiadałem, włącznie z prawami autorskimi do napisanych przeze mnie książek. Utrzymuje się ono ze sprzedaży moich pism oraz, jak większość innych wychowawczych i religijnych instytucji, z darów swych członków i publiczności.

"Wracam do Indii", rzekłem mym uczniom. "Nigdy nie zapomn? Ameryki".



Dostları ilə paylaş:
1   ...   24   25   26   27   28   29   30   31   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə