Autobiografia jogina ludziom dobrej woli



Yüklə 1,95 Mb.
səhifə9/42
tarix17.11.2018
ölçüsü1,95 Mb.
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   42

ROZDZIAŁ 12

Lata w pustelni mego Mistrza

- Przyszedłeś - Sri Jukteswar powitał mnie w pokoju balkonowym, siedząc na rozpostartej na podłodze skórze tygrysa. Głos jego był chłodny, a postawa wolna od emocji.

- Tak, drogi Mistrzu, oto jestem tutaj, aby iść za tobą. Klęknąwszy dotknąłem jego stóp.

- Jakże to być może? ignorujesz moje życzenia?

- Już nigdy, Gurudżi! Twe życzenie niechaj będzie moim prawem.

- To lepiej! Teraz mogę przyjąć odpowiedzialność za twoje życie! W takim razie pierwszą moją prośbę jest to, abyś wrócił do domu, do swej rodziny. Chcę, abyś wstąpił na Uniwersytet w Kalkucie. Powinieneś dalej się kształcić.

- Bardzo dobrze, panie. - Ukryłem swą konsternację. Czyżby uprzykrzone książki miały mnie prześladować przez całe lata? Przedtem ojciec, a teraz Sri Jukteswar!

- Pewnego razu pojedziesz na Zachód. Tamtejsi ludzie chętniej będą słuchać starożytnej mądości Indii, jeśli obcy nauczyciel hinduski będzie miał uniwersytecki stopień.

- Ty wiesz najlepiej, Gurudżi - rozchmurzyłem się. Wzmianka o Zachodzie wydała mi się dziwna, daleka, niemniej sposobność spełnienia życzenia Mistrza była jak najbardziej aktualna.

- Będziesz blisko, w Kalkucie; przychodź tu, ilekroć znajdziesz czas.

- Będę przychodził codziennie, Mistrzu. Jeśli to tylko będzie możliwe! Z wdzięcznością przyjmuję twe polecenie dotyczące każdego szczegółu mego życia - pod jednym warunkiem.

- Tak?

- Że przyrzekniesz mi objawienie Boga.



Nastąpiła godzinna walka słów. Mistrz nie może nie dotrzymać słowa, toteż nie jest ono łatwo dawane. Treść przyrzeczenia otwiera metafizyczne perspektywy. Guru musi pozostawać w ścisłym związku ze Stwórcą, jeśli

się zobowiązać do ukazania Go! Odczuwałem Boską jedność Sri

Jukteswara i byłem zdecydowany jako jego uczeń nalegać w tym kierunku.

99

- Jesteś bardzo wymagający. - Potem usłyszałem zgodę Mistrza. - Niechaj twoje życzenie będzie moim życzeniem.



Cień, który trwał przez całe moje życie, znikł z mego serca, skończyło się szukanie po omacku, tu i tam. Znalazłem wieczne schronienie u prawdziwego guru.

- Chodź, pokażę ci pustelnię. - Mistrz powstał z tygrysiej skóry. Spojrzałem dokoła; wzrok mój padł ze zdumieniem na obraz na ścianie, przybrany gałązką jaśminu.

- Lahiri Mahasaya.

- Tak, to mój boski guru. - Głos Sri Jukteswara był pełen czci. - Jako człowiek i jako jogin większy był aniżeli jakikolwiek nauczyciel, którego życie mogłem obserwować.

W milczeniu skłoniłem się przed znanym mi obrazem. Był to hołd mej duszy, złożony niezrównanemu mistrzowi, który błogosławiąc memu dzieciństwu, kierował mymi krokami aż do tej godziny.

Oprowadzany przez mego guru chodziłem po całym domu i przyległym ogrodzie. Duża, starodawna, dobrze zbudowana pustelnia otoczona była dziedzińcem o masywnych kolumnach. Ściany zewnętrzne pokryte były mchem; gołębie trzepotały ponad płaskim, szarym dachem, korzystając bez ceremonii z pomieszczeń aszramy. Znajdujący się z tyłu ogród był przyjemny: rosły w nim kasztanowce, drzewa mangowe i platanowce. Balkony z balustradą, należące do górnych pokojów piętrowego budynku, otaczały dziedziniec z trzech stron. Obszerna sala na parterze, posiadająca wysoki sufit wsparty na kolumnach, wykorzystywana była głównie, jak powiedział mi Mistrz, w czasie dorocznych uroczystości Durgapudży66. Wąskie schody prowadziły do pokoju Sri Jukteswara; mały balkon wyglądał z tego pokoju na ulicę. Aszrama była umeblowana skromnie: wszystko tu było proste, czyste i użyteczne. Zwracały uwagę utrzymane w stylu zachodnim poszczególne krzesła, ławy i stoły.

Mistrz zaprosił mnie do pozostania na noc. Dwaj młodzi uczniowie, przechodzący ćwiczenia w aszramie, podali kolację złożoną z jarzyn.

- Gurudżi, opowiedz mi, proszę cię, coś o swym życiu. - Przycupnięty na słomianej macie znajdowałem się w pobliżu jego tygrysiej skóry. Przyjazne gwiazdy znajdowały się tuż, za balkonem.

- Moje rodzinne nazwisko brzmi: Priya Nathi Karar. Urodziłem się tutaj w Serampore, gdzie ojciec mój był bogatym przedsiębiorcą-Pozostawił mi tę rezydencję przodków, obecnie moją pustelnię. Moje formalne wykształcenie było skromne; uważałem je za nudne i powie-

100


rzchowne. We wczesnej młodości wziąłem na siebie obowiązki głowy rodziny, posiadam też zamężną córkę. Gdy osiągnąłem wiek średni, dostąpiłem błogosławieństwa podporządkowania się Lahiri Mahasayi. Po śmierci żony wstąpiłem do zakonu swamich i otrzymałem nowe imię Sri Jukteswar Giri67. Taka jest moja krótka kronika.

Mistrz uśmiechnął się patrząc na moją zaciekawioną twarz. Jak wszystkie biograficzne szkice - słowa jego podawały zewnętrzne fakty, nie ukazując wewnętrznego człowieka.

- Gurudżi, radbym usłyszeć o jakimś zdarzeniu z twego dzieciństwa.

- Opowiem ci kilka, ale każde z morałem. - Sri Jukteswar mrugnął przy tej przestrodze. - Pewnego razu matka chciała mnie nastraszyć, opowiadając jakąś przerażającą historię o duchach w ciemnym pokoju. Wszedłem do niego natychmiast i wyraziłem swe rozczarowanie z powodu nieobecności duchów. Odtąd matka nigdy mi już nie opowiadała przerażających historii. Morał: patrz strachowi prosto w oczy, a przestanie cię niepokoić.

Inne wczesne moje wspomnienie to pragnienie posiadania brzydkiego psa, który należał do sąsiada. Przez wiele tygodni niepokoiłem dom prośbami o tego psa. Uszy moje były głuche na wszystkie propozycje, w których ofiarowano mi pieski o ładniejszym wyglądzie. Morał: przywiązanie zaślepia; stwarza ono wokół przedmiotu pożąda-nią urojoną aureolę atrakcyjności.

Trzecia historia dotyczy plastyczności młodzieńczego umysłu. Słyszałem raz, jak moja matka powiedziała: "Człowiek, który przyjmuje pracę, podlegając komuś innemu, jest niewolnikiem". Wrażenie, jakie zrobiła na mnie ta uwaga, było tak trwałe, że nawet po zawarciu małżeństwa odrzuciłem wszelkie proponowane mi stanowiska. Czyniłem natomiast wydatki na inwestycje w rodzinnej posiadłości ziemskiej. Morał: Do wrażliwych uszu dzieci powinny dochodzić dobre i pozytywne nauki. Ich wczesne pojęcia przez długi czas są mocno zakorzenione w umyśle...

Mistrz zapadł w spokojne milczenie. Około północy zaprowadził mnie do małego pokoju. Sen mój był zdrowy i słodki w ciągu tej pierwszej nocy pod dachem mego Mistrza.

Następnego ranka Sri Jukteswar postanowił wtajemniczyć mnie w swą kriya-jogę. Technikę tę poznałem już dawniej od dwóch uczniów Lahiri Mahasayi - od ojca i od mego wychowawcy awamiego Kebalanandy - lecz w obecności Mistrza odczułem w pełni jej przekształcającą moc. Pod jej dotknięciem wielkie światło rozbłysło nad moją istotą, jakby blask niezliczonych słońc

101

jaśniejących. Fala niewypowiedzianego szczęścia, jaka zalała moje serce i przeniknęła do jego głębi, trwała jeszcze przez następny dzień. Dopiero późnym wieczorem zdołałem się na tyle opanować, aby móc odejść z pustelni.



"Wrócisz tu w ciągu trzydziestu dni". Gdy dotarłem do mego domu w Kalkucie, spełniły się przewidywania Mistrza. Nikt z mych krewnych nie uczynił mi uszczypliwej uwagi, której się obawiałem, na temat pojawienia się z powrotem "podlatującego w górę ptaszka".

Wspiąłem się na moje małe poddasze i obdarzyłem je kochającym spojrzeniem, niby jakąś żywą istotę. "Byłeś świadkiem moich medytacji, łez i burz mej sadhany. Teraz dotarłem do portu, do mego boskiego nauczyciela".

- Synu, jestem szczęśliwy za nas obu. - W ten cichy wieczór ojciec siedział razem ze mną. - Znalazłeś swego guru, podobnie jak ja w cudowny sposób znalazłem swojego. Święta dłoń Lahiri Mahasayi kieruje naszym życiem. Twój mistrz okazał się nie być tym niedostępnym himalajskim świętym, lecz bardzo niedalekim. Modlitwy moje zostały wysłuchane i w poszukiwaniu Boga nie musiałeś zniknąć z mych oczu na stałe.

Ojciec był także zadowolony z mych dalszych studiów; poczynił też odpowiednie zarządzenia. Już następnego dnia zostałem zapisany na Uniwersytet Kościoła Szkockiego w Kalkucie.

Szczęśliwe miesiące szybko mijały. Czytelnicy moi niewątpliwie domyślają się, że mało mnie widywano w salach Uniwersytetu. Pustelnia w Serampore miała dla mnie zbyt wielki i nieodparty urok. Mistrz przyjmował moją ciągłą obecność bez żadnych uwag. Odczuwałem to z ulgą, że rzadko mówił o mej nauce szkolnej. Chociaż dla wszystkich było jasne, że nie jestem stworzony na uczonego, starałem się osiągnąć konieczne minimum, aby od czasu do czasu złożyć jakiś egzamin. Życie codzienne w aszramie płynęło gładko i spokojnie, rzadko ulegając zmianie. Mój guru budził się przed świtem. Leżąc, a czasem siedząc wchodził w stan samadhi68. Łatwo można było poznać, kiedy Mistrz się budził: ustawało nagle potężne chrapanie69.Potem jedno lub dwa westchnienia, może i ruch ciała, potem następował bezdźwięczny stan ustania oddechu i już znajdował się on w głębokiej radości jogi.

Śniadanie nie następowało od razu: najpierw odbywała się długa przechadzka nad Gangesem. Jakże rzeczywiste i żywe są jeszcze dla mnie te ranne spacery z mym guru! W łatwo wyłaniających się wspomnieniach widzę często siebie u jego boku: wczesne słońce

ogrzewa rzekę, a równocześnie rozbrzmiewa jego głos, pełen najgłębszej mądrości.

Kąpiel, a potem południowy posiłek. Przygotowywanie posiłku według codziennych wskazówek Mistrza było zadaniem wypełnianym starannie przez młodych uczniów. Mistrz mój był wegetarianinem, jednakże przed podjęciem życia zakonnego jadał jaja i ryby. Uczniom radził przestrzegać dowolnej prostej diety, takiej, jaka okaże się odpowiednia dla ich konstytucji.

Mistrz jadł mało; często ryż przyprawiony szafranem, sokiem buraczanym lub szpinakiem i lekko pokropiony bawolim ghee czyli stopionym masłem. Kiedy indziej spożywał d/za/70 z soczewicy lub czannę przyprawioną warzywami. Na deser - mango lub pomarańcze, budyń z ryżu lub sok z owoców.

Goście przychodzili z wizytą po południu. W ciszę pustelni wpływał wówczas regularny potok ze świata. Każdy gość spotykał się z jednakową uprzejmością i życzliwością. Dla człowieka, który urzeczywistnił w sobie życie ducha i nie jest związany ciałem ani osobowością (ego), reszta ludzkości posiada uderzająco jednakowe oblicze.

Bezstronność świętych ma swe źródło w ich mądrości. Mistrz jest już wyzwolony od mayi, przejawiane przez nią kolejne twarze rozumu i głupoty nie czynią już na nim wrażenia. Sri Jukteswar nie okazywał specjalnej uwagi ludziom znakomitym lub sprawującym władzę; ani też nie lekceważył z szacunkiem wypowiedzianych słów prawdy z ust dziecka, lecz jawnie ignorował zarozumiałego filozofa.

O ósmej wieczór odbywała się kolacja, na której znajdowali się czasem marudzący goście. Mój guru nie jadał osobno; nikt nie opuszczał aszramy głodny lub niezadowolony. Sri Jukteswar nigdy nie popadł w zakłopotanie czy zaniepokojenie z powodu niespodziewanej wizyty. Pod jego pomysłowym kierownictwem ze szczupłego zasobu pożywienia mogła się zdarzyć uczta. Był bardzo gospodarny, jego skromne fundusze wystarczały na wiele. "Urządzaj się wygodnie w granicach swej sakiewki", często powtarzał. "Ekstrawagancja Przyniesie ci niewygodę". Zarówno w drobiazgach związanych z utrzymaniem pustelni i domu, jak w innych sprawach praktycznych Mistrz objawiał oryginalność twórczego umysłu.

Spokojne wieczory często przynosiły mi rozmowę z mym guru, Prawdziwy skarb nie podlegający działaniu czasu. Każda jego wypowiedź kształtowana była i rzeźbiona przez mądrość. Podniosła pewność cechowała sposób jego wypowiadania się, który był jedyny

102


103

w swoim rodzaju. Mówił on jak nikt inny w moim życiu. Myśli swe ważył na delikatnej wadze własnego poznania zanim nadał im zewnętrzną szatę. Esencja prawdy, przenikająca wszystko, nawet fizjologiczny aspekt rzeczy, wychodziła z jego ust jak wonny zapach. Zawsze miałem świadomość, że znajduję się w obecności żywego objawienia Boga. Z poczucia jego boskości odruchowo skłaniałem przed nim głowę.

Jeśli czasem ostatni goście zaczynali odczuwać, że Sri Jukteswar pogrąża się w nieskończoność, wówczas szybko wciągał ich w rozmowę. Nie był on zdolny do pozy lub wyniosłego wewnętrznego odosobnienia. Jako Mistrz, który urzeczywistnił już siebie, pozostawił poza sobą szczebel medytacji. "Kwiat opada, gdy pokazuje się owoc". Jednakże święci często trzymają się form religijnych w celu dodania uczniom zachęty.

Gdy zbliżała się północ, guru mógł zapaść w drzemkę z naturalnością dziecka. Nie dbał wtedy o posłanie. Często kładł się nawet bez poduszki na wąskiej desce, znajdującej się pod skórą tygrysią, na której zwykle siedział.

Nierzadko zdarzała się filozoficzna dyskusja trwająca do późnej nocy, mógł ją wywołać każdy swym gorącym zainteresowaniem. Nie odczuwałem wówczas zmęczenia ani pragnienia snu; żywe słowa Mistrza wystarczały mi. "Ach, świta! Chodźmy nad Ganges". Tak kończyła się często moja nocna edukacja.

W pierwszych miesiącach mego obcowania z Sri Jukteswarem kulminacyjny punkt stanowiła lekcja: "Jak się wywinąć moskitom?"

W moim domu rodzinnym wszyscy używali na noc ochronnych zasłon. Byłem przerażony, gdy spostrzegłem, że w pustelni Serampore nie honorowano wcale tego roztropnego zwyczaju, chociaż owadów było mnóstwo; toteż byłem pokąsany od stóp do głowy. Guru zlitował się nade mną.

- Kup sobie zasłonę. Kup ją także dla mnie. - Zaśmiał się i dodał: - Jeśli kupisz tylko jedną dla siebie, wszystkie moskity zlecą się do mnie.

Uczyniłem to z wielką wdzięcznością. Każdej nocy w Serampore guru prosił mnie o przygotowanie zasłon nocnych.

Pewnego wieczoru moskity były szczególnie zjadliwe. Mistrz nie wydał mi zwykłego polecenia. Słuchałem nerwowo natrętnego brzęczenia owadów. Udając się do łóżka, zwróciłem w ich kierunku błagalną modlitwę. W pół godziny później zakaszlałem z pretensją, aby zwrócić na siebie uwagę mego guru. Myślałem, że oszaleję od ukłuć, a zwłaszcza od śpiewnego brzęczenia, gdy moskity odprawiały swe krwiożercze obrzędy-

104

Mistrz nie poruszył się; zbliżyłem się ku niemu ostrożnie. Nie oddychał. Po raz pierwszy ujrzałem go wtedy w stanie głębokiego transu jogi; popadłem w przerażenie.



"Jego serce przestało bić". Zbliżyłem lusterko do jego nosa; nie ukazał się najmniejszy ślad oddechu. Aby się ostatecznie upewnić, na kilka minut zaniknąłem palcami jego usta i nozdrza. Ciało jego było zimne i nieruchome. Oszołomiony zwróciłem się do drzwi, aby wezwać pomoc.

- Och! Początkujący ekperymentatorze! Mój biedny nos! - Głos Mistrza rozbrzmiewał śmiechem. - Dlaczego nie kładziesz się do łóżka? Czy cały świat ma się zmienić dla ciebie? Zmień samego siebie: uwolnij swą świadomość od moskitów.

"Potulnie wróciłem do łóżka. Ani jeden owad nie ośmielił się zbliżyć. Zrozumiałem, że poprzednio mój guru zgodził się na zasłony tylko dla dogodzenia mi, on sam nie lękał się moskitów. Posługując się potęgą jogi mógł uniemożliwić im kąsanie lub uciec się do swej wewnętrznej odporności.

Dał mi lekcję, pomyślałem, jogin musi umieć wejść w stan nadświadomości i trwać w nim niezależnie od mnóstwa przeszkód, których nigdy nie brakuje na tej ziemi. Czy to wśród brzęczenia owadów, czy przy przenikliwym blasku dziennego światła należy wyłączyć natarczywość zmysłów. Słuch i wzrok kierują się wówczas naprawdę ku piękniejszym światom niż dawny Eden71.

Moskity dostarczyły mi jeszcze innej lekcji we wczesnym okresie pobytu w aszramie. Zdarzyło się to w godzinę łagodnego zmierzchu. Mój guru interpretował właśnie w niezrównany sposób teksty, a ja znajdowałem się u jego stóp w doskonałym spokoju. Nieokrzesany moskit wtargnął w tę idyllę i walczył o moją uwagę. Kiedy wbił swe jadowite żądło w moje udo, automatycznie podniosłem mściwą dłoń. "Zawieś wykonanie wiszącej egzekucji". Usłużna pamięć podsunęła tni jeden z aforyzmów jogi Patandżalego - aforyzmu o ahimsie (o nieczynieniu krzywdy).

- Dlaczego nie dokończyłeś swego czynu?

- Mistrzu, czy bronisz odbierania życia?

- Nie. Lecz zabójcze uderzenie już zostało wykonane w twym umyśle.

Patandżali miał na myśli usunięcie "pragnienia" zabijania! - kwiat ten jest bardzo niewygodnie urządzony, jeśli chodzi o dosłowne Praktykowanie ahimsy. Człowiek może być zmuszony do zgładzenia szkodliwego stworzenia. Nie jest on jednak w ten sam sposób

105


zniewolony, aby czuł gniew lub złość. Wszystkie formy życia maja równe prawo do powietrza mayi. Święty, który odkrył tajemnice stworzenia, pozostaje w harmonii z niezliczonymi, oszałamiającymi jego przejawami. Każdy człowiek może się zbliżyć do tego zrozumienia, które powstrzymuje wewnętrzną namiętność niszczenia.

- Gurudżi, czy nie należy raczej poświęcić siebie, niż zabijać dzikie zwierzę?

- Nie, ciało człowieka jest drogocenne. Posiada ono najwyższa wartość ewolucyjną ze względu na wyjątkowość jego mózgu i pacierzowych centrów, które człowiekowi pobożnemu w pełni pozwalają uchwycić i wyrazić najbardziej wzniosłe aspekty boskości. Żadna niższa forma nie jest tak wyposażona. Prawdą jest jednak, że człowiek ściąga na siebie skutki (dług) mniejszego grzechu, jeśli jest zmuszony zabić jakieś zwierzę lub inne żywe stworzenie. Wedy jednak uczą, że bezcelowa strata ciała ludzkiego jest poważnym wykroczeniem przeciw prawu karmy.

Westchnąłem z ulgą; potwierdzenie naturalnego instynktu nie zawsze przychodzi ze strony pisma świętego.

Tak się składało, że nigdy nie widziałem Mistrza w bezpośredniej bliskości tygrysa czy lamparta. Pewnego razu zaszła mu drogę śmiertelnie groźna kobra, która pokonana została jedynie samą miłością mego guru. Ta odmiana węża wzbudza w Indii wielki lęk, gdyż każdego roku powoduje przeszło pięć tysięcy śmiertelnych wypadków. Niebezpieczne spotkanie miało miejsce w Puri, gdzie Sri Jukteswar posiadał drugą pustelnię, pięknie położoną w pobliżu Zatoki Bengalskiej. Przy tym zdarzeniu był razem z Mistrzem Prafulla, jego młody uczeń z późniejszego okresu mej nauki.

- Siedzieliśmy na wolnym powietrzu w pobliżu aszramy - opowiadał mi później Prafulla. - Kobra pojawiła się w pobliżu, w przerażającej odległości zaledwie czterech stóp. Kaptur jej był gniewnie wysunięty, gdy zmierzała ku nam. Guru powitał ją głośnym śmiechem, jak małe dziecko. Nie posiadałem się z przerażenia, gdy ujrzałem, że Mistrz klaska rytmicznie dłońmi72. A on zabawiał w ten sposób śmiertelnie groźnego gościa! Zachowałem absolutny spokój, odmawiając w duszy najgorętsze modlitwy. Wąż, będąc bardzo blisko Mistrza, pozostawał teraz nieruchomy, jakby magnetyzowany jego przyjazną postawą. Groźny kaptur powoli skurczył się, wreszcie wąż przemknął pomiędzy stopami Mistrza i zniknął w zaroślach. Dlaczego guru poruszał dłońmi i dlaczego kobra nie uderzyła w nie, było wtedy dla mnie zupełnie niezrozumiałe - dodał Prafulla.

106

- Odtąd rozumiałem, że mój boski Mistrz jest wolny od lęku przed



jakąkolwiek żywą istotą.

Pewnego wieczoru w okresie pierwszych miesięcy mego pobytu aszramie zauważyłem, że oczy Sri Jukteswara patrzą na mnie

przenikliwie.

- Jesteś zbyt chudy, Mukunda.

Uwaga jego dotknęła mego czułego punktu. Moje zapadłe oczy i wynędzniały wygląd odbiegały od pożądanego stanu. Dowodziły tego szeregi wzmacniających środków w moim pokoju w Kalkucie. Nic mi nie pomagało; chroniczna niestrawność prześladowała mnie od dzieciństwa. Pewnego razu rozpacz, moja dosięgła szczytu i zadałem sobie pytanie, czy warto żyć dalej, jeśli się ma tak niezdrowe ciało.

- Lekarstwa mają swe granice; twórcza siła życiowa ich nie ma, uwierz, będziesz zdrowy i silny. Słowa Sri Jukteswara wzbudziły we mnie wiarę w prawdziwość tego do mnie osobiście skierowanego zdania, przekonanie, którego nie porafił wzbudzić żaden inny lekarz, a było ich wielu.

I oto, z dnia na dzień, przybywało mi na wadze. W ciągu dwóch tygodni od tajemnego błogosławieństwa Mistrza - nabrałem wzmacniającej mnie wagi, której nie mogłem w przeszłości uzyskać. Chroniczne dolegliwości żołądka znikły na całe życie. Wiele razy później byłem jeszcze świadkiem cudownego uzdrawiania przez mojego guru osób cierpiących na poważne choroby - gruźlicę, cukrzycę lub paraliż.

- Przed laty ja również pragnąłem przybrać na wadze - powie dział mi Sri Jukteswar. - W okresie rekonwalescencji po poważnej chorobie odwiedziłem Lahiri Mahasayę w Benaresie.

- Byłem, panie, ciężko chory i straciłem na wadze wiele funtów.

- Widzę to, Jukteswar73. Chorowałeś i teraz myślisz, że jesteś chudy.

Była to odpowiedź zgoła inna, niż oczekiwałem; jednakże mój guru dodał pocieszająco:

- Pozwól mi popatrzeć. Jestem pewien, że jutro będziesz czuł się 'epiej.

Uważałem jego słowa za formę niewidzialnego leczenia skierowanego do mego odbiorczego umysłu. Nie byłem zdziwiony, gdy nazajutrz poczułem się znacznie silniejszy. Odszukałem mego Mistrza i zawołałem z radością - Panie, dziś czuję się o wiele lepiej.

- Rzeczywiście, dzisiaj jesteś znacznie silniejszy.

- Nie, Mistrzu! - zaprotestowałem. - To ty mi pomogłeś; dziś po raz pierwszy od wielu tygodni mam trochę energii.

107


- O tak! Choroba twoja była całkiem poważna. Ciało twe jeszcze jest słabe; kto wie, jakie będzie ono jutro?

Na myśl o możliwości powrotu choroby przebiegał mnie zimny dreszcz strachu. Nazajutrz rano ledwie dowlokłem się do domu Lahiri Mahasayi.

- Panie, znów jestem chory.

Mistrz spojrzał na mnie kpiąco. - Tak! Znowu przyprawiłeś się o chorobę.

- Gurudewa, widzę teraz, że dzień za dniem żartujesz ze mnie! Moja cierpliwość wyczerpała się. Nie rozumiem, dlaczego mi nie wierzysz?

- Naprawdę to twoja własna myśl sprawiła, że kolejno czułeś się słaby lub mocny. - Mistrz spoglądał na mnie z miłością. - Widziałeś, jak twoje zdrowie ściśle odpowiadało twoim oczekiwaniom. Myśl jest siłą, na równi z elektrycznością lub grawitacją. Umysł ludzki jest iskrą wszechpotężnej świadomości Boga. Pokazałem ci, że gdy twój potężny umysł wierzy w coś bardzo intensywnie, wówczas to się stanie.

Wiedząc, że Lahiri Mahasaya nigdy niczego nie mówił na próżno, przemówiłem do niego ze czcią i wdzięcznością: - Mistrzu, jeśli będę myślał, że jestem zdrów i że odzyskuję mą pierwotną wagę, to czy to się stanie?

- Tak jest, nawet w tej chwili. - Mój Guru mówił poważnie, a jego spojrzenie skupiło się na moich oczach.

I oto czułem przyrost nie tylko sił, ale i wagi. Lahiri Mahasaya pogrążył się w milczeniu. Po kilku godzinach wróciłem do domu mej matki, gdzie zatrzymywałem się podczas wizyt w Benaresie.

- Mój synu! Co się dzieje? Czy zachorowałeś z kolei na puchlin??

Matka moja nie mogła uwierzyć swoim oczom. Ciało moje było równie pełne i mocne jak przed chorobą.

Zważyłem się i przekonałem się, że w jednym dniu przybyło mi pięćdziesiąt funtów; wagę tę zachowałem na stałe. Przyjaciele i znajomi, którzy widzieli mą chudą postać, nie posiadali się ze zdumienia. Niektórzy z nich zmienili sposób swego życia i w wyniku tego cudu stali się uczniami Lahiri Mahasyai.

Mój obudzony w Bogu guru wiedział, że świat jest tylko zobiektywizowanym marzeniem Stwórcy. Ponieważ w pełni był świadom) swej jedności z Boskim Marzycielem, mógł zmaterializować W zdematerializować, lub dokonać każdej zmiany, jakiej pragnął w swej kosmicznej wizji74.

- Wszelkim stworzeniem rządzi prawo - konkludował Sri Jukte5' war. - Prawa przejawiające się w zewnętrznym świecie, w który11

108

uczeni czynią swe odkrycia, nazywają się naturalnymi. Istnieją jednak prawa subtelniejsze, rządzące światami świadomości, które można poznać tylko dzięki nauce jogi. Niewidzialne, duchowe sfery posiadają rónież swe naturalne i oparte na prawie zasady działania. Prawdziwą naturę materii rozumie nie uczony fizyk, lecz w pełni urzeczywistniony Mistrz. Na tej podstawie Chrystus mógł uleczyć ucho pewnego sługi, które zranił jeden z jego uczniów.



Sri Jukteswar był niezrównanym interpretatorem ksiąg świętych.

Wiele najszczęśliwszych moich wspomnień splata się z tego rodzaju wykładami. Jednakże klejnotów swych myśli nie rzucał na pastwę nieuwagi i głupoty. Jeden niespokojny ruch lub najlżejszy przejaw mego roztargnienia wystarczał, aby Mistrz przerwał swój wykład.

- Jesteś nieobecny. - Tymi słowy pewnego wieczoru Mistrz przerwał swój wywód. Jak zwykle dostrzegał natychmiast każde osłabienie mej wagi.



Dostları ilə paylaş:
1   ...   5   6   7   8   9   10   11   12   ...   42


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©genderi.org 2017
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə